W głębokim PRL-u była taka zabawa; kręciło się globusem i zatrzymywało go na chybił trafił palcem, koniecznie z zamkniętymi oczami. Miejsce, które wskazywał, stawało się w dziecięcej wyobraźni podyktowanym przez ślepy los kierunkiem emigracji, czy przynajmniej etapem pośrednim, w drodze do jakiegoś wyśnionego, ziemskiego raju. W moim przypadku palec zazwyczaj zatrzymywał wirujący globus gdzieś na wodach Oceanii. A z lądów najczęściej padało na Nową Zelandię. Kręciłem ponownie, i znów, i jeszcze raz. I znowu Nowa Zelandia, jakoś nie chciało wypaść inaczej.