Lekarz to zawód, a zawód to pieniądze

- przekonuje w kontrowersyjnej rozmowie Andrzej Sośnierz, lekarz, poseł PJN i były prezes Narodowego Funduszu Zdrowia

"Lekarzom i pielęgniarkom rzeczywiście przyświeca szczytny cel, ale nikt nie pracuje dla idei, tylko dla pieniędzy. A pieniędzy jest dużo. Jeśli uważacie, że Narodowy Fundusz Zdrowia ma ich za mało, a jedynym remedium będzie dokładanie tam pieniędzy, to błądzicie. To niestety nie pomoże. Taki mit dotyczy na przykład ubezpieczeń dodatkowych. Ludzie i tak płacą za leczenie.

Szacuje się, że rocznie pacjenci z kieszeni dopłacają do służby zdrowia nawet kilkadziesiąt miliardów złotych. To znaczy – jeśli nie chcecie czekać na badanie, idziecie je zrobić prywatnie do lekarza Kowalskiego. Wyciągacie 500 złotych i on was bada. Dodatkowe, czyli jak wy mówicie ekstraubezpieczenie, polega na tym, że płacicie te 500 złotych ubezpieczalni, ona przekazuje 400 Kowalskiemu, a 100 zachowuje dla siebie. Między pacjentem a lekarzem pojawia się pośrednik. A więc po wprowadzeniu tych „ekstraubezpieczeń" pieniędzy do służby zdrowia może trafić mniej. Część przechwyci biznes. Zrozumiałe, że chce je przechwycić – gra idzie o miliardy.

Czyli te ubezpieczenia to robienie ludziom wody z mózgu? - pytają Michał Majewski i Paweł Reszka.

Nie, ale krąży w tej sprawie wiele mitów. No bo pacjent myśli: „ubezpieczenie dodatkowe, supersprawa, dołożę, będę się leczył jak człowiek i tam gdzie chcę". Guzik. Będziesz się pan leczył tam, gdzie pośle ubezpieczalnia. Jeśli ubezpieczy się pan w firmie A, to pośle pana do szpitala B, bo z nim ma umowę. A jaki to szpital? To już inna bajka. Oczywiście, system ubezpieczeń ma też zalety. Firma ubezpieczeniowa zechce na pewno negocjować z lekarzami: „Może nie róbcie zabiegu za 500 złotych, a za 400?". Jako duży zamawiający ma lepszą pozycję przetargową. W rezultacie ceny mogą spaść. Pożytki więc są, ale gdzie indziej.

Ale pan twierdzi, że w służbie zdrowa pieniędzy jest dość, prawda?

Środków w służbie zdrowia nigdy nie będzie za dużo. Problem jest gdzie indziej. Dziś wszyscy krzyczą: pieniędzy jest mało. Niewielu mówi, jak są wydawane. Może czas powiedzieć o tym, że za wiele rzeczy płaci się niepotrzebnie. Albo o usługach, które są droższe, niż powinny być.

? ? ?

"Gdyby procesy jeszcze się toczyły, należałoby o oskarżonych pisać, redukując tożsamość do imienia i pierwszej litery nazwiska. Izabelę Lewandowską-Malec, profesor prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego i Krakowskiej Akademii, określać jako Izabelę L. Zamieszkałego w Stanach Zjednoczonych biznesmena Jana Domanusa przedstawiać jako Jana D. Profesora Henryka Manteuffla, kierownika Katedry Ekonomiki Rolnictwa i Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych na SGGW, nazywać Henrykiem M.

Przyjrzyjmy się skazanym. W świetle polskiego prawa są przestępcami. Sądy orzekły, że naruszyli artykuł 212 kodeksu karnego – w ten sposób, że pomówili inną osobę o „takie zachowanie lub właściwości, które mogą ją poniżyć w oczach opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania". Za taki czyn popełniony za pośrednictwem mediów grozi nawet do roku więzienia. To tak samo, jakby znęcali się nad zwierzęciem, kierowali autem po pijanemu lub pędzili bimber.

