Dziewiąty czerwca 2014 roku nie zapisał się niczym szczególnym w historii. Popularne polskie media żyły przede wszystkim rajdem po warszawskich ulicach w wykonaniu niejakiego Froga, który postanowił opublikować w sieci zapis swych pirackich wyczynów. I wydawałoby się, że tylko taka wątpliwa pamiątka pozostała po tymże 9 czerwca. A jednak ten dzień stał się datą istotną. Ze względu na pozornie drobne wydarzenie, które w Polsce przeszło zupełnie bez echa, ale weszło do dziejów europejskiej energetyki. Wtedy właśnie po raz pierwszy w historii ponad połowa zużytej w Niemczech energii elektrycznej pochodziła ze słońca.
Odnawialne źródła energii
Dzień ów wpisywał się w szereg zdarzeń dotyczących czegoś wydawałoby się tak prostego jak prąd, które z polskiej perspektywy wydają się zadziwiające. Cofnijmy się do początku lata 2013 roku. Wtedy w Niemczech przez kilka dni wytwórcy energii z konwencjonalnych źródeł przeżywali dramat. Cena sprzedaży prądu do sieci elektroenergetycznych osiągnęła minusowe wartości. Oznaczało to, że wytwórcy musieli dopłacać za wpuszczenie swojej energii do sieci. Powód? Oczywiście odnawialne źródła energii. Prąd pochodzący z tych źródeł wypełnił niemiecki system do granicy stabilności. Operator musiał wręcz odganiać innych chętnych do sprzedaży energii. Stąd minusowa cena.
27 lutego 2014. Gerard Mestrallet, szef GDF Suez, największego producenta energii na świecie, ogłasza wyniki spółki za rok 2013. Strata: 9,3 miliarda euro, czyli blisko 40 miliardów złotych. To, o ile mi wiadomo, największa strata poniesiona w tym roku przez jakąkolwiek spółkę. Akcjonariusze nie wpadli jednak w panikę. Przekonał ich powód tej straty. Był nim odpis księgowy na potężną część europejskich aktywów koncernu. GDF Suez uznał, że elektrownie konwencjonalne będące w jego posiadaniu są nic albo niewiele warte. Rzecz dotyczyła między innymi supernowoczesnych elektrowni węglowych w Rotterdamie i niemieckim Wilhelmshaven. Koncern nie zdołał ich na dobre uruchomić, kiedy doszedł do wniosku, że ich wartość jest kwestią wątpliwą.
Powód jest znów ten sam: ofensywa odnawialnych źródeł energii ze szczególnym uwzględnieniem mikroinstalacji w postaci paneli fotowoltaicznych obejmujących jeden dom, gospodarstwo rolne czy firmę. Europa przeżywa energetyczną rewolucję. A GDF Suez doszedł do wniosku, że energetyka konwencjonalna jest, delikatnie mówiąc, mało perspektywiczna. Charakterystyczny jest przy tym los należącej do koncernu polskiej elektrowni w Połańcu – jej wartości GDF Suez nie zredukował. Ale przyznam, że nie postawiłbym żadnych pieniędzy na to, że nie zrobi tego w przyszłości.
Brzmi jak mrzonka
Europejska rewolucja energetyczna do Polski bowiem dotrze. Nie ma siły, tylko jakiś administracyjny zakaz może spowolnić rozwój tego, co w olbrzymiej skali wprowadza większa część Europy. I będzie to zmiana na kształt wstrząsu, jaki spowodowało w branży telekomunikacyjnej upowszechnienie telefonii komórkowej. Nasza energetyka za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będzie wyglądała inaczej. Tylko że jej rozwój będzie przebiegał zupełnie w poprzek obecnych dyskusji – o budowie elektrowni jądrowej, węglu jako podstawie bezpieczeństwa energetycznego czy konieczności budowy konwencjonalnych źródeł energii. Raczej będziemy się zastanawiać, po jakie licho utrzymywać przyłącze domów jednorodzinnych do ogólnej sieci, skoro same sobie zapewniają zaopatrzenie w energię. To pytanie z gatunku: po co telefon stacjonarny, kiedy w domu jest kilka komórek?