Dla miejskich aktywistów 125-tysięczny Gorzów stał się symbolem sukcesu. Jesienią 2014 r. tamtejsze stowarzyszenie Ludzie dla Miasta (LdM) wprowadziło do rady siedmiu reprezentantów, wchodząc klinem pomiędzy PO i PiS. Mało tego: popierany przez LdM 33-letni Jacek Wójcicki już w pierwszej turze wyborów pokonał prezydenta Tadeusza Jędrzejczaka, który rządził miastem od 16 lat. – Żartowaliśmy wówczas, że gdyby nowy prezydent nagle zarządził dwa tygodnie głodówki, mieszkańcy ochoczo by na to przystali. Tak bardzo był popularny – wspomina w rozmowie z „Plusem Minusem" Marta Bejnar-Bejnarowicz, radna, a zarazem szefowa LdM.

Śmiech rychło jednak przerodził się w gniew, a przyjaźń w otwartą walkę. – Prezydent utknął w klinczu pomiędzy PO a PiS, zaczął obsadzać stanowiska ludźmi z partyjnego nadania, nie chciał ujawnić zarobków swojego doradcy, a konsultacje społeczne albo deprecjonuje, albo sprowadza do absurdu. Kiedy jakiś temat jest mu nie na rękę, uchyla się od wszelkiej dyskusji, rzucając tylko „muszę to skonsultować" – wylicza Bejnar-Bejnarowicz i konkluduje: – Jacek Wójcicki roztrwonił całe zaufanie, jakim go darzyliśmy. Przestał realizować nasz program.

Efektem gorzowskiej wojny był rozpad klubu radnych LdM. Wiosną tego roku Kongres Ruchów Miejskich (związek zrzeszający organizacje aktywistów, którzy działają w polskich miastach) publicznie napiętnował Wójcickiego, wycofując dla niego poparcie. Lech Mergler, działacz miejski z Poznania, a zarazem szef Związku Stowarzyszeń KRM, jest bezlitosny: – Wójcicki, mówiąc krótko, zdradził.

Co na to prezydent? – W ruchach miejskich pojawił się niepokojący trend. Zdolność do działania została wyparta przez krytykę. Liczba zapytań, które ich przedstawiciele kierują do urzędu, zmusza nas do zatrudnienia dodatkowych osób. To sztuka dla sztuki – mówi Wójcicki „Plusowi Minusowi" i podaje przykład związany z budową drogi. – Mieszkańcy czekali na nią od wielu lat. Z powodów bezpieczeństwa należało usunąć część drzew. Zostaliśmy zmuszeni do tego, by szukać kryjówek nietoperzy, badaliśmy mchy... W efekcie zadanie zostanie mocno przesunięte w czasie – podkreśla. Ale najcięższe działa wytacza na koniec: – Ruchy miejskie weszły w buty sformalizowanej polityki, co może osłabiać ich zdolność do kontynuowania misji.

Czy zatem Gorzów, niegdyś synonim sukcesu ruchów miejskich, na naszych oczach nie staje się aby symbolem trawiącego je kryzysu?

Na początek igrzyska

Rozwój przemysłu, zmiana struktury społecznej, ugruntowanie zachodniego modelu demokracji – to właśnie te procesy według naukowców dały impuls do rozwoju ruchów miejskich. Mieszkańcy dużych aglomeracji czuli się coraz bardziej związani najbliższym otoczeniem. I chcieli mieć na nie bezpośredni wpływ. Początkowo się organizowali, by załatwiać konkretne sprawy: doprowadzić do założenia parku, wytyczenia nowych dróg, dostosowania tego czy innego urzędu do potrzeb niepełnosprawnych. – Oczywiście część tych grup przetrwała, w pewnym stopniu sformalizowała swoją działalność. Niektóre przerodziły się w organizacje tzw. trzeciego sektora (pozarządowego – red.), inne wprowadziły do rad miast czy dzielnic swoich przedstawicieli. Co jednak ważne: ruchy miejskie na Zachodzie nie miały ambicji, by przeradzać się w partie polityczne – tłumaczy prof. Ryszard Cichocki, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

