Do niedawna tak naprawdę nikt jej nie zauważał. Grała gdzieś na obrzeżach wielkiego tenisa, była w drugiej setce rankingu, więcej w jej historii było nadziei na wielki skok niż powodów, by weń wierzyć. Teraz jest piąta na świecie z mocnymi aspiracjami do wyprzedzenia czwórki przed nią.
W kilka miesięcy weszła do świata mistrzyń Wielkiego Szlema, wywalając drzwi razem z futryną, zwłaszcza w finale US Open, w którym z hukiem pokonała samą Serenę. 19-letnia panna Andreescu, kanadyjska córka rumuńskich rodziców, zaczęła spełniać w Nowym Jorku swój wielki sportowy sen.
Fundamentem tej historii była – jak tyle razy w tenisie – silna wola rodziców, by budować pomyślne życie poza granicami Rumunii. Nicu i Maria poznali się w czasie studiów. Ona skończyła ekonomię na uniwersytecie w Krajowej, potem jeszcze dodała dyplom MBA w zakresie zarządzania finansowego. On jest dyplomowanym inżynierem mechanikiem, po politechnice w Braszowie.
Maria Andreescu szybko znalazła zajęcie w rumuńskim banku, ale po pracy spędzała długie noce nad nauką angielskiego, przygotowując się do dalekiej podróży. Kanada była jej celem od początku dorosłego życia. Państwo Andreescu wyruszyli w tę podróż jesienią 1995 roku.
Przyjechali do Kanady z dwiema walizkami (poza ubraniami mieli w nich tylko patelnię), z silną wolą odnalezienia się w nowym społeczeństwie i zbudowania lepszej przyszłości dla ewentualnego potomstwa. Pierwszy dom znaleźli w Mississauga, na dalekim przedmieściu Toronto. Tam w czerwcu 2000 roku urodziła się ich jedynaczka Bianca Vanessa.
Kanada przyjęła ich życzliwie, oboje dostali pracę – Maria jako kontrolerka w firmie inwestycyjnej w Toronto (dziś jest dyrektorem finansowym Global Maxfin Investments Inc.), Nicu został inżynierem narzędziowym w firmie motoryzacyjnej Matcor Automotive Inc. Wkrótce mogli zmienić mieszkanie, zaczęli wrastać w nowe otoczenie.
Zwykłe dziecko
Maria Andreescu, duch znacznie bardziej niespokojny niż mąż, uznała jednak po kilku latach, że znów jest szansa na godne zarabianie w Rumunii, i zainwestowała w firmę przewozową w Piteszti. Biznesu trzeba było pilnować na miejscu, zarządzanie nim z prowincji Ontario nie wchodziło w grę, więc mama Bianki wzięła sześcioletnią córkę i wróciła do ojczyzny. Nicu Andreescu został w Kanadzie, by w razie niepowodzenia nie trzeba było zaczynać wszystkiego od nowa.
Ten pobyt córki z matką w starym kraju, z ojcem dojeżdżającym w czasie urlopów, trwał 2,5 roku. Tyle potrzeba było, by Maria Andreescu uznała, że nie warto dłużej zajmować się ciężarówkami, lepiej sprzedać biznes i wrócić na stałe do przybranej ojczyzny. Dla Bianki pobyt w Rumunii miał jednak duże znaczenie – poszła do szkoły podstawowej, nauczyła się mówić po rumuńsku, pierwszy raz wzięła rakietę do ręki i weszła na kort tenisowy.
Nie ma w jej sukcesie żadnego związku z dumną przeszłością tenisa w Rumunii, z dawnymi osiągnięciami Ilie Nastase, Iona Tiriaca, Virginii Ruzici lub Iriny Spirlei. Po prostu trzeba było jakoś ujarzmić nadwyżki energii drzemiące w bardzo aktywnej sześcioletniej dziewczynce, która mogła godzinami biegać, skakać i wspinać się po linach w małpim gaju. Rodzice wcześniej posyłali ją na treningi piłki nożnej, gimnastykę, jazdę na łyżwach, pływanie, tańce i karate.
