Ci, którzy liczyli na emocjonujące zakończenie tygodnia na warszawskiej giełdzie, mogą czuć się rozczarowani. WIG20 przez cały dzień miał problem z obraniem kierunku. Już zresztą pierwsze fragmenty sesji sugerowały, że niska zmienność może być kłopotem. Indeks największych spółek rozpoczął dzień od symbolicznego wzrostu. Prawdziwym problemem było jednak to, że popyt nie bardzo miał pomysł na to jak rozegrać sesję. Teoretycznie byki mogły wziąć na celownik kolejną psychologiczną barierę czyli 2600 pkt. Jak się jednak okazało nie było to jednak takie oczywiste.

Wrażenia nie zrobiły na nich również publikowane w piątek dane makroekonomiczne. W sumie może jednak to i dobrze, bo odczyty dotyczące sprzedaży detalicznej czy też produkcji przemysłowej okazały się słabsze od oczekiwań.

Żałować można natomiast, że nasz rynek nie wziął w piątek przykładu z innych parkietów. Szczególnie dobrze prezentował się bowiem niemiecki DAX, który zyskiwał ponad 1 proc. Również początek sesji w Stanach Zjednoczonych zachęcał do kupowania akcji. Niestety i to zostało zignorowane przez nasz rynek. W efekcie praktycznie przez cały dzień byliśmy świadkami przeciągania liny między popytem, a podażą z lekką przewagą pierwszej z tych stron.

Dobrą wiadomością jest z pewnością to, że byki utrzymały kontrolę nad rynkiem do końca dnia. WIG20 zyskał co prawda „tylko" 0,4 proc., ale jednocześnie oznacza to, że rzutem na taśmę udało mu się pokonać poziom 2600 pkt.

Problem z obraniem kierunku w piątek miały nie tylko największe firmy, ale także średnie i małe firmy. Te praktycznie przez cały dzień oscylowały przy poziomie zamknięcia z czwartku.

Cały tydzień na GPW trzeba jednak zaliczył do udanych, a nawet można mówić o pewnym przełomie. WIG20 zyskał prawie 2,5 proc. i przebił testowany wielokrotnie szczyt z 2017 r. Poparte to zostało wysokimi obrotami, co jest dobrą prognozą na kolejne sesje.