W Polsce ich rozwój w dużym stopniu związany był z wejściem do Unii Europejskiej, napływem wspólnotowych pieniędzy, przepływem kapitału i generalnie rzecz biorąc – cywilizacyjnym skokiem. – Początkowo przeważały u nas organizacje zabiegające o realizację konkretnych inwestycji. Z czasem jednak zostały one zdominowane przez ruchy, które przeciwstawiały się chaosowi urbanizacyjnemu czy patologiom w polityce mieszkaniowej – wspomina Lech Mergler. W maju 2011 r. aktywiści zebrali się w Poznaniu na pierwszym w historii Kongresie Ruchów Miejskich. Przyjęli wówczas dziewięć tez, które według nich powinny stać się przedmiotem publicznej debaty. Podkreślali, że mieszkańcy mają niezbywalne prawo do miasta, powinni zatem uczestniczyć w podejmowaniu kluczowych dla niego decyzji. Przekonywali, jak ważny jest budżet partycypacyjny, zrównoważony rozwój, integracja poszczególnych segmentów publicznego transportu, rewitalizacja starych dzielnic, przeciwdziałanie ubóstwu. Apelowali też o stworzenie prawa, które pomoże walczyć z chaosem w miejskiej przestrzeni. Wszystko to ma sprawić, że życie w aglomeracjach stanie się bardziej komfortowe. Uchwalony w Poznaniu dokument aktywiści postanowili upublicznić z przytupem. Przybili go do drzwi ratuszów w dziewięciu miastach.

Ruchy miejskie rosły w siłę z każdym miesiącem. Dziś tworzą związek stowarzyszeń, w którego skład wchodzi blisko 40 organizacji.

W Gorzowie wszystko zaczęło się od projektu przebudowy skweru przy jednej z ulic. Zakładał on wycięcie 27 starych lip. Poprzedni samorząd, co podkreślają działacze LdM, podjął decyzję bez pytania mieszkańców o zgodę. Jeden z aktywistów przygotował petycję, pod którą w ciągu dwóch tygodni podpisało się 2,3 tys. osób. – Jako grupa oburzonych mieszkańców postanowiliśmy zorganizować prawdziwe obywatelskie konsultacje społeczne – czytamy na stronie Ludzi dla Miasta. Latem 2014 r. społecznicy zaprosili gorzowian na prezentację własnych projektów. Przyszło 400 osób. Prelegenci chcieli być w tłumie lepiej widoczni. Założyli więc białe budowlane kaski. Wkrótce kaski te miały się stać znakiem rozpoznawczym ich ruchu.

W Krakowie aktywiści zablokowali pomysł, by miasto ubiegało się o organizację zimowych igrzysk olimpijskich. Powód? Obawiali się popadnięcia w spiralę zadłużenia, degradacji środowiska naturalnego, przekonywali też, że samorząd ponad głowami krakowian zdecydował o rozpoczęciu starań o imprezę. Inicjatywa „Kraków przeciwko igrzyskom" zdołała doprowadzić do pierwszego w historii miasta referendum. 25 maja 2014 r. do urn poszło niemal 36 proc. mieszkańców. Prawie 70 proc. z nich opowiedziało się przeciwko pomysłowi samorządu. Referendum okazało się ważne, prezydent Jacek Majchrowski wycofał kandydaturę Krakowa.

– Już wcześniej działało u nas sporo ruchów miejskich. Walczyły o prawa lokatorów, budżet obywatelski, prawa rowerzystów. Ale rzeczywiście to o nas zrobiło się najgłośniej. Po prostu temat, którym się zajęliśmy był bardzo nośny – przyznaje Tomasz Leśniak, lider protestu.

W Warszawie założony jesienią 2013 r. ruch Miasto Jest Nasze głośno mówił o nadużyciach związanych z reprywatyzacją nieruchomości i niejasnych powiązaniach miejscowych urzędników z biznesem, a poznańskie stowarzyszenie My-Poznaniacy, które piętnuje między innymi miejską politykę przestrzenną, jeszcze wcześniej wystartowało w samorządowych wyborach. – W 2010 r. uzyskaliśmy całkiem przyzwoity wynik. W wyborach do rady miejskiej zaufało nam 9,5 proc. głosujących. 7,5 proc. głosów zdobył nasz kandydat na prezydenta Jacek Jaśkowiak – wspomina Mergler. Ordynacja wyborcza sprawiła, że stowarzyszenie ostatecznie nie wprowadziło do rady żadnego kandydata, ale i tak pokazało, że jest w mieście znaczącą siłą. Wkrótce miało się okazać, że sięgnięcie po władzę to tylko kwestia czasu.

