Reklama

Marcin Piasecki: Energię będziemy wytwarzać sami

Rewolucja energetyczna dotrze również do Polski. Tylko jakiś administracyjny zakaz może spowolnić rozwój tego, co w olbrzymiej skali wprowadza większa część Europy – pisze publicysta „Rzeczpospolitej".

Aktualizacja: 13.11.2014 01:49 Publikacja: 13.11.2014 01:00

Marcin Piasecki

Marcin Piasecki

Foto: Fotorzepa/Waldemar Kompala

Dziewiąty czerwca 2014 roku nie zapisał się niczym szczególnym w historii. Popularne polskie media żyły przede wszystkim rajdem po warszawskich ulicach w wykonaniu niejakiego Froga, który postanowił opublikować w sieci zapis swych pirackich wyczynów. I wydawałoby się, że tylko taka wątpliwa pamiątka pozostała po tymże 9 czerwca. A jednak ten dzień stał się datą istotną. Ze względu na pozornie drobne wydarzenie, które w Polsce przeszło zupełnie bez echa, ale weszło do dziejów europejskiej energetyki. Wtedy właśnie po raz pierwszy w historii ponad połowa zużytej w Niemczech energii elektrycznej pochodziła ze słońca.

Odnawialne źródła energii

Dzień ów wpisywał się w szereg zdarzeń dotyczących czegoś wydawałoby się tak prostego jak prąd, które z polskiej perspektywy wydają się zadziwiające. Cofnijmy się do początku lata 2013 roku. Wtedy w Niemczech przez kilka dni wytwórcy energii z konwencjonalnych źródeł przeżywali dramat. Cena sprzedaży prądu do sieci elektroenergetycznych osiągnęła minusowe wartości. Oznaczało to, że wytwórcy musieli dopłacać za wpuszczenie swojej energii do sieci. Powód? Oczywiście odnawialne źródła energii. Prąd pochodzący z tych źródeł wypełnił niemiecki system do granicy stabilności. Operator musiał wręcz odganiać innych chętnych do sprzedaży energii. Stąd minusowa cena.

27 lutego 2014. Gerard Mestrallet, szef GDF Suez, największego producenta energii na świecie, ogłasza wyniki spółki za rok 2013. Strata: 9,3 miliarda euro, czyli blisko 40 miliardów złotych. To, o ile mi wiadomo, największa strata poniesiona w tym roku przez jakąkolwiek spółkę. Akcjonariusze nie wpadli jednak w panikę. Przekonał ich powód tej straty. Był nim odpis księgowy na potężną część europejskich aktywów koncernu. GDF Suez uznał, że elektrownie konwencjonalne będące w jego posiadaniu są nic albo niewiele warte. Rzecz dotyczyła między innymi supernowoczesnych elektrowni węglowych w Rotterdamie i niemieckim Wilhelmshaven. Koncern nie zdołał ich na dobre uruchomić, kiedy doszedł do wniosku, że ich wartość jest kwestią wątpliwą.

Powód jest znów ten sam: ofensywa odnawialnych źródeł energii ze szczególnym uwzględnieniem mikroinstalacji w postaci paneli fotowoltaicznych obejmujących jeden dom, gospodarstwo rolne czy firmę. Europa przeżywa energetyczną rewolucję. A GDF Suez doszedł do wniosku, że energetyka konwencjonalna jest, delikatnie mówiąc, mało perspektywiczna. Charakterystyczny jest przy tym los należącej do koncernu polskiej elektrowni w Połańcu – jej wartości GDF Suez nie zredukował. Ale przyznam, że nie postawiłbym żadnych pieniędzy na to, że nie zrobi tego w przyszłości.

