Styl życia

Malowanie złotem

Pasja.| Artura Kalińskiego, na co dzień biznesmena, fascynuje sztuka.

Od ponad dwudziestu lat w wolnych chwilach zajmuje się fotografią. Jak podkreśla, fascynuje go w niej efekt chiaroscuro, czyli mocne światło z jednego kierunku. W tej dziedzinie inspiracją dla niego był holenderski malarz Johannes Vermeer. — Camera obscura była jednym z podstawowych narzędzi, które wykorzystywał on w procesie tworzenia dla uzyskania tego efektu — mówi Artur Kaliński i dodaje, że jemu samemu zdjęcia szybko przestały wystarczać. Zaczął poszukiwać materiału, który mógłby nakładać na swoje fotografie, by nadać im głębi. Tak rozpoczęła się przygoda ze złotem.

Ten szlachetny kruszec wykorzystywano w sztuce od wieków — począwszy od starożytnych Fenicjan czy Egipcjan, poprzez artystów bizantyjskich czy twórców barokowych, aż po jednego z najwybitniejszych przedstawicieli secesji Austriaka Gustawa Klimta. Na jego słynnym obrazie „Pocałunek" płaszcz kochanków zdobią złote płatki. — Jednak u Klimta złoto jest jednym z elementów wielobarwnej kompozycji. U mnie odgrywa pierwsze skrzypce — mówi Artur Kaliński.

Eksperymentowanie ze złotem rozpoczął kilka lat temu od szlagmetalu, po wielu próbach zdecydował się użyć płatków prawdziwego, 23-karatowego złota. Kaliński najpierw malował na papierze — na zdjęciach, które sam zrobił. Potem zaczął malować na płótnie, wzorując się na swoich fotografiach. Motywem przewodnim jego twórczości są kobiety, piękno i tajemnica ich ciała. Czarną akrylową farbą zaznacza kontury fotografowanych postaci, na to nakłada specjalny klej, a następnie płatki złota. — Tam, gdzie sylwetki są mocno naświetlone, złocę. Dzięki temu uzyskuję efekt, w którym większa część ciała pozostaje w cieniu, a to, co odkryte, dzięki odpowiedniemu oświetleniu i oglądane pod różnymi kątami, staje się punktem wyjścia do dyskusji — mówi artysta.

Artur Kaliński nie ukończył żadnej uczelni artystycznej. Wiedzę na temat techniki złocenia poznawał przez długie miesiące. Metodą prób i błędów starał się odwzorować półcień wypracowany na zdjęciach. Gdy udało się osiągnąć go na obrazach, zaczął tworzyć instalacje na bazie płaskorzeźby, które wychodziłyby z ram. W najnowszej kolekcji prezentuje w kilku odsłonach twarz swojego 11-letniego syna, przy czym każda z masek przedstawia inną mimikę. Maski odlał z żywicy, następnie ugruntował czarną farbą i pokrył płatkami złota. Twarze wydają się miejscami niekompletne, niedokończone. — Staram się w ten sposób pokazać ludzką niedoskonałość — mówi. — Maski wzorowane na moim synu, bardzo niedojrzałym zarówno fizycznie, jak i psychicznie człowieku, pozwalają mi pokazać, że choć ludzkie ciało składa się z niedoskonałości, jesteśmy w stanie nad nimi pracować i je niwelować — dodaje. Za 10 lat Kaliński zamierza powtórzyć eksperyment, by zobaczyć, jak zmienił się jego syn.

Kolekcja dziesięciu masek powstawała prawie cztery miesiące. Stworzenie jednej maski zajmowało około dwóch tygodni. Artur Kaliński zwykle pracuje nad jednym dziełem od kilku tygodni do nawet kilku miesięcy, w zależności od tego, czy jest to obraz, maska czy instalacja pokazująca całe ludzkie ciało, a takie również tworzy od niedawna.