Do kolejnych wyborów, w 2014 r., aktywiści poszli ławą – 12 organizacji zawiązało w tym celu Porozumienie Ruchów Miejskich, by, zachowując własne nazwy, wystartować pod wspólnym szyldem. W Gorzowie rozbiły bank. W Poznaniu do rady wprowadziły jednego przedstawiciela, ale faktycznie zaczęły współrządzić miastem. W wyborach prezydenckich dotychczasowy Ryszard Grobelny niespodziewanie przegrał z Jackiem Jaśkowiakiem. Co prawda zwycięzca był kandydatem PO, ale – jak wspomnieliśmy wyżej – wyrósł ze środowiska ruchów miejskich. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Wiceprezydentem został Maciej Wudarski, jeden z założycieli stowarzyszenia My-Poznaniacy.

W Toruniu Czas Mieszkańców zdobył trzy mandaty, a jego radni założyli samodzielny klub. Z kolei w Warszawie Miasto Jest Nasze wywalczyło cztery miejsca w radzie dzielnicy Śródmieście.

W cieniu wyborczego sukcesu powoli dojrzewał jednak kryzys.

Zmieniać czy obalać?

Gorzów to bowiem przypadek najbardziej spektakularny, ale nie jedyny. Jeszcze w 2013 r. problemy zaczęły się w stowarzyszeniu My-Poznaniacy. Aktywiści zaczęli się kłócić o model działania, mieli podzielić się na skrzydło umiarkowane i radykalne, wreszcie część odeszła, tworząc nową organizację Prawo do Miasta. – Do stowarzyszenia zaczęło wdzierać się piekło polskiej polityki. Nie wszyscy przyswoili sobie etos ruchu. Nie podobało nam się na przykład, że jedna z czołowych działaczek My-Poznaniacy, a potem nawet jego szefowa Arleta Matuszewska, postanowiła kandydować do rady z listy PiS – tłumaczy Mergler, który stał się jednym z rozłamowców. Zaraz jednak zastrzega, że do przeszłości nie chciałby wracać, bo obydwa ruchy kryzys mają za sobą i zapewne pójdą razem do kolejnych wyborów.

Tymczasem aktywiści nie mają w Poznaniu łatwego życia. Popierany przez nich Jaśkowiak, a także reprezentujący ruchy miejskie wiceprezydent Wudarski są krytykowani nie tylko przez opozycyjny PiS, ale nawet PO. – Władze realizują politykę ruchów miejskich. Społecznicy, którzy uzyskali w wyborach kilkadziesiąt głosów narzucają swoją wolę większości. A większości się to po prostu nie podoba – przekonuje Michał Grześ z PiS, wiceprzewodniczący Rady Miasta Poznania. – Centrum miasta jest konsekwentnie zamykane dla samochodów, w zamian nie dostajemy nic. Nie ma nowych tras tramwajowych, a ścieżki dla rowerzystów to za mało. Przecież nie wsadzimy wszystkich starszych ludzi na rowery, zwłaszcza w tak kiepską pogodę jak teraz – dodaje.

Nieco łagodniej wypowiada się Marek Sternalski, przewodniczący klubu radnych PO. – Chyba nie ma polityka, który nie chciałby widzieć Poznania jako miasta zrównoważonego rozwoju. Jednak ruchy miejskie i wywodzący się z nich wiceprezydent Wudarski zbyt często sięgają po radykalne rozwiązania. Ograniczenie liczby miejsc parkingowych na ulicach w centrum? Jak najbardziej. Ale najpierw zbudujmy w okolicy wielopoziomowe parkingi i zapewnijmy komfortowy dojazd komunikacją publiczną do miejsc, gdzie ograniczamy ruch samochodowy. Radykalizm nikomu tak naprawdę nie służy, a potrafi zaszkodzić – podkreśla Sternalski. Dodaje: – Ruchy miejskie często sprawiają wrażenie, że są wyłącznymi reprezentantami mieszkańców. Tymczasem w samej Platformie mamy więcej społeczników działających w radach osiedli i stowarzyszeniach zajmujących się problemami ludzi niż w tego rodzaju organizacjach.

