Kiedy półtora roku temu pojawiły się pierwsze doniesienia o tym, że abp Sławoj Leszek Głódź – wówczas metropolita gdański – mógł tuszować przypadki molestowania seksualnego małoletnich, którego dopuszczali się podlegający mu księża, nikt specjalnie nie wierzył, że hierarsze spadnie włos z głowy. Istniał już wtedy wprawdzie papieski dokument o odpowiedzialności biskupów („Come una madre amorevole" – Jak kochająca matka), w którym zapisano, że do usunięcia biskupa z urzędu w przypadku nadużyć wobec nieletnich wystarczy „poważny brak sumienności", ale niespecjalnie się nim przejęto.

Nastawienie nie zmieniło się nawet wtedy, gdy Franciszek wydał kolejny dokument („Vos estis lux mundi" – Wy jesteście światłem świata), w którym opisano sprawy hierarchów oskarżanych o tuszowanie pedofilii. Wiele osób – z biskupami na czele – nie wierzyło, że postępowanie wyjaśniające i ewentualne konsekwencje można wyciągnąć wobec biskupa. W odniesieniu do abp. Głódzia spodziewano się, że do emerytury nikt go nie ruszy, a potem sprawy umrą śmiercią naturalną, bo kogo obchodzi jakiś tam emeryt.

Abp Głódź dotrwał do emerytury (przeszedł na nią w sierpniu), ale już w chwili ogłaszania decyzji papieża o przyjęciu rezygnacji ze względu na wiek wiadomo było, że Watykan nie zapomniał o skargach na niego. Informując o odejściu arcybiskupa, nie podano nazwiska następcy. Nie powierzono odchodzącemu hierarsze – co jest zwyczajową praktyką – funkcji administratora diecezji do czasu wyłonienia nowego ordynariusza. Administratorem został inny biskup.

Teraz okazuje się również, że Stolica Apostolska nakazała wyjaśnienie zarzutów stawianych abp. Głódziowi. Proces w tej sprawie już się toczy i jak doniósł portal OKO.press, przesłuchano pierwszych świadków.

Samo rozpoczęcie procedur nie oznacza rzecz jasna, że były metropolita gdański pedofilię tuszował – wyjaśnienie tych zarzutów jest rolą osób do tego powołanych. Jest to jednak dość czytelny znak, że usunięcie się z pierwszej linii i przejście na emeryturę nie unieważnia zarzutów. Jest to także jasny sygnał, że Franciszek nie rzuca słów na wiatr i jeśli mówi o odpowiedzialności oraz karach, to traktuje to naprawdę serio – choć czasem przewlekłość postępowań każe nam myśleć co innego.

Biskupi powinni się mieć na baczności.