Historię przepisu prześledził w raporcie dla Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka prawnik Dawid Sześciło. W opracowaniu zwraca uwagę na paradoks: przyjęty w 1997 r. zliberalizowany do bólu kodeks karny akurat jeśli chodzi o zniesławienie przepisy zaostrzał. Ograniczał prawo do krytyki i wzmacniał obronę czci. Zwolennicy tych przepisów argumentowali, że w okresie transformacji pokusa, by zniesławić, jest większa.

Co zaskakujące, jeszcze w 2007 r. politycy dwóch największych partii – Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości – byli zgodni, że artykuł 212 z kodeksu karnego powinien zniknąć. Gdy jednak doszło do prac sejmowych, PiS w zamian za wykreślenie 212 k.k. zażądało zaostrzenia prawa prasowego. Ze zmian kodeksu nic nie wyszło. Posłowie zapobiegliwie uchwalili jednak taką ordynację wyborczą, że nie ma przeszkód, by do parlamentu kandydować mogli również ludzie skazani z 212 k.k.

Kiedy w 2009 r. nowelizację kodeksu karnego przygotowywało Ministerstwo Sprawiedliwości, zaproponowało usunięcie z art. 212 kary pozbawienia wolności. Nad propozycją w sierpniu 2009 r. pochylili się posłowie z sejmowej komisji nadzwyczajnej ds. kodyfikacji. Poseł prof. Marian Filar podsunął pod nos kolegom z komisji dwie ekspertyzy za pozostawieniem kary więzienia za pomówienie. Argumentował: „Jednak gdzieś w tle ta kara musi istnieć. Przecież tutaj chodzi o dziennikarzy. Wszyscy pamiętamy namioty telewizyjne pod Sejmem. To wygląda spektakularnie, ale nie możemy za bardzo im ulegać. Jeżeli ktoś chce mieć czwartą władzę, to musi mieć także czwartą odpowiedzialność".

Nowelizację kodeksu karnego utrzymującą 212 k.k. przyjęło 400 posłów, dwóch wstrzymało się od głosu, jeden był przeciw. Tymczasem lista ofiar artykułu 212 k.k. niebezpiecznie się wydłuża. Polityków przed sąd karny „za słowo" ciągają inni politycy. Po oskarżeniu przez Romana Giertycha Jarosław Kaczyński zrzekł się niedawno immunitetu.

Poseł Arkadiusz Mularczyk z PiS oskarżył z art. 212 k.k. nawet twórcę kodeksu karnego prof. Andrzeja Zolla. Proces nie ruszył jednak z miejsca, bowiem sąd uznał, że byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego chroni immunitet. Janusz Palikot, który publicznie deklarował, że jest za zniesieniem przepisu, sam wniósł sprawę karną przeciw dziennikarzom, którzy go opisywali. I wycofał się dopiero po interwencji Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Helsińska Fundacja Praw Człowieka od lat walczy o zniesienie 212 k.k., uznając, że do obrony czci całkowicie starcza kodeks cywilny. Bychawska opowiada: – Składamy do sądów opinie „przyjaciela sądu", wskazując, że karanie dziennikarzy w tych sprawach jest sprzeczne z gwarancjami wynikającymi z art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (swoboda wypowiedzi) oraz z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby sąd się zastanowił nad naszą argumentacją, odniósł się do niej w wyroku, nie mówiąc o uwzględnieniu jej.

Sprawy skazanych z art. 212 k.k. lądują więc często w Trybunale, który uchyla wyroki polskich sądów, psując naszemu wymiarowi sprawiedliwości statystykę". Tę godną pożałowania sprawę przedstawia gruntownie reportaż Agnieszki Rybak Skazani za słowa.

? ? ?

Igor Janke, publicysta "Rzeczpospolitej" polityczny, ale także właściciel znanej platformy blogowej, powrócił właśnie z londyńskiej konferencji Internet World, skąd przywiózł relację o najgorętszych tematach dyskusji w branży. Jej tytuł brzmi Internet rzeczy.

