O waszej spółce ostatnio jest głośno. Mówi się, że Booksy osiągnęło wartość 1 mld dol. i zostało drugim polskim jednorożcem. To prawda?

Biorąc pod uwagę różne wskaźniki, jak przychody, EBIDTA, zysk, pewnie moglibyśmy pokusić się o takie stwierdzenie, że jesteśmy na tym pułapie, choć nikt nigdy oficjalnie u nas w firmie czy wśród naszych inwestorów tak nie stwierdził. Nie uważamy się jeszcze za jednorożca. W spółkach prywatnych ten moment następuje, gdy ktoś sprzedaje akcje lub spółka emituje akcje i pozyskuje finansowanie – wtedy jest moment realnej wyceny. A my ostatnią rundę finansowania robiliśmy rok temu. Następną pewnie będziemy realizowali w przyszłym roku i podejrzewam, że wówczas – już oficjalnie – będziemy mogli potwierdzić status jednorożca.

Kiedy zatem ta kolejna runda?

Mamy jeszcze pieniądze z poprzedniej rundy i nie ma powodu, by mielibyśmy się z nową spieszyć. Nie sądzę, żeby wydarzyło się to wcześniej niż za trzy miesiące. Z drugiej strony wydaje się, że na ten moment nie będziemy czekać jednak dłużej niż rok.

Ostatnia runda, która miała miejsce w końcu 2020 r., przyniosła wam 70 mln dol. kapitału. Ile do tej pory Booksy pozyskało finansowania i jak duża będzie ta przyszłoroczna runda?

Gdyby zsumować wszystkie rundy, to łącznie spółka otrzymała już 120 mln dol. Następne finansowanie z pewnością będzie dla nas rekordowe – jestem pewien, że nie tylko zdecydowanie przekroczy ono poziom ubiegłorocznej rundy, ale będzie wyższe od wszystkiego, co do tej pory w sumie pozyskaliśmy.

Czytaj więcej

Stefan Batory stworzył jednorożca. Rynek startupów wystrzelił

Taki zastrzyk może oznaczać, że będziecie prowadzić dalsze akwizycje. Niedawno przejęliście rywali: Versum i Genbook. Będą kolejne transakcje?

Będą, i to pewnie wkrótce. Chcemy rosnąć poprzez akwizycję i kupować mniejszych graczy.

Macie plany wejścia na giełdę?

Tak, myślimy o tym.

Ujawni pan coś więcej?

Precyzyjnych planów jeszcze nie mamy, ale cel jest taki, by zadebiutować na nowojorskim parkiecie. A kiedy? To pewnie horyzont trzech–pięciu lat. Dlatego na razie nie poświęcamy temu tematowi uwagi. Obecnie koncentrujemy się na budowaniu dobrego biznesu, bo jeśli to nam się uda, wejście na giełdę nie będzie żadnym problemem.

Giełda to nasz plan na przyszłość. Mówię o niej, ponieważ chcę wyraźnie zaznaczyć, że nie zamierzamy sprzedawać się Google'owi, Facebookowi czy innemu konkurentowi. Chcemy pozostać niezależni.

To brzmi jak oświadczenie, że wiąże się pan z Booksy na długie lata. Czy też ma pan plan wyjścia ze spółki i spróbowania sił w kolejnych biznesach, może w roli inwestora?

Na pewno jeszcze wiele lat będę związany z Booksy. A później? Raczej nie będę chciał rozpoczynać własnych biznesów i angażować się operacyjnie w kolejne startupy. Z drugiej strony swoją wiedzę, sieć kontaktów oraz dostęp do ludzi w Dolinie Krzemowej i w świecie finansów w Nowym Jorku będę chciał po prostu udostępniać z korzyścią dla polskich młodych, innowacyjnych spółek. Wspierać chciałbym też osoby, które wyjdą z Booksy i będą zakładały własne firmy, aby zbudowały coś jeszcze fajniejszego i większego niż ja. Aczkolwiek nie będę wchodził w rolę anioła biznesu. Wolałbym związać się z jednym z funduszy VC działających w Polsce i pełnić rolę osoby, która pomaga, doradza i udostępnia sieć kontaktów za oceanem.

Jak duże jest dziś Booksy?

Myślę, że rok zamkniemy liczbą 20 mln użytkowników korzystających z Booksy na naszych ośmiu najważniejszych rynkach. Dominującym rynkiem są Stany Zjednoczone, które stanowią prawie połowę naszego biznesu. Pozostałe kluczowe obszary to Wielka Brytania, Polska, Hiszpania. Jesteśmy też obecni m.in. w Meksyku, Brazylii i RPA.