W końcu mama zaprowadziła ją do ośrodka sportowego firmy petrochemicznej Arpechim w Piteszti, tam Bianca dostała się pod opiekę Gabriela Hristache. Po paru lekcjach Maria Andreescu zapytała trenera, czy ten trening ma sens. Usłyszała, że tak.
Dziś trener Hristache mówi o Biance jak Ion Tiriac kiedyś opowiadał o Borisie Beckerze: – Z początku wcale nie była najlepsza w grupie, ale bardzo chciała wytrwać. Była zwykłym dzieckiem, dopiero gdy zaczynała grać w tenisa, zmieniała się, stawała się poważna i dojrzała. Wiele dziewczynek może miało większy talent, ale ona bardziej od nich chciała dobrze grać. To było widać już wtedy, gdy była mała.
Po powrocie do Kanady chwilę trwało, zanim Bianca odzyskała pewność rozmów po angielsku, ale w kwestiach sportowych nie miała wątpliwości – liczył się tylko tenis. Zaraz poszła na zajęcia do Ontario Racquet Club w Mississauga, zaczęła startować w dziecięcych turniejach, była wystarczająco dobra, by zauważyli ją łowcy talentów z Narodowego Centrum Szkoleniowego. Zaczęła regularnie ćwiczyć w ośrodku w Toronto, co najmniej trzy razy w tygodniu, przed lub po szkole.
Siła w emigrantach
Fachowa opieka kanadyjskiej federacji tenisowej była drugim z ważnych powodów udanej kariery Bianki. To nie był przypadek – Kanadyjczycy już kilkanaście lat temu wpadli na to, żeby organizację krajowego systemu szkolenia młodzieży oddać w ręce tych, którzy taki system z sukcesem wdrożyli u siebie, czyli we Francji.
Zatrudnili w tym celu Louisa Borfigę, byłego szkoleniowca z Narodowego Centrum Tenisowego w Paryżu, który powielił francuski model działania, także z francuskimi szkoleniowcami w rolach wiodących. Główny ośrodek szkoleniowy stanął 12 lat temu w Montrealu, trzy regionalne, niemal równie silne, powstały w Vancouver, Calgary i Toronto. Wydatki federacji wzrosły w tym czasie z 3,5 do 14 milionów dolarów rocznie, ale efekty widać było niemal od razu.
Świat usłyszał najpierw o sukcesach Milosa Raonica i Vaska Pospisila, potem rozbłysła na chwilę gwiazda Eugenie Bouchard, ostatnimi laty pojawili się z przytupem na zawodowych kortach Denis Shapovalov i Felix Auger-Aliassime. Łatwo zauważyć, że niemal wszystkich łączy to, że są Kanadyjczykami w pierwszym pokoleniu, ich rodzice przyjechali z różnych stron świata i znaleźli w Ameryce Północnej życzliwość i możliwości rozwoju. To córki i synowie emigrantów tworzą dziś siłę kanadyjskiego tenisa.
Bianca Andreescu szybko robiła postępy. Ćwiczyła z Andre Labelle'em w Toronto, z Nathalie Tauziat, finalistką Wimbledonu z 1998 roku, w Montrealu. Miała 12 lat, gdy bez trudu wygrywała na wakacjach z ojcem, który trochę odbijał piłki w szkole średniej i na uniwersytecie, ale z nastolatką nie miał szans i musiał płacić 50 dolarów za każdą porażkę.
Na turnieje juniorskie niemal od razu jeździła bez rodziców, dołączała do koleżanek i ich opiekunów. – Jestem jedynaczką i nie miałam nic przeciwko samotności, stałam się bardzo niezależna, ale musiałam szybko dorosnąć – mówiła Bianca w Nowym Jorku.
