Przed wyborami prezydenckimi w USA, scenariusz obowiązujący na wypadek zwycięstwa Trumpa zakładał, że niepewność na rynkach finansowych wzrośnie tak bardzo, że Fed wstrzyma się z podwyżkami stóp procentowych. Tymczasem od dwóch tygodni inwestorzy rozgrywają dokładnie odwrotny scenariusz - podwyżek stóp procentowych w reakcji na rosnącą inflację. Co takiego się stało w głowach rynkowych graczy, że błyskawicznie zmienili oczekiwania?
Rzeczywiście tzw. scenariusze bazowe zakładały zupełnie inne zachowanie rynków. Prawdopodobnie inwestorzy doszli do wniosku, że wygrana kandydata Republikanów nie jest niczym złym. W krótkim terminie reakcja na wyniki wyborów rzeczywiście może się wydawać przesadzona, jednak w dłuższej perspektywie już taka dziwna nie jest. Minęło osiem lat od kryzysu finansowego, przez ten czas największa gospodarka świata zdążyła powrócić na ścieżkę wzrostu, w tym roku PKB USA powinno wzrosnąć o 1,6 proc., w przyszłym nawet o 2,2 proc. Za oceanem mamy wiele sektorów w dobrej kondycji, np. rynek nieruchomości. Coraz lepsze dane płyną z rynku pracy. W tym kontekście oczekiwanie wzrostu stóp procentowych jest czymś naturalnym, choć nie ulega wątpliwości, że pojawiło się bardzo gwałtownie, być może zaskoczenie wygraną Trumpa jest przyczyną tak żywiołowej reakcji. Jednak wzrost rentowności obligacji amerykańskich, umocnienie dolara, rosnące ceny surowców - są uzasadnione makroekonomicznie. To oznaka normalizacji i powrotu gospodarki amerykańskiej do sytuacji sprzed kryzysu.