Pęknięcia stosunkowo szybko ujawniły się także w warszawskim ruchu Miasto Jest Nasze. Najpierw, w 2014 r., doszło do kryzysu w radzie dzielnicy. Troje rajców wbrew swemu stowarzyszeniu poparło kandydatów na wiceburmistrzów dzielnicy. W efekcie zostali z MJN wykluczeni. Wiosną tego roku z organizacji odszedł jej lider – Jan Śpiewak. Założył własną pod nazwą Wolne Miasto Warszawa. Przy okazji między działaczami rozgorzała walka o... profil na Facebooku. Śpiewak postanowił prowadzić go nadal, tyle że pod nowym szyldem. Aktywiści z MJN przekonywali, że nie ma do tego prawa, bo to nie jego prywatna własność. – W stowarzyszeniu ujawniły się dwa odmienne modele działania. Część chciała skupić się na walce o ścieżki rowerowe, tereny zielone, o uporządkowanie miejskiej przestrzeni. Frakcja związana z Jankiem Śpiewakiem stanęła na stanowisku, że najważniejszą kwestią jest afera reprywatyzacyjna – tłumaczy Karol Perkowski, kiedyś rzecznik MJN, wa obecnie WMW.

Dziś działacze obydwu ruchów starają się tonować nastroje. Nie kryją jednak obaw. – W świadomości mieszkańców na zbyt dużo ruchów miejskich chyba jednak nie ma miejsca – przyznaje Jan Mencwel, obecny prezes MJN.

Ale jest jeszcze coś. Oto bowiem dla wielu niegdysiejszych aktywistów ruchy miejskie stały się odskocznią do polityki albo pracy w urzędzie. Najbardziej spektakularne przykłady to obecne posłanki Nowoczesnej Ewa Lieder i Joanna Scheuring-Wielgus. Pierwsza współtworzyła inicjatywę Gdańsk Obywatelski i ubiegała się o urząd prezydenta tego miasta. W stawce sześciu kandydatów zajęła trzecie miejsce. Druga też chciała zostać prezydentem, tyle że Torunia. I choć ostatecznie wyborów nie wygrała, zdobyła przeszło 17 proc. głosów. Została też miejską radną. Karierę w samorządzie bardzo szybko jednak porzuciła. „Ruchy miejskie potrzebują »przełożenia« na politykę centralną. Chcę, żeby jednym z takich pomostów była Nowoczesna" – tłumaczyła w wywiadzie dla „Krytyki Politycznej".

Ale nie wszyscy przyjęli tę argumentację. „Nowej posłance można pogratulować wyborczego sukcesu. Pogratulować można także tym, którzy kibicują jej karierze. Natomiast tym, którzy zaledwie rok temu tak bardzo się cieszyli, że (...) dowodzony przez Scheuring-Wielgus ruch miejski wniesie nową jakość do toruńskiego samorządu, którzy mieli nadzieje, że jej dobry wynik w wyborach prezydenckich to tylko początek zmian w cokolwiek skostniałym lokalnym układzie politycznym – też gratulujemy. Naiwności" – pisał komentator „Nowości. Dziennika Toruńskiego".

Jeszcze inny był przypadek Joanny Erbel. Jedna z najbardziej zajadłych przeciwniczek prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz pod koniec ubiegłego roku niespodziewanie dostała posadę w warszawskim ratuszu. Zajmuje się polityką mieszkaniową. Użytkownicy internetowych forów odpowiedzieli natychmiast: „Chorągiewka", „To stanowisko to zapłata za milczenie". Erbel odpierała jednak zarzuty. „I tak stale chodziłam za nimi i wskazywałam, czego brakuje, co można do miasta wprowadzić, więc moja decyzja była oczywista" – tłumaczyła w rozmowie z „Gazetą Wyborczą". Przekonywała też, że polityką zajęła się po to, by zmieniać rzeczywistość, a nie obalać prezydent Warszawy.

Z kolei na propozycję prezydenta Krakowa pozytywnie odpowiedział Tomasz Leśniak, który teraz działa w stowarzyszeniu Miasto Wspólne (jest ono następcą Inicjatywy „Kraków przeciw igrzyskom"). Postanowił dołączyć do miejskiego zespołu ds. innowacji. Zastrzega jednak, że to funkcja społeczna. – Zarzucano mi, że dałem się skorumpować, a przecież za zasiadanie w zespole nie pobieram pieniędzy. Fakt, że jesteśmy krytycznie nastawieni do władz Krakowa, nie oznacza, że nie będziemy z nimi rozmawiać. Zwłaszcza jeśli widzimy, że w ten sposób możemy wywalczyć coś dla mieszkańców – zaznacza.

