Reklama

Andrzej K. Koźmiński: Globalizacja i technologie sprawiają, że klasa średnia się kurczy

Na globalizacji w tej chwili zyskują najbiedniejsi i najbogatsi – cała klasa średnia traci, zaczyna nam pękać i się rozpadać. Na rynku pracy pozostaje miejsce głównie dla ludzi od sprzątania i od myślenia.

Aktualizacja: 01.10.2017 20:39 Publikacja: 28.09.2017 13:37

Andrzej K. Koźmiński: Globalizacja i technologie sprawiają, że klasa średnia się kurczy

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

Rz: Podobno III RP różni się od PRL głównie tym, że za socjalizmu władza odwoływała się do klasy pracującej, a dziś do klasy średniej...

Prof. Andrzej K. Koźmiński, ekonomista: Ale klasa średnia to obecnie klasa pracująca! Znam lepszy dowcip: w PRL postanowiono inteligencję zrównać z robotnikami, robotników z chłopami, a chłopów z ziemią (śmiech). Nie twierdzę, że mamy dziś renesans tego podejścia, po prostu tak dla porządku warto zauważyć, że pod względem dowcipów jesteśmy daleko, daleko w tyle za komunizmem. A co do klasy średniej, to wywinęła ona władzy paskudny numer, i to na całym świecie, a zwłaszcza w krajach zamożnych. Mianowicie się zbuntowała.

Przeciwko czemu?

Klasa średnia była podstawą stabilności społecznej i politycznej. W tym sensie, że sama miała stabilną sytuację, jeśli chodzi o dochody i prestiż; była nieźle wykształcona i stosunkowa łatwo sterowalna przez mainstreamowe media i autorytety, który były dosyć liberalne. Jednak klasa ta poczuła się poważnie zagrożona. A zagrożenia te są jak najbardziej realne i mają dwie przyczyny: globalizację i rozwój technologii. Na globalizacji w tej chwili zyskują najbiedniejsi i najbogatsi – cała klasa średnia traci. Rozwój technologii sprawia, że rację bytu tracą średnio kwalifikowane zawody, jak sprzedawcy, operatorzy różnych urządzeń, księgowi czy najrozmaitsi specjaliści niskiego szczebla. Te wszystkie funkcje przejmowane są przez systemy. Na rynku pracy pozostaje miejsce głównie dla ludzi od sprzątania i od myślenia. Ci od wykonawstwa przestają już być potrzebni. W Stanach Zjednoczonych przeprowadzono bardzo ciekawe badania. Wzięto pod lupę 700 zawodów typu agent ubezpieczeniowy, pracownik biura podróży, wykwalifikowany robotnik itd. Okazało się, że 43 proc. z nich już teraz jest zastępowanych przez nowe technologie.

I tzw. outsourcing.

Reklama
Reklama

Kolejnym problemem jest oczywiście konkurencja tańszej siły roboczej z całego świata. I to nie tylko w dziedzinach dotyczących najprostszych prac, ale nawet analiza wyników badań medycznych jest już masowo robiona w Indiach. Przez te dwa procesy klasa średnia na Zachodzie realnie traci swoją pozycję materialną i prestiżową. Dodatkowym źródłem jej przerażenia jest masowa migracja. Przybysze z innych części świata stanowią obciążenie socjalne, które w większości musi pokrywać właśnie klasa średnia, a poza tym są dla niej konkurencją na rynku pracy. A w krajach posocjalistycznych jest jeszcze jedno źródło niezadowolenia: rozwarstwienie społeczne.

Żyje nam się jednak coraz lepiej.

Tak, np. przesiadamy się z maluchów do dacii, które spłacamy w kredycie. Problem w tym, że sąsiad co roku kupuje sobie nowego mercedesa. A to nas wkurza do imentu, więc ta dacia przestaje dawać nam szczęście. Więcej: przez to, że sąsiadowi żyje się wielokrotnie lepiej niż nam, gotowi jesteśmy zakwestionować cały porządek, który generalnie jest dla nas korzystny. W krajach najbogatszych ten porządek przestaje być opłacalny dla klasy średniej, ale u nas wciąż jeszcze jest – wciąż mamy możliwość się dorabiać, bo cały czas udaje nam się utrzymywać nieco większe tempo wzrostu, niż ma to miejsce w zachodniej Europie.

Skoro dotychczasowe zawody znikają, to co czeka osoby, którym te zawody przynosiły do tej pory całkiem niezłe pieniądze i odpowiedni prestiż?

