Zróbmy zusowską abolicję

Przedsiębiorcy nie mogą płacić za błędy państwa i zmianę po latach interpretacji przepisów dotyczących składek ZUS.

Publikacja: 04.09.2017 19:20

Zróbmy zusowską abolicję

Foto: Fotorzepa, Robert Gardziński

Czy setki firm usługowych muszą upaść z powodu zmiany oficjalnej interpretacji prawa i niespodziewanego żądanie opłacenia składek ZUS od pensji z kilku lat? Nie, nie muszą. Rozwiązaniem jest abolicja. To optymalne wyjście: firmy przetrwają, a państwo otrzyma podatki od ich działalności. Alternatywą jest likwidacja firm, pojawienie dużej grupy bezrobotnych i brak wpływów do kasy państwa – bo zaległych składek i tak nie da się odzyskać.

Skala problemu jest bardzo duża. Zmiana interpretacji przepisów dotyczących odprowadzania składek ZUS od umów-zleceń (tzw. ozusowanie) dotyczy długiego okresu – od 2008 do 2016 r. To setki tysięcy umów na kwoty liczone w dziesiątkach milionów złotych. Szanse na uzyskanie od nich składek są dziś czysto iluzoryczne, natomiast zagrożenie licznymi upadłościami firm i zwolnieniami pracowników – bardzo duże. Stąd jedynym sensownym rozwiązaniem jest abolicja połączona z doliczeniem lat przepracowanych na umowach-zleceniach do okresu składkowego.

Jak powstał problem

Za ten bałagan odpowiada wyłącznie państwo. Źródłem dzisiejszych kłopotów było wprowadzenie przepisu, że ozusowaniu podlega pierwsza umowa-zlecenie. Każda kolejna nie podlegała już obowiązkowi ubezpieczenia społecznego. Jednoznaczna interpretacja prawa w tym zakresie została wielokrotnie potwierdzona przez ZUS – zarówno w wydawanych interpretacjach, jak i w protokołach pokontrolnych w firmach. Wydawało się, że nikt nie ma wątpliwości – zarówno wobec tzw. ugruntowanej praktyki stosowania prawa, jak też intencji ustawodawcy.

Sytuację pogłębiało prawo zamówień publicznych, które dopiero w 2014 r. umożliwiło waloryzację kontraktów z jednostkami publicznymi, gdy następowała zmiana płacy minimalnej, stawki VAT lub składek ubezpieczeń społecznych. Do tego czasu brak możliwości przełożenia rosnących kosztów na klientów kupujących usługi skutkował systematycznym eliminowaniem umów o pracę, skokowym wzrostem liczby umów-zleceń (aż do 1,3 mln w 2015 r.) i dramatycznym obniżaniem płac pracowników najmniej zarabiających, często znacznie poniżej płacy minimalnej.

Należy wreszcie otwarcie powiedzieć: to nie przedsiębiorcy nie chcieli płacić godziwych stawek pracownikom, ale ich klienci – urzędy państwowe, sądy czy ministerstwa. Skala placówek zaniżających koszty roboczogodziny była tak zatrważająca, że zmusiła pracodawców do publikacji ich nazw. Lista wstydu powstała właśnie po to, by ukrócić praktyki zaniżania stawek w zamówieniach publicznych.

Niestety, największymi beneficjentami tak skonstruowanego prawa byli zamawiający usługi, zwłaszcza sektor administracji rządowej i samorządowej. Korzystając z obowiązku wybierania ofert z najniższą ceną – ustalonego w prawie zamówień publicznych – stosowano coraz niższe stawki za roboczogodzinę, które osiągały niebezpiecznie niski poziom 5 zł, a czasem nawet 3 zł.

Wielokrotnie protestowali przedsiębiorcy, którzy już w 2009 r. apelowali o wprowadzenie ozusowania umów-zleceń. Niestety, zostali postawieni w niekomfortowej sytuacji zaniżania wynagrodzeń pracownikom i szukania coraz to nowych sposobów na przedstawienie konkurencyjnej oferty zamawiającym.