Według prof. Cichockiego ruchy miejskie w Polsce znalazły się na rozdrożu. – Udają, że nie są partiami, a tak naprawdę powoli się instytucjonalizują, stając się elementem władzy. Po pierwsze, w wielu miejscach zostały opanowane przez działaczy, którzy do tej władzy dążą. Po drugie, wchodzą w charakterystyczną dla Polski niszę, której partie nie potrafią zapełnić – podkreśla socjolog. Jak tłumaczy, przez niemal 30 lat życia w demokracji, nie dorobiliśmy się ustawy, która przeszczepiłaby ją na grunt partyjny. – W Polsce dominują partie typu wodzowskiego. I to właśnie między innymi tu tkwi przyczyna katastrofalnego wizerunku, jaki mają w społeczeństwie – podkreśla naukowiec. Czy ruchy miejskie będą w stanie to zmienić? – Rozwiązanie tkwi raczej w napisaniu dobrej ustawy, a to wymaga istotnego samoograniczenia ze strony polityków. W powolnym przekształcaniu się ruchów miejskich w partie upatrywałbym raczej zagrożenia dla samych ruchów – podsumowuje socjolog.

Pożyczka z języka

Nie tworzymy partii politycznej – zapewniają tymczasem zgodnie miejscy aktywiści. – Kongres Ruchów Miejskich nie startuje w wyborach, nie stanowi też zalążka partyjnych struktur. Powstał ze względów taktycznych: by lobbować w Sejmie i Senacie za kluczowymi dla nas sprawami – przekonuje Lech Mergler. – To rodzaj luźnej federacji, intelektualnego zaplecza dla bardzo przecież zróżnicowanych organizacji. W ich szeregach są ludzie, którym blisko do Zielonych, i tacy, którzy sympatyzują z Kukizem. Drzewa możemy sadzić zarówno z lewicą, jak i narodowcami. Bo drzewom wszystko jedno – podkreśla. Po chwili jednak dodaje: – Oczywiście nie oznacza to, że nie jesteśmy ruchem politycznym...

Karol Perkowski z Wolnego Miasta Warszawa przyznaje, że miejscy aktywiści popełnili trochę błędów. – W 2014 r. dopiero uczyliśmy się funkcjonowania w radach. Weszliśmy pomiędzy rekiny samorządu, a partie polityczne nas rozgrywały. Zdobyliśmy jednak niezbędne doświadczenie, by iść dalej – podkreśla. W podobnym tonie wypowiada się Jan Mencwel z Miasto Jest Nasze. – Trochę działaczy ruchów miejskich istotnie odpłynęło do partii politycznych czy struktur miejskich. Ale na ich miejsce zaczęli przychodzić nowi. W MJN mamy obecnie 130 członków. Ich liczba od czasu odejścia części naszych kolegów jeszcze wzrosła. Ruchy miejskie mają się dobrze, bo ciągle są potrzebne – zapewnia Mencwel. Przykład? Jak podkreśla szef MJN, to dzięki nim liczne problemy rozpatrywane wcześniej co najwyżej w obrębie poszczególnych miast, albo wcale, stały się przedmiotem ogólnopolskiej dyskusji. – Afera reprywatyzacyjna wstrząsnęła polską sceną polityczną i spowodowała prace nad ustawą, która regulowałaby kwestie zwrotu majątków. W powszechnej świadomości zaistniały tematy smogu i zrównoważonego transportu – wylicza Mencwel.

Według Perkowskiego językiem ruchów miejskich powoli zaczynają mówić prezydenci miast i samorządowcy. – Są tylko dwa wyjścia: albo zachowanie status quo, albo zrównoważony rozwój, który wiąże się z troską o podmiotowość mieszkańców, tereny zielone, publiczny transport, zapewnienie mieszkań na wynajem. A to wszystko przecież są postulaty ruchów miejskich – przekonuje. Jednak sam widzi, że owo przejęcie języka w niektórych przynajmniej przypadkach może okazać się pułapką. Bo za słowami nie zawsze idą czyny. – Warszawski ratusz, na przykład, chwali się, że walczy ze smogiem. Ale do centrum miasta nadal można bez ograniczeń wjechać samochodem. W dniach wysokiego stężenia zanieczyszczeń miała być wprowadzana darmowa komunikacja miejska. A ile takich dni mieliśmy? Jeden, dwa na sześćdziesiąt? – przekonuje Perkowski.