Najwięcej czasu zajmuje opracowanie koncepcji, ale wykonanie obrazu czy maski również jest czasochłonne i kosztowne. Koszt złota na potrzeby jednego obrazu czy instalacji zwykle waha się w granicach 500-1000 zł. — Proces nakładania wymaga ciągłego zwracania uwagi na oddech, pilnowania, żeby nie rozdmuchać złota — opowiada Kaliński i dodaje, że czasem zamiast całych płatków, posługuje się drobinkami. A kiedy złoto osiądzie nie tam, gdzie powinno, albo końcowy efekt nie spełnia jego oczekiwań, zamalowuje i pozłaca jeszcze raz. — Zdarzało mi się to nawet kilkakrotnie w przypadku jednego dzieła — mówi artysta.

Artur Kaliński nigdy wcześniej nie wystawiał prac dla szerszego grona odbiorców. Autorską galerię prowadzi w podwarszawskiej Magdalence, jednak jego dzieła mają szansę oglądać nieliczni — partnerzy biznesowi, osoby zainteresowane sztuką lub klienci chcący kupić którąś z prac. W zasadzie nie maluje na zamówienie, tylko sprzedaje gotowe, unikalne kolekcje tworzone według swojego pomysłu. Wartość obrazów z pierwszych kolekcji mieściła się w kwotach 2-8 tys. USD. Ostatnie maski i korpusy, ze względu na ich czasochłonność, będą prawdopodobnie droższe.

Teraz, gdy ma na koncie kilka kolekcji, chce wreszcie pokazać je światu. Prowadzi rozmowy z kilkoma galeriami ze Stanów Zjednoczonych, głównie w Nowym Jorku i Waszyngtonie. — Chciałbym, żeby wystawa została zorganizowana w Stanach w najbliższym półroczu. Myślę, że to realne — mówi Kaliński i dodaje, że jego sztuka spotkała się z pozytywnym odbiorem nie tylko za oceanem. Artysta kontynuuje starania o to, aby podobną wystawę zorganizować w Polsce. W grę wchodzą galerie w Warszawie lub Krakowie. Artur Kaliński stara się także zaistnieć na rynku europejskim. Kilka prac zgłosił do włoskiego konkursu Premio Combat Prize promującego sztukę współczesną.

Kaliński próbuje też sił jako performer, stara się zabierać głos w sprawach istotnych. Jesienią ubiegłego roku przed ambasadą Rosji w Warszawie stanął w obronie rosyjskich artystów represjonowanych przez władze za wyrażanie swoich poglądów. Artur Kaliński na potrzeby happeningu wykonał obraz przedstawiający głowę Putina, spoglądającego z góry na stłamszone ludzkie szkielety. — Chciałem ten obraz przekazać pracownikom ambasady po to, by oni przekazali go prezydentowi Rosji. Domyślałem się, że do samego Putina na pewno on nie trafi, ale miałem cichą nadzieję, że ambasada go od nas odbierze. A nikt do nas wtedy nie wyszedł — opowiada Kaliński. Dodaje jednak, że mierzący dwa metry na metr obraz dalej spoczywa w jego pracowni i czeka, albo na kolejną próbę przekazania prezydentowi Rosji, albo na wykorzystanie w innej słusznej sprawie.

Na razie Artur Kaliński przygotuje inny happening. 5 maja przed ministerstwem kultury w Warszawie będzie chciał walczyć o lepszą promocję młodych polskich artystów za granicą. Przed budynkiem resortu odczyta specjalny manifest, a do minister kultury skieruje pismo. — Będę się domagał zwrócenia uwagi na to, że promocja polskiej sztuki za granicą jest zaniedbywana. A przecież poprzez inną organizację wydawania budżetowych pieniędzy, można zwiększyć efektywność tej promocji, a tym samym i prestiż naszej sztuki za granicą — tłumaczy Kaliński. O samej formie happeningu mówi niewiele: — Chcę zaszokować. Pokazać symbolicznie, jak młoda, polska sztuka umiera de facto na naszych oczach i nie zmieni tego fakt, że kilku naszym artystom udało się przebić na arenie międzynarodowej.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL