Niemcy stały się w ostatnich tygodniach głównym europejskim graczem w sprawie, co pokazało niedawne spotkanie dyplomatów w Berlinie, a takzę wizyta Merkel w Kijowie i zapowiedziany przez nią fundusz na rzecz odbudowy Donbasu. Doradca prezydenta RP profesor Roman Kuźniar przyznał, że ma mieszane uczucia co do działań niemieckiej dyplomacji w sprawie rozwiązania kryzysu na Ukrainie.
Kuźniar uważa, że polskie władze powinny się cieszyć z włączenia Niemiec w rozmowy, bo Polska od dawna o to zabiegała.
- Pamiętam niezliczone rozmowy prezydenta Bronisława Komorowskiego z niemieckimi politykami, w trakcie których prezydent przekonywał ich, że to jest sprawa ważna dla Europy i Niemcy muszą być obecne w rozwiązanie tego konfliktu. Oni się bardzo ociągali. Kiedy wreszcie wchodzą, to podnosi się larum - mówił dziś rano w radiowej Jedynce.
Jednocześnie przyznał, że podnoszone przez opozycję obawy co do niemieckiego zaangażowania nie są zupełnie bezzasadne. Sam zresztą zaznaczył, że wątpi w skuteczność niemieckiej mediacji.
- Z obecnej postawy Niemiec wynika, że będzie ona nieskuteczna. W Niemczech są głębokie pokłady rusofilii, także względy ekonomiczne odgrywają rolę. Ta większa sympatia dla stanowiska, dla tak zwanych historycznych praw Rosji w Europie Wschodniej jest łatwo wyczuwalna w Berlinie - powiedział Kuźniar. Tymczasem właśnie o to, jego zdaniem, Rosji chodzi w obecnym konflikcie.
- Zamiarem Rosji nie jest III wojna światowa. Putin chce zgromadzić pod swoim "berłem" ziemie ruskie. Czyni to wbrew prawu międzynarodowemu, a także wbrew faktom w terenie - powiedział.
Dodał, że jednym ze znaków niemieckiej nieskuteczności było fiasko spotkania dyplomatów z Francji, NIemiec, Ukrainy i Rosji w Berlinie. Jak podkreślił doradca prezydenta, Polska przewidywała, że rozmowy nie przyniosą rezultatu, dlatego dobrze się stało, że szef polskiego MSZ nie wziął w nich udziału.
- Z góry wiedzieliśmy, że to się skończy katastrofą - powiedział Kuźniar.