Po podobne argumenty sięga Tomasz Leśniak. – Retoryka krakowskiego magistratu w ostatnich latach znacząco się zmieniła. Urzędnicy zaczynają mówić o „zielonym mieście". Dwa lata temu prezydent powołał Zarząd Zieleni Miejskiej, który przejął opiekę nad parkami i skwerami. Wcześniej te kompetencje były rozproszone. Ale jednocześnie w Krakowie nadal się tereny zielone zabudowuje, a branża deweloperska ma ogromne wpływy – twierdzi Leśniak. I dodaje, że aktywiści miejscy wciąż mają tam wiele do zrobienia. – Właśnie rozpoczęliśmy pracę nad mapą reprywatyzacji, na wzór tej, którą stworzyli w Warszawie koledzy ze Stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. Kraków jest drugim co do wielkości polskim miastem, a temat ten nie został u nas w ogóle ruszony – podkreśla Leśniak. Lech Mergler: – Ruchy miejskie odniosły sukces połowiczny, ale ewidentny. Warto kontynuować to, co zaczęły, na pewno kolejny raz spróbować sił w wyborach samorządowych.

A te odbędą się w przyszłym roku. Partie tak naprawdę już zaczęły swoje kampanie wyborcze. Miejscy aktywiści z kolei na razie nie odsłaniają kart, ale wiadomo, że znów wystawią swoich kandydatów do rad i na prezydentów. W Gorzowie, co oczywiste, na pewno nie będzie to Jacek Wójcicki. Ale co chociażby z Jackiem Jaśkowiakiem, członkiem PO, a wcześniej kandydatem ruchu My-Poznaniacy, który – by użyć określenia Przemysława Radwana, wiceprezesa Fundacji Szkoła Liderów – został inkorporowany przez Platformę? – Generalnie jesteśmy zadowoleni z kierunku, w jakim zmierza miasto. Zostało przestawione na inne tory. Znalazło się w przededniu ważnych inwestycji. Niebawem powinna na przykład ruszyć budowa linii szybkiego tramwaju, który połączy Naramowice (dzielnica na obrzeżach Poznania – red.) z centrum miasta – podkreśla Mergler. – Ale na związane z wyborami deklaracje jeszcze za wcześnie – zastrzega.

Według prof. Cichockiego ruchy miejskie mimo wszystkich słabości mają ogromny potencjał. Jeśli nie popełnią błędów i nie będą wchodziły w buty partii politycznych, w wymiarze lokalnym mogą stanowić realną dla nich alternatywę. Zrobią w ten sposób mały krok w stronę rozbicia duopolu PO – PiS. – Ale w przededniu wyborów muszą odpowiedzieć sobie na kilka pytań. W Poznaniu na przykład staną przed nie lada dylematem: czy popierać bliskiego im partyjnego prezydenta i ryzykować zlanie się z jego zapleczem, czy może wystawić swojego kandydata, jasno definiując zakres swoich oczekiwań i kompetencji? – podsumowuje socjolog.

W przyszłości ruchów miejskich wiele niewiadomych dostrzega też Przemysław Radwan ze Szkoły Liderów. – Umacnianie się ich pozycji może wpłynąć mobilizująco na partie polityczne. Przeciwko silnemu kandydatowi „stąd", trudno będzie wystawić nieobeznanego z lokalnymi realiami „spadochroniarza". Scentralizowane i zamknięte ugrupowania zostaną zmuszone, by jeszcze mocniej otworzyć się na regiony. Tym bardziej że ruchy miejskie w wielu miejscach mogą stać się dla nich potencjalnym koalicjantem – podkreśla. – Z drugiej strony pozostaje pytanie, jak długo ruchy miejskie bez naprawdę silnego zaplecza finansowego i organizacyjnego będą w stanie utrzymać pierwotną energię. Jak wielu ich działaczy zostanie zassanych na przykład przez Nowoczesną czy ugrupowanie Pawła Kukiza? A może część zwolenników odbierze im Komitet Obrony Demokracji, jeśli oczywiście wystartuje w wyborach? No i pozostaje pytanie zasadnicze: co ostatecznie zrobi PiS z ordynacją wyborczą? – wylicza Radwan.

Marta Bejnar-Bejnarowicz z Gorzowa, choć nie wszystko w mieście potoczyło się tak, jakby sobie tego życzyła, nie ma jednak poczucia straconego czasu. – Niedawno podszedł do nas człowiek, który powiedział: „Wie pani, jeszcze kilkanaście lat temu nie odważyłbym się chwycić za telefon i zadzwonić do radnego. Teraz robię to bez problemu, bo wiem, że on jest od tego, żeby ten telefon odebrać". Politycy przestali w mediach mówić „ludzie", „wyborcy", a zaczęli używać słowa „mieszkańcy". Myślę, że to też nasza zasługa.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95