Tendencja ta powinna zachwycić bojowników o bio w gastronomii, bowiem w ten sposób radykalnie spada użycie środków chemicznych do zwalczania chwastów. Odchwaszczanie winnicy wymaga rocznie od trzech do pięciu seansów z użyciem traktora. Użycie konia tyle razy dodatkowo użyźnia glebę.
Jest to dobra zmiana jeśli chodzi o ludzkie zdrowie i jakość wina, bowiem im więcej końskich ogonów wymachujących pośród krzewów merlotów, pinotów, gamayów, syrahów, tym mniej herbicydów w łodygach, liściach, gronach, a w konsekwencji — w kieliszkach.
Konna uprawa winnicy poprawia w niej strukturę gleby, napowietrza ją, umożliwia lepsze nawilżanie po opadach, sprzyja rozwojowi flory bakteryjnej. — Po końskiej szarży chwasty podają tyły, krzewy oddychają z ulgą — twierdzi Pierre Gonon, właściciel winnicy w Saint Joseph w departamencie Ardeche na południu kraju.
Konie robią furorę w starych winnicach, gdzie z każdym leciwym krzewem trzeba się obchodzić jak z jajem, o co przecież trudno kierując traktorem, oraz na wąskich parcelach, gdzie ciężko zawracać traktorem. W odróżnieniu od traktora, koń pracuje w ciszy, nie emituje dziesiątków decybeli, a także może zakryć swoją rurę wydechową ogonem.
Ale, oczywiście, ta dobra zmiana wymaga od winiarza ciężkiej i długotrwałej fizycznej pracy, traktor zrobiłby to szybciej. Poza tym, owies zjedzony przez szkapę jest droższy od oleju napędowego zużytego do wykonania analogicznej roboty ciągnikiem. W związku z tym, wino wieńczące taki cykl uprawowy musi być droższe.
- Oczywiście, że podczas degustacji, na podstawie smaku tego co zawiera kieliszek, nie jest możliwe stwierdzenie, czy winnica była uprawiana koniem, czy traktorem. Najpierw w ustach, a potem połknięte, wino nie oznajmia, czy oglądało koński zad czy zderzak traktora — podkreśla Pierre Gonon. I to należałoby poddać pod rozwagę gastronomicznym pozerom silącym się na znawstwo sięgające rozpoznawania, po jednym łyku, kąta nachylenia winnicy i pory dnia podczas winobrania.