Wydaje się, że we współczesnym społeczeństwie nie ma już miejsca dla rodziny, podobnie jak nie ma w nim miejsca dla Kościoła. Zarówno jednej, jak i drugiej instytucji już niejednokrotnie próbowano dorysować wąsy i brodę i odesłać je do archiwum spraw ludzkości. Rodzina stanowi propozycję życia, której nie toleruje dominująca mentalność. Tymczasem rodzina, podobnie jak Kościół, obnaża boleśnie kłamliwe założenia społeczeństwa jednostek budujących swą tożsamość poprzez postawienie się w centrum wszechświata i historii. Jednostka stała się panem świata. W stwierdzeniu „ja" nie kryje się żadne pytanie o sens, o prawdę, piękno czy słuszność. Prawda stała się wypowiadaną opinią, dobro zaś przekształciło się w dobrobyt. W podejściu do zapewnienia sobie dobrobytu najczęściej chodzi o wykorzystanie życia do maksimum na poziomie doznań, drugi człowiek służy zaś jako środek do osiągnięcia tego celu. Nic dziwnego, że w tej rozgrywce postawy do niedawna w świetle tradycyjnej moralności uznawane za anomalia, zyskują rangę normy.