Władimir Putin bardzo złagodniał. Nikomu nie grozi, nikogo nie okupuje, przy żadnej granicy nie gromadzi tysięcy żołnierzy, nie narusza prawa międzynarodowego, nie wspiera separatystów, brzydzi się hakerskimi atakami na zachodnie instytucje i firmy. Nie trzyma w łagrach przywódców opozycji, przez myśl mu nie przejdzie, że można by zatruć jakiegoś dociekliwego krytyka. No i wreszcie przekonuje Łukaszenkę, by przemyślał, czy na pewno wygrał wybory. Zmienił się, bo nas lubi i szanuje, imponują mu nasze wartości. A tyle było krzyków tych rusofobów z małych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Pewnie teraz jest im głupio.

Za tę wspaniałą metamorfozę należy się nagroda. I jest – reset unijno-rosyjski. Przygotowała go Angela Merkel wspierana przez francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona i włoskiego premiera Maria Draghiego. Zgodnie z tą propozycją przywódca Rosji ma wrócić na salony – brać udział w spotkaniach na szczycie z przywódcami państw Unii Europejskiej. Oczywiście usłyszy różne warunki, z tym najważniejszym: jeżeli następnym razem zrobi coś niegrzecznego, to my, Unia, zareagujemy. Być może nawet równie stanowczo jak dotychczas. Bój się, Putinie!

W ten sposób można opisać, jak w czasie kryzysów wygląda polityka zagraniczna i polityka bezpieczeństwa Unii Europejskiej kształtowana przez najsilniejszych graczy.

Angela Merkel kończy kanclerzowanie, wygłasza ostatnie mowy, podejmuje ważne decyzje, dając wskazówki następcom. I skłania do oceny jej dorobku. Wypada ona coraz gorzej. Decyzje w sprawach kluczowych dla bezpieczeństwa Europy są złe, przynajmniej dla słabszych, a o tych miała się troszczyć Unia. Merkel, podczas której długiego rządzenia trwały prace nad Nord Streamami, ryzykuje, że da się nam zapamiętać jako wariant Gerharda Schrödera. Jej przypuszczalny następca na fotelu kanclerskim Armin Laschet jeszcze nie wypłynął na szerokie wody, a już zasłynął jako sympatyk Moskwy.

Nawet w Polsce można usłyszeć głosy, że Niemcy realizują po prostu swoje interesy, Rosja im nie zagraża, a jest niezbędnym partnerem gospodarczym. Cóż się więc dziwić, że chcą się na pokolenia połączyć z Rosją rurą z tanim gazem. Problem polega na tym, że stawiając na interes narodowy, poprzez swoje rosyjskie biznesy niszczą wspólnotę europejską. Nie pasuje to do zaklęć o europejskości, unijnych wartościach, solidarności i wspólnych unijnych interesach. Na Berlinie, jako najważniejszym graczu, spoczywa największa odpowiedzialność za to, by nie były to puste słowa. A wciąż się przekonujemy, że są. Gdy chodzi o biznes, Niemcy mają zawsze zyskiwać, nie bacząc na skutki.

Dla Polski i innych państw regionu to bolesna lekcja. Niemcy są ich najważniejszym partnerem w Unii. Narzucanie przez Berlin swoich interesów, sprzecznych z naszymi w kluczowych kwestiach, podważa zaufanie do europejskiego projektu. Nasila emancypację Europy Środkowo-Wschodniej. Umacnia krytyków Unii w obecnym kształcie. I skłania do odważniejszego prezentowania własnych interesów, które mogą być dla Niemiec kłopotliwe. Czy inni mają akceptować to, że Unia to gra, w której zawsze wygrywają Niemcy?