Zejdą do klasy niższej albo powędrują do góry. W Stanach Zjednoczonych ten proces zaczął się najwcześniej. W latach 80. XX w. pracowałem na Central Connecticut State University i wynajmowałem mieszkanie u pewnej rodziny. Pani była emerytowaną robotnicą, a jej mąż majstrem w fabryce łożysk tocznych. To byli naprawdę stabilnie zamożni ludzie: porządny dom, dwa czy trzy samochody, przyzwoite konto w banku, jakaś weekendowa rezydencja itd. Mieli liczną gromadkę dzieci. Jedna córka ukończyła studia pielęgniarskie i rozpoczęła pracę w wielkim szpitalu. Szybko awansowała i stała się osobą – jak to się mówi – dobrze ustawioną. Ale jej czworo rodzeństwa już tak świetnie sobie nie poradziło: bezustannie nawiedzają mamusię i tatusia z prośbą o pieniądze. Droga jest zatem jedynie do góry albo na dół. Nie da się utrzymać w tym samym miejscu.

Większość, rozumiem, trafia na dół.

Reklama
Reklama

Oczywiście, zdecydowana większość będzie trafiać na dół, co dodatkowo będzie obniżać stabilność społeczną i polityczną, ponieważ tacy ludzie zawsze są rozgniewani, rozgoryczeni, przerażeni.

Na czym polega ta destabilizacja?

Wyrazem rozgoryczenia klasy średniej jest poparcie dla populizmu i czegoś, co w naszej wspólnej książce z prof. Grzegorzem Kołodką nazywamy „nowym nacjonalizmem". To ciekawe zjawisko, bo ten nowy nacjonalizm budzi się ni stąd, ni zowąd w Europie, która w XX w. została dwukrotnie spustoszona właśnie przez wybujałe nacjonalizmy. Ale tym razem ten sposób myślenia skierowany jest przeciwko globalizacji i masowym ruchom ludności. Bo dla klasy średniej rodzą one rozmaite negatywne doświadczenia, które skutkują relatywnym spadkiem dochodów. Właśnie to obniżenie dochodów było bezpośrednią przyczyna brexitu. Przecież wielu Brytyjczyków, którzy głosowali za opuszczeniem struktur europejskich, nie wiedziało nawet, czym ta Unia tak właściwie jest. Oni głosowali po prostu przeciwko krajowemu establishmentowi. Ale także przeciwko ekspertom.

A co takiego im zrobili eksperci?

Klasa średnia doszła do wniosku, że eksperci i doradcy są skrajnie cyniczni, sprzedajni i najzwyczajniej w świecie nie można im ufać. Badania przeprowadzone przy okazji ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych pokazały, że jednym z głównych argumentów przeciwko Hillary Clinton było to, że uznano ją za osobę... kompetentną! Inaczej mówiąc: pojawiło się zapotrzebowanie na niekompetentnych, niewykształconych, nieobytych, nieznających języków. Ponieważ przyjmuje się założenie, że oni są mniej zdolni do zdrady i zachowań nielojalnych. W związku z tym mainstreamowe media i autorytety utraciły kontrolę nad klasą średnią, która teraz szaleje pod batutą różnego rodzaju demagogów i populistów.

Eksperci nie są bez winy...

Reklama
Reklama

Ależ oczywiście, że nie są. David A. Freedman, profesor statystyki z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, napisał nawet książkę pt. „Wrong: Why Experts Keep Failing Us – And How to Know When Not to Trust Them" (Dlaczego eksperci ciągle nas zawodzą – i skąd wiedzieć, kiedy im nie ufać – red.). I stawia w niej tezę, że jeśli zadamy ekspertowi jakieś pytanie, to prawdopodobieństwo uzyskania fałszywej odpowiedzi jest większe niż uzyskania prawdziwej.

Ale wracając do nowego nacjonalizmu, to ma on jeszcze jedną ciekawą cechę. Czytałem niedawno w „Financial Timesie" wywiad z moim ulubionym powieściopisarzem Orhanem Pamukiem, w którym turecki literat opowiada, jak ciężko jest mu żyć w społeczeństwie, którego jedna połowa chciałaby się pozbyć drugiej. A takie pęknięcie społeczne i niesłychanie silny podział mają przecież miejsce nie tylko w Turcji, ale również w Stanach Zjednoczonych, a coraz bardziej widoczne są właściwie na całym świecie. Klasa średnia zaczyna nam pękać i się rozpadać. Myślę, że z czasem czeka nas nowy podział klasowy. On wykrystalizuje się w ciągu najbliższych kilkunastu lat.

Skoro zmienia się struktura klasowa, to trudno, by zmianie nie ulegała sfera aksjologiczna. Wszystkie teorie stratyfikacji społecznej w jakiejś mierze zakładają – mówiąc Marksem – że byt określa świadomość. Klasa średnia naturalnie jest mocno indywidualistyczna. Cieszy się wystarczającą niezależnością, by nie musieć liczyć na wspólnotową solidarność, a zarazem nie ma tyle pieniędzy i czasu, by bez wielkich poświęceń móc działać na rzecz innych.