Tzw. rynek hair & beauty, na którym działacie, to w USA chyba dla waszego biznesu spore wyzwanie? Kiedyś pan wspominał, że mniej niż 5 proc. usług rezerwowanych jest tam online.

Amerykański rynek rośnie i my razem z nim. Sądzę, że dziś odsetek, o którym kiedyś mówiłem, to już kilkanaście procent, choć wciąż prawdopodobnie mniej niż 15 proc. Co ważne, ten rynek rośnie głównie dzięki nam i kilku naszym największym konkurentom. I choć te 5 proc. to nie jest już aktualna statystyka, wciąż rynek w USA jest na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Mamy na nim dużo do zrobienia. Stąd nasze duże ambicje i oczekiwania, bo chcemy być liderem tych zmian i wyznaczać trendy.

Jakie są zatem najbliższe plany spółki?

To będzie nudno brzmiało, bo od roku czy dwóch powtarzam: najważniejszy cel to wygrać na rynku amerykańskim. A jak uda nam się zrealizować to zadanie, to wówczas wszystkie inne rynki jak po sznurku ułożą się na naszą korzyść. Osiągnięcie tego celu to praca na kolejne trzy lata. Już w tej chwili jesteśmy największą aplikacją w USA w tej branży. Wystarczy wejść do amerykańskiego App Store – tam widać, że pod względem statystyk pobrań i aktywnych użytkowników jest Booksy i długo, długo nic. W Stanach Zjednoczonych mamy wręcz więcej „daily" czy „monthly active users" niż wszyscy nasi konkurenci razem wzięci. Natomiast to jeszcze cały czas zbyt mało, żeby móc powiedzieć, że na tym rynku wygraliśmy. Wciąż jeszcze jesteśmy na początku wyścigu.

Surowa diagnoza.

Rynek w USA rośnie i gdybyśmy już spoczęli na laurach, a konkurencja zwiększała udziały, toby nas w pewnym momencie wyprzedziła. Musimy zatem utrzymywać tempo wzrostu, dopóki rynek się nie wysyci. I dopiero wówczas będziemy mogli ogłosić się zwycięzcą. Osiągnięcie tego celu oznacza jeszcze kilka lat ciężkiej pracy, żmudnego, nudnego powtarzania tego, co robimy na co dzień, bez żadnych fajerwerków.

Jaką część waszego biznesu będzie w przyszłości stanowił jego dotychczasowy trzon, czyli segment hair & beauty? Booksy rośnie w wielu nowych branżach, a z waszego systemu umawiania się przez aplikację można korzystać choćby przy umawianiu wizyt w biurach obsługi klientów operatorów telekomunikacyjnych. Gdzie jeszcze możecie się pojawić?

Dziś ciężko oszacować, jak duża w przyszłości będzie nasza główna działalność. Na razie inne kategorie traktujemy rozwojowo – jesteśmy na etapie eksperymentów oraz sprawdzania, gdzie rezerwacja wizyt online jeszcze może się przyjąć. Zgłaszają się do nas, szczególnie w Polsce, przeróżne biznesy. Są to wspomniani operatorzy, ale też sieci sklepów, serwisy samochodowe, banki czy dilerzy aut.

Tak jak startowaliśmy siedem lat z Booksy i w pewnym sensie stworzyliśmy rynek „bookowania" wizyt u fryzjera czy w salonach kosmetycznych, tak i teraz musimy wykształcić pewne przyzwyczajenia u konsumentów oraz w firmach z innych branż. To jeszcze zbyt wczesny etap, by szacować, w ilu z tych branż takie rozwiązanie się przyjmie i jak poszczególne segmenty będą się rozwijać. Te inne kategorie to na razie taki startup w startupie.

Centrala Booksy zostanie w Polsce?

Zdecydowanie. Większość ludzi zatrudnionych w firmie stacjonuje w Polsce. Tu też wytwarzana jest cała wartość intelektualna. Dziś jesteśmy firmą z dwiema centralami – jedną w Polsce, a drugą w Stanach Zjednoczonych.

CV

Stefan Batory to przedsiębiorca działający w branży młodych, innowacyjnych spółek, założyciel wielu startupów, w tym iTaxi oraz Booksy. Ten ostatni stworzył aplikację do umawiania wizyt online w salonach piękności i uważany jest za drugiego w historii polskiego jednorożca. Absolwent Wydziału Fizyki Technicznej i Matematyki Stosowanej Politechniki Warszawskiej. Ultramaratończyk.