Miała 13 lat, gdy wygrała w Tarbes we Francji turniej Les Petites As, jeden z najważniejszych na świecie dla dzieci do lat 14. Przed nią wygrywały tę rywalizację inne dzieciaki z Kanady: Gabriela Dabrowski i Edward Nguyen, ale także Rafael Nadal, Kim Clijsters i Martina Hingis.
– Tam poczułam się po raz pierwszy niemal jak zawodowa tenisistka. Oglądały nas tysiące ludzi, dzieci chciały autografy i robiły z nas idoli, uwielbiałam każdą minutę tam spędzoną. Do tego doszła fajna podróż, poznawałam nowych ludzi, jadłam nowe potrawy i myślałam, że jeśli to jest życie tenisowe, to zdecydowanie chcę w nim być – wspominała Bianca.
Krok następny: Orange Bowl, nieoficjalne mistrzostwa świata. W tym turnieju Kanada też miała wcześniej mistrzynie: Gabrielę Dabrowski, Erin Routliffe, Glorię Liang i Charlotte Robillard-Millette, ale Andreescu wygrała tam dwa razy, rok po roku, najpierw turniej do lat 16, potem do 18. Tak jak przed nią tylko Chris Evert i Mary Joe Fernandez.
Trener Aref Jallai z ośrodka w Toronto wspomina, że już wtedy Bianca miała naturę zwycięzcy, że przed meczami pisała sobie mazakiem na dłoni pozytywne przekazy w rodzaju: „wygram", że kiedyś skopiowała czek wręczany mistrzyni US Open, by na kawałku papieru wpisać w stosowne miejsce własne nazwisko i tak motywować się do lepszej gry. Wcześnie nauczyła się za radą mamy wizualizować wygrane mecze. Dziś tę technikę rozwinęła, ale nie chce opowiadać o szczegółach, konkurencja nie śpi.
Jeśli gdzieś do końca się nie spełniła, to może w juniorskim Wielkim Szlemie. W deblu wygrała dwa razy (z Carson Branstine) w Australian Open i Roland Garros, w singlu nie, co trochę ją bolało, tym bardziej że takie sukcesy mieli parę lat wcześniej Filip Peliwo (którego rodzice przybyli do Kanady z Zakopanego), Bouchard, Shapovalov i Auger-Aliassime. Pokonała i inne przeszkody – zwłaszcza wczesne kontuzje. Potem musiała decydować, czy przyjąć którąś z wielu ofert stypendialnych z amerykańskich uniwersytetów. Maturę ma, zdaną w Bill Crothers Secondary School w Markham. Po naradzie z rodzicami odrzuciła pomysł studiowania, nawet za spore stypendium. Wybrała tenis zawodowy.
Louis Borfiga uznał, że Bianca musi mieć stałego trenera w zawodowej części kariery, i wskazał na Sylvaina Bruneau, wcześniej kapitana kanadyjskiej reprezentacji w Pucharze Federacji. Na konto tego szkoleniowca poszło to, co stało się od marca 2018 roku: najpierw spokojny trening, zimą znaczące podniesienie sprawności fizycznej w ośrodku w Montrealu i IMG Academy w Bradenton na Florydzie, wreszcie realizacja planu pełnego rozwoju. Dziś Bruneau nie ukrywa: ten plan budowany był na wzorcach męskich, ze wszystkimi zaletami, jakie dają siła i bogata technika.
Tak przygotowana Bianca zaczęła sezon 2019 od finału w Auckland, potem były coraz większe fajerwerki: zwycięstwa w Indian Wells, Toronto i Nowym Jorku. Oraz to co najważniejsze: osiem meczów z tenisistkami z pierwszej dziesiątki świata, osiem wygranych.
Premier Kanady Justin Trudeau już wie, komu wysyłać gratulacyjne tweety. W Rumunii też jest radość, choć powiedzieć, że duża, byłoby przesadą, bo Bianca wygrywa pod flagą z klonowym liściem i nic tego nie zmieni. Choć mówi w języku ojców i dziękowała w nim w Nowym Jorku także rumuńskim kibicom.
