Historię opisała kilka tygodni temu „Gazeta Wyborcza". Wynikało z niej, że Bondaryk, będąc szefem służb specjalnych, kupił po zaniżonej cenie samochód od spółki, operatora komórkowego, której działalność może być przedmiotem zainteresowania służb. Co gorsza, prowadzącego w tej sprawie śledztwo prokuratora, który szefowi ABW chciał postawić zarzuty, nagle odsunięto. Dziwne, nieprawdaż?
Ale jeszcze dziwniejsze jest to, co działo się później. Najpierw premier w Brukseli. Marsowa mina, ponury wzrok, powaga na obliczu. Padają mocne słowa. Szef gabinetu po powrocie zażąda wyjaśnień.