Brzmi jak mrzonka

Europejska rewolucja energetyczna do Polski bowiem dotrze. Nie ma siły, tylko jakiś administracyjny zakaz może spowolnić rozwój tego, co w olbrzymiej skali wprowadza większa część Europy. I będzie to zmiana na kształt wstrząsu, jaki spowodowało w branży telekomunikacyjnej upowszechnienie telefonii komórkowej. Nasza energetyka za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będzie wyglądała inaczej. Tylko że jej rozwój będzie przebiegał zupełnie w poprzek obecnych dyskusji – o budowie elektrowni jądrowej, węglu jako podstawie bezpieczeństwa energetycznego czy konieczności budowy konwencjonalnych źródeł energii. Raczej będziemy się zastanawiać, po jakie licho utrzymywać przyłącze domów jednorodzinnych do ogólnej sieci, skoro same sobie zapewniają zaopatrzenie w energię. To pytanie z gatunku: po co telefon stacjonarny, kiedy w domu jest kilka komórek?

Reklama
Reklama

Brzmi to jak mrzonka i oczywiście jest pieśnią przyszłości. Są już widoczne forpoczty tejże rewolucji w postaci wszechobecnych wiatraków, jednak ekspansja fotowoltaiki, czyli energii ze słońca, dopiero przed nami. Niemcy produkują w ten sposób niemal tyle energii, ile jest w całym polskim systemie energetycznym. W Wielkiej Brytanii – nawiasem mówiąc, dysponującej gorszymi warunkami słonecznymi niż Polska – jest w tej chwili około pół miliona mikroinstalacji produkujących energię, głównie ze słońca. W naszym kraju – kilkaset, wleczemy się w ogonie Europy.

Oczywiście europejska rewolucja energetyczna nie wzięła się znikąd, co jest zresztą jednym z poważniejszych argumentów sceptyków dotyczących jej powodzenia i skali w Polsce. Otóż, jak zwykle, o wszystkim zadecydowały pieniądze. Rozwój zielonej energii wsparty był potężnymi subwencjami, w Niemczech rzędu 20 miliardów euro, czyli ponad 80 miliardów złotych rocznie. Rzecz jasna takie, a także dużo mniejsze pieniądze w Polsce są absolutnie niewyobrażalne. Zachodnia Europa poprzez bajońskie sumy wsparcia dla odnawialnych źródeł spowodowała co najmniej dwa efekty. Pierwszy – na przykład w Niemczech koszty subwencji znacząco podwyższały rachunki za prąd, dodatkowo jeszcze zmuszając odbiorców do zainteresowania się mikroinstalacjami. Ludzie i firmy po prostu uciekali od drogiej energii. I efekt drugi – bardziej interesujący z polskiego punktu widzenia – masowe powstawanie na przykład mikroinstalacji fotowoltaicznych spowodowało lawinowy spadek cen tych urządzeń. Rynek został na tyle rozkręcony, że w wyobrażalnym okresie instalacja własnych źródeł energii stanie się opłacalna bez jakichkolwiek subwencji. Eksperci mówią już o tylko kilkuletnim okresie, choć przyznajmy, w kontekście procesów na świetnie nasłonecznionym południu Europy.

W Polsce programy skierowane do prosumentów, czyli konsumentów produkujących własną energię, są jeszcze w początkowej fazie, chociaż na przykład banki wprowadzają coraz ciekawsze instrumenty finansowania budowy mikroinstalacji. Jak wspomniałem, o subwencjach choćby w części skali niemieckiej czy brytyjskiej możemy oczywiście zapomnieć. Istnieje za to inny poważny powód, który może motywować odbiorców energii do zainteresowania się mikroinstalacjami i, co więcej, najprawdopodobniej stanie się kołem zamachowym rozwoju tego typu rozwiązań w naszym kraju. To bardzo zła jakość zaopatrzenia w energię. W mniejszym stopniu dotyczy to dużych miast, w stopniu dotkliwym – mieszkańców mniejszych ośrodków i wsi, rozsianych tam firm i gospodarstw rolnych. Borykają się – jak wskazuje na przykład w swoich opracowaniach jeden z ekspertów, prof. Krzysztof Żmijewski – z przerwami w dostawach prądu (średnio 400 minut rocznie, z tym że jest to wartość uśredniona dotycząca zarówno tych, którzy mają poważne kłopoty z zaopatrzeniem w prąd, jak i tych, którzy ich nie mają) i niższym niż standardowe napięciem w sieci (np. 180 V zamiast 230 V). Przyczyną jest oczywiście koszmarny stan lokalnych sieci dystrybucyjnych. Ten stan szybko się nie poprawi. I chęć zapewnienia sobie jakiego takiego komfortu energetycznego może mieć olbrzymi wpływ na napędzanie klientów na przykład fotowoltaice.