Dusza mistrzyni
Najbardziej pozytywne emocje gra Bianki na pewno rodzi tam, gdzie wciąż mieszkają dziadkowie, w wiosce Vaideeni położonej w okręgu Vâlcea w środkowej Rumunii, z Bukaresztu najszybszą drogą 226 km, czyli trzy godziny autem na północy zachód.
Babcia Ana Sîiulescu (ze strony matki) może teraz opowiadać o zbiorowych telewizyjnych seansach oglądania meczów wnuczki, o radościach, łzach wzruszenia i oczywiście o młodości Bianki, która podczas wizyt u babci zamiast grzecznie siedzieć w domu, wolała trzy–cztery godziny kopać piłkę za domem. Albo o tym, jak zgarniała z drogi każdego bezdomnego psiaka, przynosiła do babci, kąpała, karmiła i niosła do weterynarza, by ten poszukał dla znajdy dobrych ludzi. W Kanadzie Bianca ma własnego brązowego pudelka o imieniu Coco.
Teraz wnuczka przyjeżdża do dziadków co roku na parę dni, zawsze zjada miejscowe babeczki z oliwkami i naleśniki. Nie zapomina o rodzinie w Piteszti i Râmnicu Vâlcea. Ostatnimi czasy przywozi coraz droższe prezenty. Ponad 80-letni dziadek od strony taty Gheorge Andreescu dostał niedawno aparat słuchowy za 1000 dolarów.
Trener Hristache, pytany przez lokalne media, ile tak naprawdę w Biance jest Rumunki, dyplomatycznie mówi, że nie wie, niech każdy sam to oceni. Zaraz jednak dodaje: – Gdyby Bianca nie wyjechała z Rumunii, nie wspięłaby się tak wysoko. Nasz związek tenisowy w niczym nie pomaga młodym tenisistom. Mój syn jest w takim samym wieku jak Bianca, nawet chwilę razem trenowali w Piteszti, ale skoro zabrakło mi determinacji państwa Andreescu i nie wyjechałem z kraju, to mój syn nie dostał sportowej szansy. Pozostaje nam tylko brać wzór z Bianki, bo w Rumunii brakuje idoli.
Pociechą dla Gabriela Hristache pozostaje przyjaźń z tenisistką i jej rodzicami, choć z racji odległości głównie internetowa. – Rozmawiam z jej mamą przez komunikator po każdym meczu Bianki. Może w końcu pojadę kiedyś do Kanady i pogratuluję jej osobiście – powtarza w rozmowach z dziennikarzami.
Bianca Andreescu w kilka miesięcy zarobiła ponad 6 mln dolarów. Jej agent, były francuski tenisista Jonathan Dasnieres de Veigy, były pracownik agencji Octagon, najbardziej się boi, by 19-letnia dziewczyna, dla której jeszcze niedawno miliony na koncie były abstrakcją, nie zagubiła się między sportem, biznesem i rosnącą popularnością. By nie została drugą Genie Bouchard.
– Nie sądziłem, że stanie się to tak wcześnie, ale musi sobie poradzić z sukcesem. Sądzę, że jej się uda, bo ma duszę mistrzyni, może jest trochę szalona, ale na razie daje się nad tym zapanować. Ideałem byłoby, aby pozostała stabilna emocjonalnie, to znaczy taka, jaka jest: miła, szczera i beztroska – mówi Francuz, dodając, że nie spieszy się z podpisywaniem kontraktów sponsorskich, bo rynkowa cena Andreescu dopiero zaczyna rosnąć.
Choć sezon się nie skończył, Kanada już czeka na mistrzynię US Open z tytułem sportowca roku. Świat nie szczędzi Biance komplementów, a ona już umie na nie odpowiadać. Kiedy pozowała w Nowym Jorku do oficjalnego zdjęcia z trofeum, wręczono je także trenerowi Sylvainowi Bruneau. Trener rzekł nieśmiało, że nie jest przyzwyczajony. – To czas się przyzwyczajać – usłyszał natychmiast od mistrzyni.