.
Ten protest, niestety, mieści się ?w zapisach regulującej te kwestie umowy między Warszawą a Moskwą z roku 1994, ale z pewnością oznacza też, że strona rosyjska ?nie zamierza się liczyć z polską pamięcią historyczną i suwerennymi decyzjami lokalnych władz.
Znacznie poza umowę wykracza natomiast stanowisko rosyjskiego MSZ. Kilka dni temu resort ten na swojej stronie internetowej zamieścił komunikat potępiający akty dewastacji pomników wdzięczności żołnierzom sowieckim, a więc – jak to bez żadnych zastrzeżeń formułują rosyjscy dyplomaci – „ludziom, którzy oddali życie za wolność i niepodległość narodu polskiego".
Przekaz ten został wzmocniony opublikowaniem przez Rosyjską Federalną Agencję Archiwalną dokumentów mających świadczyć ?o tym, iż ZSRR na tyle, na ile mógł, wspierał powstańców warszawskich i udzielił im większej pomocy niż Amerykanie i Brytyjczycy.
Być może aktywność Rosji na polu polityki historycznej wiąże się z bieżącą, bądź co bądź, zaognioną sytuacją międzynarodową. Moskwa przegrywa kolejne batalie o pamięć na Ukrainie. Chodzi tu o „leninopady", czyli obalanie pomników Lenina. Akcje te nabierają szczególnej wymowy w takich miastach jak Charków, które uchodziły do niedawna za bastiony wpływów rosyjskich. Lenin w tych miejscach ?to bowiem nie komunistyczny przywódca, ale symbol wyrażający dziejową wspólnotę Rosji i Ukrainy.
W odpowiedzi Kreml zaostrza więc kurs w dziedzinie polityki historycznej. Znaczącym tego przejawem jest chociażby nadanie dwa tygodnie temu jednej z doborowych jednostek rosyjskiego MSW imienia Feliksa Dzierżyńskiego, co przecież można odebrać jako akt profanacji pamięci o ofiarach komunizmu, a więc i o samych Rosjanach zamordowanych przez bolszewików. Tym bardziej oczywiste jest, że mauzoleum Lenina długo jeszcze nie grozi likwidacja.
W tej sytuacji trudno oczekiwać, że strona rosyjska okaże zrozumienie Polakom sprzeciwiającym się pomnikom, które zakłamują historię. Nasz antykomunizm jest całkowicie obcy państwu poczuwającemu się do spadku po totalitarnej przeszłości Sowietów.