Tak nakręcała się spirala negatywnych zjawisk na rynku pracy: kosztem pracowników utrwalano najgorsze praktyki w zatrudnieniu i kupowaniu poniżej realnych kosztów. Oczywiste jest zatem, że urząd kupujący usługi za 5 czy 8 zł nie mógł mieć wliczonego w cenę ozusowania umowy do płacy minimalnej, czyli kilkunastu złotych. System działał prosto: zamawiający nie płacił, przedsiębiorca nie odprowadzał, a tracił pracownik.

Zmiana interpretacji

Nabrzmiewający problem częściowo rozwiązały pozytywne zmiany w prawie zamówień publicznych przyjęte w latach 2014–2016, a więc odejście od ceny minimalnej, wprowadzenie waloryzacji kontraktów i obowiązku zatrudnienia na umowę o pracę tam, gdzie charakter pracy tego wymaga. Należy tu podkreślić, że największymi orędownikami tych regulacji byli właśnie przedsiębiorcy, co niejednokrotnie wyrażali w oficjalnych pismach i apelach kierowanych do ustawodawcy, jak też podczas posiedzeń Rady Dialogu Społecznego.

Niestety, w międzyczasie ZUS zmienił swoją interpretację prawa dotyczącego ozusowania pierwszej umowy-zlecenia i rozpoczął kontrole przedsiębiorców, nakładając gigantyczne domiary za okres do 2016 r. Trudno wytłumaczyć, dlaczego wcześniejsze interpretacje wydane przez tenże organ straciły moc ani też dlaczego karani są przedsiębiorcy, którzy przecież nie otrzymali od państwowych klientów pieniędzy na opłacenie wyższych stawek ubezpieczeń społecznych.

Co więcej, w żaden sposób nie mogli przewidzieć, że wykładnia prawa nie tylko się zmieni, ale też zadziała pięć lat wstecz. Takie działanie prowadzi nie tylko do masowych upadłości małych i średnich firm, a tym samym stworzenia ogromnej luki w usługach i przestrzeni dla koncernów zagranicznych. To przede wszystkim dramaty właścicieli małych i mikroprzedsiębiorstw, których czeka utrata całego dorobku życia.

Abolicja korzystna dla wszystkich

Tak nabrzmiały problem to niejedyna bolączka, jaka powinna być rozwiązana przez rządzących. Szacować można, że ZUS będzie w stanie skontrolować zaledwie kilka procent przedsiębiorstw i w szczątkowym stopniu wyegzekwować od firm nałożone domiary. Dlatego warto rozważyć rozwiązanie, które będzie korzystne zarówno dla budżetu państwa, jak i pracowników.

Takim systemowym „oczyszczeniem" może być abolicja, która uwolni ZUS od wieloletnich, kosztownych procesów sądowych, pracodawców od ponoszenia odpowiedzialności za nieprzejrzysty i niejednoznaczny system prawa, a także finansowania ubezpieczeń społecznych w zastępstwie instytucji państwowych, które tych kosztów nie poniosły i korzystały z usług na głodowych stawkach. System należy zaprojektować tak, by przyniósł korzyści pracownikom.

W interesie pracowników, którzy przez lata pracowali na umowach-zleceniach, jest to, by okresy tego zatrudnienia zostały wliczone do ich emerytury. Taki zabieg powinien być myślą przewodnią zastosowanej abolicji. Dzięki temu przyszli emeryci uzyskaliby wyższe świadczenia i nie byliby skazani na minimalne emerytury.

Rozwiązanie to można skonstruować tak, by skorzystali na tym Polacy, Skarb Państwa (dzięki uruchomieniu nowych strumieni wpływów z ozusowania), a przede wszystkim rynek pracy, który zostałby uzdrowiony i ucywilizowany, eliminując złe praktyki.

Arkadiusz Pączka jest zastępcą dyrektora generalnego i dyrektorem centrum monitoringu legislacji Pracodawców RP.

Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Gospodarka wciąż w strefie cienia
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Opinie Ekonomiczne
Piotr Skwirowski: Nie czarne, ale już ciemne chmury nad kredytobiorcami
Ekonomia
Marek Ratajczak: Czy trzeba umoralnić człowieka ekonomicznego
Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Klęska władz monetarnych
Opinie Ekonomiczne
Andrzej Sławiński: Przepis na stagnację