Reklama

Jerzy Haszczyński: Pies, kot i ja w wielkim mieście

Przyznaję: nie miałem dobrych przygód z psami. Pewien kundel ugryzł mnie w tyłek, gdy byłem dzieckiem.
Jerzy Haszczyński

Jerzy Haszczyński

Foto: Fotorzepa/Waldemar Kompała

Wiele lat później horda bezpańskich wychudłych bestii okrążyła mnie, gdy próbowałem nie dać się zastrzelić na linii frontu na Kaukazie. I wzbudziły we mnie większe przerażenie niż nieprzychylnie do mnie nastawieni panowie z kałasznikowami.

Jeżeli chodzi o koty, to jeden samiec, z czystej złośliwości, wywrócił kieliszek, który stał przede mną na stole, i wylał czerwone wino na moje jasne spodnie.

Być może wiedział, że napisałem kiedyś tekst, w którym wyraziłem oburzenie na znajomych przeznaczających 1 procent podatku na zwierzątka, a nie na chore dzieci. Była w nim też mowa o tym, że świat zinfantylniał niezwykle, co widać w kinach, gdzie widzowie niezależnie od wieku płaczą jak bobry, gdy na ekranie cierpią owce, psy czy wilki, a tysiące bestialsko pomordowanych ludzi, nawet piramidy ze świeżo ściętych głów, nie robią już wielkiego wrażenia.

Pozostało jeszcze 82% artykułu

4 zł tygodniowo przez rok!

Wybierz roczny dostęp RP.PL i zyskaj dostęp do The New York Times!

Oferta dotyczy subskrypcji rocznej autoodnawialnej. Możesz anulować subskrypcję w dowolnym momencie.

Kliknij i poznaj szczegóły.

Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama