Czytam w katalogu aktualnej wystawy „Salon odrzuconych" (jest aktualnie w sopockiej PGS): „Małkowskiej nikt nie knebluje, skoro cały czas publikuje w wysokonakładowym dzienniku. (...) Dyskusja zainicjowana przez Małkowską nie była merytoryczna".
Za to hejt jest merytoryczny. Ba! naukowy.
Atakującym w sukurs przyszła socjotechnika. Nietrudno ją opanować, wskazówki dostępne w internecie. Raptem stroniczka z wypunktowanymi metodami. Zaczyna się niewinnie: ośmieszanie. Ofiara nienawistników jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że jest namierzona. Sama wtóruje drwinom. Przecież zaśmiać się z siebie nawet zdrowo.
Tylko... ośmieszający jednocześnie poważnieją. Pompują się. Budują własny autorytet. I już są odrobinę do przodu. Wtedy stawiają kolejny krok – manipulują faktami. Ofiarę hejtu eliminuje się, skąd tylko można; przemilcza dorobek, nie cytuje się, nie zaprasza do publicznych dyskusji.
Dalej już idzie z górki. Nienawistnicy odwołują się do zbiorowych emocji: środowisko się dowiaduje, że hejtowany to szkodnik (w moim przypadku – sztuki polskiej). Starannie unika się wszelkiej tytulatury: nie ma publicysty, wykładowcy, doktora. Jest samo nazwisko, często nawet bez imienia. Rzucane obcesowo, jak jakaś ściera.
Hejterzy wiedzą, że największy absurd powtarzany uparcie w różnych kontekstach musi zadziałać. I działa. Teraz rycerze nienawiści szykują ostateczny cios: kłamią. Nawet najbardziej jaskrawe łgarstwo, powielane w mediach, zamienia się w prawdę. Przykład z ostatnich dni: Roman Pawłowski w „GW" po raz kolejny publikuje tekst pełen mistrzowsko spreparowanych kłamstw i półprawd. Autor sam siebie cytuje, z lubością powielając bzdurę o „zabraniu przez ministra kultury siedmiu milionów przeznaczonych na rozwój narodowych kolekcji". Co z tego, że na poprzednie kłamstwa zareagowała sama minister Wanda Zwinogrodzka, pisząc do gazety sprostowanie? Zignorowano je. Równie nieprzemakalne na niewygodną prawdę pozostają inne „lewicowe" media. Kłamcy praktycznie pozostają bezkarni: prawnicy ich wyapelują.