Weźmy na przykład twórczość Maurycego Gomulickiego. Artysta nie uznaje podziału na sztukę erotyczną i porno. Jego idée fixe to rozkosz dla każdego. Jako zaspokojenie fizjologicznej potrzeby.
Oburzać się mogą tylko hipokryci. Przecież rodacy bez problemu łykają soft porno w reklamach, filmach, serialach czy na zdjęciach. Sex shopy, tańce na rurze i cały przemysł porno-rozrywkowy już nikomu nie wadzą. Przeciwnie, uważamy to za krok w stronę wielkiego świata.
Powie ktoś – odreagowujemy PRL.
Prawda, socjalistyczne władze obawiały się seksualnej swobody jak kapitalizmu.
Coraz mniej ludzi pamięta, że cykliczne wystawy zdjęć kobiecych aktów zatytułowane „Wenus” w latach 70. uchodziły za szczyt perwersji seksualnej i były dozwolone od lat 18…
Z postpeerelowskiej pruderii wychodziliśmy etapami. Jeszcze 15 lat temu wystawę „Ars erotica” w warszawskim Muzeum Narodowym uznano za skandal. Reakcje graniczyły z fobią: listy protestacyjne, dyskusja w mediach, oskarżanie dyrekcji muzeum o szarganie świętości.
Ba, jakiś fetyszysta skradł nawet jedno ze zdjęć.
Afera dotyczyła wysokiej próby dzieł współczesnej sztuki, często jedynie aluzyjnie zmysłowych.
Jak dalece były to niewinne kompozycje, dowodzi wydany wówczas album. Okładkę zdobi rysunek Henryka Tomaszewskiego: łabędź z kobiecymi nóżkami zamiast skrzydeł.
Tę dowcipną wersję Ledy dzielą lata świetlne od różowych serii Gomulickiego. Nie oburzam się, tylko mi żal. Prostactwo wygrało z finezją. Także w krainie Erosa.
[ramka][link=http://blog.rp.pl/malkowska/2009/01/09/zal-mi-erosa/]Skomentuj[/link][/ramka]