"Do tej pory z Internetu korzystali ludzie. Sieć była wykorzystywana do porozumiewania się między nimi. Teraz coraz częściej człowiek porozumiewa się za pośrednictwem sieci z urządzeniami. A urządzenia coraz częściej porozumiewają się za pośrednictwem sieci ze sobą. I wszystko dzieje się gdzieś w chmurze danych i połączeń nad nami.

Znacznie więcej urządzeń ma dziś swoje adresy IP, niż jest ludzi na świecie. W ubiegłym roku powiązanych ze sobą było 12,5 miliarda urządzeń. Za cztery lata ma ich być dwa razy więcej – mówił podczas londyńskiej konferencji Internet World  Phil Smith z firmy Cisco.

Cały Internet staje się gigantyczną mgławicą danych. Pozwala ona na tworzenie zupełnie nowego rodzaju usług i nowych potrzeb. Urządzenia kontaktują się ze sobą coraz częściej już bez pośrednictwa człowieka.

Kiedy z lodówki zniknie mleko, wyśle ona sygnał do sklepu, że mleko jest potrzebnie. Tamtejszy komputer prześle sygnał do magazynu, który wyrzuci z siebie butelkę mleka z informacja, pod jaki adres trzeba ją dostarczyć. A elektroniczny bank automatycznie obciąży kartę kredytową właściciela, któremu skończyło się mleko. Tylko jeszcze tę nieszczęsną butelkę musi wnieść do mieszkania żywy człowiek.

„Connecting people" było słynnym, wychwalanym przez marketingowców hasłem pewnego producenta telefonów komórkowych. Ale łączenie ludzi jest już passé. Dziś – jak mówiono w Londynie – ważne jest „łączenie wszystkiego ze wszystkim, co może zostać połączone". Nad stworzeniem kompatybilnej sieci rzeczy pracują dziś największe firmy na świecie. Na Internet World prezentował te rozwiązania światowy gigant Cisco.

Internet rzeczy, które porozumiewają się ze sobą, staje się jeszcze bardziej efektywny, od kiedy rozwija się usługa zwana geolokalizacją. To kolejne nowe szaleństwo.

Dziś już bezpieczniej jest nie nazywać telefonu telefonem czy laptopa – komputerem. Lepiej raczej mówić o urządzeniu, które służy nie do gromadzenia i przetwarzania danych, ale do kontaktowania się z siecią, z wielką mgławicą".

? ? ?

Skąd się wzięli piraci z Karaibów?

To pytanie ma sens w dniu premiery czwartej części "Na nieznanych wodach". Nad fenomenem pirackich filmów zastanawia się Piotr Gociek.

"To przedsięwzięcie nie miało prawa się udać. Jeśli ktoś w ostatnim półwieczu chciał naprawdę śmiertelnie przerazić hollywoodzkiego producenta, mógł swobodnie użyć sformułowania „bardzo drogi film o piratach". Gatunek zapomniany na dobre już w latach 60. XX wieku próbowano potem wskrzeszać mniej więcej raz na dekadę – zawsze z katastrofalnymi skutkami finansowymi.  Po tym, jak fortunę (40 mln dolarów) utopił w „Piratach" (1986) Roman Polański, a „Wyspa piratów" Renny'ego Harlina (1995) zasłużyła na miano klapy finansowej wszechczasów (100 mln dolarów kosztów – niecałe 10 mln wpływu), tylko samobójca lub wariat mógł planować kolejną piracką superprodukcję.

Decyzja studia Walta Disneya, by nakręcić „Klątwę Czarnej Perły", miała okazać się najbardziej opłacalną w dziejach koncernu. Nie dyskutuje się z miliardem dolarów wpływu (bilety) i kolejnymi 3 miliardami ze sprzedaży płyt, zabawek czy gadżetów. Najnowszy film serii – „Na nieznanych wodach" – jest dowodem na to, że cykl żyje, ma się dobrze i jeszcze pociągnie. Kiedy mamy do czynienia z produktem idealnie wstrzelonym w masową wyobraźnię widzów, trudno nie zadać sobie pytania – skąd właściwie wzięli się „Piraci z Karaibów" i co zdecydowało o ich wyjątkowej pozycji w długiej galerii blockbusterów XXI wieku?