Na pewno wartości tych ludzi będą się zmieniać. Prawdopodobnie w tym wspólnym poczuciu zagrożenia coraz większe znaczenie będzie miała wspólnotowość, ale niekoniecznie ta pozytywna. Sądzę, że coraz częstsza będzie tzw. mentalność oblężonej twierdzy. Tylko że to trudno oceniać, bo procesy, o których mówimy, pojawiły się bardzo niedawno, i to wszystko dzieje się właściwie na naszych oczach. Żyjemy w okresie przełomu, a do tego właśnie jesteśmy w takim jego momencie, gdy ta przemiana ulega gwałtownemu przyśpieszeniu. Proszę zobaczyć, co się stało w zeszłą niedzielę w Niemczech: 13,5 proc. poparcia dla Alternatywy dla Niemiec – to dramatyczna zmiana. A Niemcy są znani z pragmatyzmu, poza tym ich kraj w stosunkowo najmniejszym stopniu został dotknięty negatywnymi skutkami globalizacji. Niemcy na globalizacji wygrywają – dzięki specyficznym cechom gospodarki i społeczeństwa. Ale ten nowy porządek dopiero się kształtuje, jest za wcześnie, by stawiać stanowcze tezy, jak będzie on wyglądał. Teoria jest wobec takich zmian raczej bezsilna. Budowanie scenariuszy przyszłości jest dziś niesłychanie ryzykowne.

Czy powinniśmy już przestać kojarzyć klasę średnią z liberalizmem, indywidualizmem i większą otwartością?

Reklama
Reklama

Zdecydowanie tak, to na pewno. Prawdopodobnie to ona teraz będzie najbardziej sfrustrowaną częścią społeczeństwa, bo choć globalizację można przyhamować, to na pewno nie da się jej zatrzymać. Dlatego klasa średnia nieuchronnie będzie najdotkliwiej odczuwać jej negatywne skutki.

A czy globalizacja będzie ograniczana?

Już jest. Nawet taka ikona nowoczesnej liberalnej gospodarki, jaką jest prezydent Emmanuel Macron we Francji, już gwałtownie wystąpiła przeciwko przepływowi siły roboczej. Nie mówiąc już o tym, że w wypowiedziach prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa raz po raz pojawiają się nuty pochwały protekcjonizmu i stanowcze zapowiedzi wycofania się z wielostronnych porozumień handlowych. Nie przypadkiem także korporacje międzynarodowe zaczynają repatriować swoją działalność do krajów swego pochodzenia.

Dlaczego to robią?

Z wielu względów, między innymi dlatego, że cena pracy staje się coraz mniej istotna. Są inne źródła przewagi konkurencyjnej. Dobrym przykładem jest proces produkcyjny samolotu Boeing Dreamliner. Przypomnijmy, że jego budowa opóźniła się o kilka lat dlatego, że produkcję bardzo mocno rozkooperowano w skali międzynarodowej, a okazało się, że nie da się w ten sposób jej dokończyć dobrze i tanio. Dlatego cofnięto większość zlecanych na zewnątrz zadań do Stanów Zjednoczonych i częściowo do Kanady. Widzimy, że globalizacja procesów wytwórczych może zostać przyhamowana, natomiast nie da się tego zrobić z globalizacją rynku, przepływu kapitału czy rozwoju technologii. Aczkolwiek obecna klasa średnia zapewne i tak będzie przeciwko tym procesom gwałtownie protestować.

Reklama
Reklama

Nieuchronnie dochodzimy do wniosku, że globalizacja i rozwój technologiczny prowadzą do upadku liberalnej demokracji.

Tu bym się zawahał. Niekoniecznie musi to prowadzić aż do jej upadku. Być może liberalna demokracja zostanie w jakiś sposób przekształcona, ale brakuje mi politologicznej wiedzy i chyba wyobraźni, by snuć tu jakieś scenariusze. Natomiast na pewno globalizacja i nowe technologie destabilizują ją w obecnej postaci. ©?

—rozmawiał Michał Płociński

Andrzej K. Koźmiński jest ekonomistą i socjologiem, profesorem zarządzania, twórcą i prezydentem niepublicznej uczelni Akademia Leona Koźmińskiego w Warszawie. Wykładał m.in. na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles (UCLA) i Sorbonie. Był członkiem Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie Lechu Kaczyńskim

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Plus Minus
Płaskoziemcy są wśród nas czyli kto wierzy, że Ziemia jest płaska
Plus Minus
Głód, dług i zimne podwórka. Kryzys lat 30. zepchnął tysiące na bruk
Plus Minus
Zbrodnie, wypadki i legendy. Mroczna strona Zakopanego
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama