Rz: Co pana najbardziej uderzyło wśród wielu tez postawionych przez premiera Morawieckiego?

Andrzej Rzońca: Ignorowanie podstawowych danych. W Polsce po socjalizmie startowaliśmy z dochodem na mieszkańca niższym niż 30 proc. tego co w Niemczech, obecnie zbliżamy się do 60 proc., jeżeli uwzględnić różnice w cenach. To najwyższy poziom w naszej historii, z wyjątkiem krótkiego okresu po wojnie, kiedy oba nasze kraje były zrujnowane, a w granicach Polski znalazła się część dawnych Niemiec. Dla porównania, II Rzeczpospolita startowała z dochodem na mieszkańca przekraczającym połowę tego w Niemczech, a skończyła z dochodem na mieszkańca na poziomie około 40 proc.

Więc nie jesteśmy krajem peryferyjnym?

Na pewno nie coraz bardziej peryferyjnym.

Jednak nadmiernie uzależniającym się od kapitału zagranicznego – uważa premier.

Tu mamy kolejny przykład ignorowania danych. Premier Morawiecki twierdzi, że za niski poziom płac odpowiada kapitał zagraniczny. Tymczasem w firmach z udziałem kapitału zagranicznego płaci się przeciętnie o 70 proc. więcej niż w firmach z własnością wyłącznie krajową. Przy porównaniu firm o tej samej wielkości, różnica jest mniejsza, ale i tak wynosi ok. jednej trzeciej. Nawet w handlu, w firmach zagranicznych zarabia się o 30 proc. więcej niż w sklepach „polskich".

Firmy zagraniczne lokują w Polsce głównie produkcję o niskiej wartości dodanej, co jest przeszkodą dla wzrostu płac.

To jakim sposobem tak wyraźnie poprawiła się struktura polskiego eksportu? Po socjalizmie dwie trzecie eksportu to były surowce i dobra nisko przetworzone. Dziś dzięki kapitałowi zagranicznemu te proporcje się odwróciły: dwie trzecie polskiego eksportu to dobra wymagające średniej lub zaawansowanej technologii. Jednocześnie silnie, około trzykrotnie, podnieśliśmy udział Polski w światowym handlu zagranicznym. W tym czasie nawet Niemcy traciły swoje udziały, bo rosło znaczenie Chin.

Czy mamy za dużo globalizacji, liberalizacji i prywatyzacji?

Mamy za mało. W Polsce to wciąż politycy wywierają za duży wpływ na gospodarkę, największy wśród krajów OECD. W co trzeciej z 50 największych firm Skarb Państwa ma udziały zapewniające mu kontrolę. W tych firmach pracuje ponad 400 tys. ludzi, a w całym sektorze publicznym ok. jednej czwartej zatrudnionych w naszym kraju. Premier Morawiecki mówi o pożegnaniu z neoliberalizmem, ale to, co proponuje, to pożegnanie ze wzrostem gospodarczym. Interwencjonizm państwowy, zamiast uchronić Polskę od pułapki umiarkowanego dochodu, może zepchnąć ją w pułapkę niskiego dochodu.

Nie wszyscy korzystają jednakowo z szybkiego wzrostu.

Rozwarstwienie w Polsce jest mniejsze niż średnio w krajach OECD, przy czym od przystąpienia do UE raczej maleje niż się zwiększa. Pod względem wskaźników społecznych Polska wypada lepiej niż w przypadku wskaźników czysto gospodarczych. Wystarczy rzucić okiem na wskaźnik rozwoju ludzkiego publikowany przez Bank Światowy czy indeks lepszego życia opracowywany przez OECD.

Trudno jednak uznać, że wszystko przez 25 lat było idealne.

Oczywiście, że nie. Właśnie stoimy przed perspektywą wyhamowania wzrostu, bo polskie społeczeństwo się starzeje, za mało oszczędzamy i inwestujemy, wolniej rośnie produktywność. Ale odpowiedzi na te bariery powinny być zupełnie inne niż te, których udziela PiS. W reakcji na starzejące się społeczeństwo, PiS podniósł wiek obowiązku szkolnego i chce obniżać wiek emerytalny. Zamiast zwiększać aktywność zawodową Polaków, mamy program 500+, który ich dezaktywizuje, bo mogą z niego korzystać również te rodziny, w których nikt nie pracuje, ani nawet nie szuka pracy. W odpowiedzi na zbyt niskie oszczędności, PiS zwiększa deficyt budżetu, który konsumuje skromne oszczędności prywatne. W reakcji na zbyt niskie inwestycje mamy paraliż decyzyjny w spółkach Skarbu Państwa i eksplozję niepewności, powstrzymującą od inwestowania sektor prywatny, oraz uderzenie w banki, ograniczające ich zdolność i skłonność do kredytowania inwestycji. Wreszcie odpowiedzią na wyhamowanie wzrostu produktywności ma być rozszerzanie sektora publicznego mającego poważne problemy z produktywnością oraz nękanie dużych firm prywatnych, w których produktywność jest najwyższa. Żadne z tych działań nie rozwiąże naszych problemów, może je tylko pogłębić. Wcześniej testowano je np. na Węgrzech – z kiepskim skutkiem. Za rządów Orbana Polska prześcignęła Węgry pod względem dochodu na mieszkańca, choć na początku transformacji dzieliło nas od nich prawie tyle, ile teraz od Niemiec.

Można z politykami PiS wymieniać się argumentami ekonomicznymi? Czy raczej dominują emocje, z którymi trudno polemizować.

Dotarliśmy do kolejnego punktu, który budzi we mnie sprzeciw. Pan premier zarzuca przeciwnikom PiS, że nie szanują Polski, ale to nie oni kwestionują jej osiągnięcia. Ja jestem dumny z tego, co nam się udało przez ostatnie 25 lat. Z czego dumny jest pan premier – tego nie wiem.

Andrzej Rzońca

Przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich i współpracownik Fundacji FOR. W latach 2010–2016 był członkiem Rady Polityki Pieniężnej. Jest doktorem nauk ekonomicznych, w 2007 r. ukończył studia podyplomowe MBA na University of Minnesota.