W piątek, gdy ceny instrumentów finansowych dostosowywały się do wyników brytyjskiego referendum w sprawie przynależności do UE, złoty był – obok funta – jedną z najsłabszych walut na świecie. W pewnym momencie tracił wobec dolara 7,9 proc., a wobec euro ponad 4 proc. Tak gwałtowne osłabienie polskiego pieniądza sugeruje, że w oczach inwestorów Polska jest bardziej niż większość gospodarek narażona na negatywne skutki Brexitu.

Szwajcarski łącznik

Takie podejrzenia nie są bezpodstawne. Jedną z przyczyn szczególnej wrażliwości Polski jest nierozwiązana kwestia kredytów frankowych. Wyniki brytyjskiego referendum sprawiły, że inwestorzy zwrócili się ku aktywom uważanym za bezpieczne, do których należy też frank szwajcarski. W efekcie kurs tej waluty sięgał w piątek nawet 4,24 zł, o 8 proc. więcej niż dzień wcześniej. Choć po interwencjach Banku Narodowego Szwajcarii nieco spadł, pozostał powyżej 4,10 zł, w porównaniu z około 3,90 zł w czwartek. A im wyższy kurs franka, tym większa presja zadłużonych w tej walucie Polaków na rządzących, aby przyjęli ustawę o przewalutowaniu kredytów frankowych, ale też wyższe koszty takiej operacji oraz większe ryzyko destabilizacji sektora bankowego.

Po drugie, Polska jest największym beneficjentem unijnych funduszy, których napływ może zmaleć, jeśli Brexit zmusi UE do rewizji budżetu na lata 2014–2020. Wielka Brytania jest bowiem jednym z największych płatników netto do unijnego budżetu. Po trzecie, Wielka Brytania ma duży, 7-proc. udział w polskim eksporcie, co czyni ją trzecim najważniejszym partnerem handlowym naszego kraju. Jeśli Brexit doprowadzi do istotnego spowolnienia wzrostu brytyjskiej gospodarki, Polska bezpośrednio na tym ucierpi. Ucierpi też pośrednio, ze względu na to, że spowolnić może też gospodarka strefy euro.

Wszystko jest możliwe

Mimo to ekonomiści nie spieszą się z rewidowaniem prognoz dla gospodarek strefy euro i Polski. – Szacunki, o ile spadnie polski PKB wskutek Brexitu, w tym momencie należy uznać za niepoważne – powiedział „Rz" Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista mBanku. Jak tłumaczy, sformalizowanie wyniku brytyjskiego referendum, czyli faktyczne wyjście Wielkiej Brytanii z UE, zajmie co najmniej dwa lata. W tym czasie w funkcjonowaniu Unii nic praktycznie się nie zmieni.

W krótkiej perspektywie negatywny wpływ Brexitu na koniunkturę w Europie będzie głównie wynikiem wzrostu niepewności firm i gospodarstw domowych, co może hamować inwestycje oraz wydatki konsumpcyjne. Ale efekty podwyższonej niepewności są trudne do oszacowania. Tym bardziej że prawdopodobnie będzie próbował im przeciwdziałać Europejski Bank Centralny, łagodząc politykę pieniężną. – Perspektywy gospodarki europejskiej zależą m.in. od tego, jak EBC i rządy innych państw UE będą reagowały na Brexit. Dlatego my z rewizją prognoz dla polskiej gospodarki wstrzymamy się do września – deklaruje Jakub Borowski, główny ekonomista banku Credit Agricole w Polsce.

Ci ekonomiści, którzy mimo wszystko próbują szacować skutki Brexitu, robią to bardzo ostrożnie. Eksperci włoskiego UniCredit uważają, że w tym roku gospodarka Eurolandu jeszcze nie ucierpi, ale w 2017 r. tempo jej wzrostu wyniesie około 0,5–1 proc. zamiast 1,6 proc. To, wraz z efektem spowolnienia w Wielkiej Brytanii, odjęłoby od tempa polskiej gospodarki 0,4–0,8 pkt proc.

Wiele będzie jednak zależało np. od tego, jak będzie się kształtował kurs złotego. Jego osłabienie względem euro w pierwszej reakcji na wyniki brytyjskiego referendum oznacza bowiem wzrost konkurencyjności polskiego eksportu i jeśli się utrzyma, będzie łagodziło negatywne skutki Brexitu dla Polski. Ekonomiści przyznają też, że na korzyść Polski w okresie podwyższonej niepewności może działać wyższy popyt konsumpcyjny, który zawdzięczamy dobrej sytuacji na rynku pracy oraz programowi 500+.

Autopromocja
30 listopada, godz. 12.00

Kto zdobędzie Zielone Orły "Rzeczpospolitej"?

Sprawdź szczegóły

masz pytanie, wyślij e-mail do autora, g.siemionczyk@rp.pl