Początkowy protest przeciwko planowanej zabudowie jednego ze stambulskich parków zamienił się w demonstrację przeciwko rządzącej partii AK.
W niedzielę tysiące Turków wyszło na ulicę, a część z nich starła się z policją w Stambule, Ankarze i innych miastach. Siły porządkowe użyły gazu łzawiącego.
Premier Turcji Tayyip Erdogan zaapelował o spokój i podkreślił, aby obywatele nie dali się sprowokować przez "elementy ekstremistyczne".
"Istnieje ryzyko, że (zamieszki) się przedłużą i zintensyfikują - może dojść do eskalacji konfliktu i polaryzacji stanowisk" - powiedział szef analiz rynków wschodzących Standard Bank, Timothy Ash.
Dodał, że słowa premiera nie sugerowały, że może on złagodzić swoje stanowisko, co "nie wróży dobrze".
Trzy dni protestów odbiły się na notowaniach tureckiej giełdy. Główny indeks giełdy w Stambule, ISE National 100, spadł w poniedziałek o 6,43 proc. na skutek obaw inwestorów przed destabilizującym wpływem demonstracji na turecką gospodarkę. Kurs liry znajdował się zaś blisko najniższych poziomów od stycznia 2012 roku.