David Mamet, jeden z najlepszych współczesnych scenarzystów Hollywoodu, napomina, by nie stosować tej samej miary do „zwykłych" filmów i hitów na lato. „Summer movie" ma według niego więcej wspólnego z kolejką górską w wesołym miasteczku niż z tradycyjnym kinem. Pisał te słowa w roku 1999, kiedy nikomu jeszcze się nie śniło, że połączenie jazdy po pirackim parku tematycznym z ekstrawaganckim „horrorem light" to idealny sposób na zarobienie góry pieniędzy.

„Piraci z Karaibów" to wzorcowy wręcz przykład „summer movies", przyrządzony według najlepszych receptur klasycznego Hollywoodu. Nie warto się wstydzić zamiłowania do tej drobnej, choć płochej przyjemności. W końcu skoro już chcemy się przejechać, to  zamiast do zardzewiałego wesołego miasteczka ciągniętego przez traktory lepiej zabrać się z luksusowym rollercoasterem kapitana Jacka Sparrowa".

? ? ?

Wiadomo, kto za tym stoi

to esej Dariusza Rosiaka o wiecznej potrzebie teorii spiskowych oraz o ich najnowszych, najbardziej frapujących wcieleniach.

"Osama bin Laden nie został zastrzelony przez komandosów Navy Seals w Abbottabad. Faktycznie szef al Kaidy przeżył atak, został porwany, a następnie podczas transportu do amerykańskiej bazy wypadł Amerykanom z helikoptera do morza. Jakiś półgłówek zapomniał przypiąć zakapturzonego jeńca pasami do siedzenia, obsunął się biedak i... pluuuusk! Tyle po nim zostało. Stąd potem te idiotyczne, wymyślone naprędce tłumaczenia o pogrzebie szejka bin Ladena na morzu. Na szczęście nagranie z tego wypadku zachowało się, można je obejrzeć na Youtube (dwa i pół miliona wejść w chwili, gdy to piszę).

To oczywiście kiepski dowcip, tak naprawdę Osama od lat współpracował z Amerykanami i dalej żyje na ich utrzymaniu, ewentualnie zabili go wcześniej, zamrozili jego ciało i trzymali w pogotowiu, by użyć go w dogodnym politycznie momencie. I teraz właśnie nadszedł taki moment: prezydent Obama miał tylko jedną szansę poprawić swoje notowania przed przyszłorocznymi wyborami i wykorzystał ją w stu procentach – wyjmując ciało bin Ladena z lodówki. Szkoda tylko, że wypadł do morza...

Niektórym się wydaje, że teorie spiskowe stanowią domenę ludzi upośledzonych psychicznie, takich co to nie potrafią sprostać wymaganiom naszych skomplikowanych czasów i, aby ułatwić sobie życie, ulegają najbardziej fantazyjnym wymysłom oszustów z chorą wyobraźnią i zwykłych idiotów. W końcu w naszych czasach zabobony, zwłaszcza religijne, są wyśmiewane, a ich głosiciele ku uciesze tłumów upokarzani. Jednak to mit, że żyjemy w świecie, w którym rządzi zdrowy rozsądek. Miliony całkiem inteligentnych ludzi wierzą w bzdury w pełnym przekonaniu, że tylko w ten sposób są w stanie zachować niezależność od władzy i autorytetów oraz wykazać się samodzielnością myślenia.  Odkrywanie spisków jest dziś również uznaną metodą badawczą stosowaną przez media, oficjalne instytucje i coraz liczniejszych polityków. W świecie, w którym większość polityków okazuje się wcześniej czy później kłamcami, nie trzeba być specjalnie podejrzliwym, żeby coraz mniej wierzyć w oficjalne wersje wydarzeń – właśnie dlatego, że są one oficjalne".

Ponadto w "Plusie Minusie"