Jak to się będzie przekładało na liczby? W tej chwili eksperci są zgodni: polska rewolucja energetyczna nie doprowadzi do wykluczenia dotychczasowych, konwencjonalnych źródeł. Ale według szacunków wspomnianego prof. Żmijewskiego – i to szacunków, jak sam podkreśla, „ostrożnych" – w 2025 roku prosumenci będą produkowali nieco ponad 10 proc. energii w kraju, w 2040 – jedną trzecią, a w połowie wieku – blisko 40 proc. Czyli za dziesięć lat zniknie 10 proc. rynku konwencjonalnej energetyki, a jakaś połowa za lat kilkadziesiąt.

Czy w tej sytuacji mają sens tak potężne inwestycje w energetykę węglową, jak chociażby rozbudowa Opola? Eksperci są co najmniej podzieleni. Ale istnieje też pytanie znacznie bardziej istotne – jaką rolę mają odegrać polskie koncerny w rewolucji energetycznej? Oczywiście mogą wszelkimi sposobami próbować zablokować produkcję prosumencką, nie dopuścić do zmian na rynku. Tylko że to polityka na krótką metę. Zmiany i tak nastąpią, destrukcja może je tylko spowolnić.

Wsiąść do pociągu

Polskie czołowe firmy energetyczne mogą też pójść inną, bardziej sensowną drogą. Skorzystać na prosumenckim, fotowoltaicznym boomie. Tak jak będą to robiły przywoływany już GDF Suez czy również obecny na polskim rynku fiński Fortum. Nasze koncerny mają takie zaplecze finansowe i know-how, że bez większego trudu mogą się podjąć wejścia w energetykę prosumencką. Sprzedawać, instalować i podejmować się dalszej  konserwacji i obsługi instalacji fotowoltaicznych. Stać się największymi graczami również pod tym względem. Wsiąść do pociągu, który zaczyna odjeżdżać.

Reklama
Reklama

A jeśli nie? Zamiast twórczo wejść w dywersyfikację źródeł przychodów, będą trwać w węglowej monokulturze i znosić  wszystkie kaprysy tej branży. Zamiast podbić rodzący się rynek, oddadzą pole innym. Będą kurczowo konserwować dotychczasowe rozwiązania. I stopniowo tracić rynek. Rynek zbyt cenny, żeby go sobie odpuścić, i rynek, który – powtarzam – w najbliższych latach czeka cała fala zmian.

Opinie polityczno - społeczne
Jerzy Surdykowski: W obecnym świecie pozostaje nam siła bezsilnych
Opinie polityczno - społeczne
Piotr Pałka: Polska 2050 wybrała przewodniczącą już w pierwszej turze
Opinie polityczno - społeczne
Dr hab. Krzysztof Wasilewski: Jak Donald Trump kreuje rzeczywistość za pomocą memów
Opinie polityczno - społeczne
Jan Zielonka: Donald Trump w Davos jak w kabarecie Olgi Lipińskiej
Opinie polityczno - społeczne
Janusz Lewandowski: Zbigniew Ziobro z Viktorem Orbánem niszczą tysiącletnie braterstwo Polski i Węgier
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama