Kiedy to było? Marzec, kwiecień czy maj, gdy Donald Tusk wypowiedział wojnę tzw. kibolom? Dziś o niej nie pamięta nawet on sam. Ale emocje, które wówczas podzieliły opinię publiczną, były tak gorące jak wtedy, gdy chodziło np. o ograniczenie lub liberalizację ustawy aborcyjnej.
Czy warto było się tak ekscytować? Intencje inicjatora były oczywiste. Tuskowi nie chodziło o zwalczenie stadionowych patologii, lecz o słupki w sondażach. Druga strona, która nagle zakochała się w futbolu i kibicach, też na celu nie miała niczego innego niż efekt czysto polityczny. Tusk odstawił pokazuchę, a Jarosław Kaczyński – człowiek, który zawsze podkreślał rolę silnego państwa i potrzebę stanowczej walki z przestępczością – nagle zaczął zachowywać się tak, jakby w ogóle nie było kibolskiego chuligaństwa.