Historia

Rówieśnicy: Ks. Jerzy Popiełuszko, Kpt. Grzegorz Piotrowski

Rzeczpospolita
Ofiara i kat. Kapłan bez reszty oddany wiernym i oficer najbardziej bandyckiego oddziału policji politycznej. Jeden głosił miłość, drugim kierowała nienawiść. Wydawało się, że tragicznej jesieni 1984 roku ten drugi triumfował, mordując w bestialski sposób księdza. Ale dziś to księdzu oddają cześć miliony Polaków, a esbeka uważają za szczególnie odrażającego mordercę...
Był jednym z nielicznych kapłanów, którzy w czasie stanu wojennego nie lękali się mówić o prawdzie, wolności i sprawiedliwości. To nie była polityka, ale ewangelia. Wspierał „Solidarność”, bo wierzył, że ruch może wnieść te wartości do życia społecznego. Dlatego dla władz stał się bardzo groźny.
Kiedy 19 października 1984 roku ks. Jerzy Popiełuszko został porwany i brutalnie zamordowany, miał 37 lat. Cztery lata wcześniej, w sierpniu 1980 roku, trafił – można by powiedzieć przez przypadek, gdyby nie to, że chrześcijanie ich nie uznają – do strajkujących w Hucie Warszawa, gdzie odprawił mszę św. W tym momencie rozpoczął się najważniejszy etap jego życia. Ci, którzy znali ks. Popiełuszkę wcześniej, mówią, że do tego czasu nic nie zapowiadało, iż stanie się tak ważną postacią dla ludzi „Solidarności”, a komuniści będą się bać jego głosu. Wyświęcony w 1972 roku był zupełnie przeciętnym, niewybijającym się, w dodatku chorowitym wikarym. Co więcej, po 1980 roku wielką siłą ks. Popiełuszki stały się kazania, gdy wcześniej nie lubił ich głosić, a w czasach seminarium miał kłopoty z poprawną polszczyzną. Zmiana, która w nim zaszła, była więc dla wielu wyraźna i nieoczekiwana. A jednak wydaje się, że ta siła drzemała w nim od zawsze. Rosła od momentu, gdy jako dziecko szedł o świcie cztery kilometry z rodzinnych Okopów do Suchowoli, by służyć do mszy św. jeszcze przed rozpoczęciem zajęć w szkole. I później, gdy w wojskowej jednostce kleryckiej w Bartoszycach znosił szykany dowódców, ale nie ugiął się i nie zdjął metalowego różańca z palca. Siłą ks. Popiełuszki po 1980 roku stało się to, że nie lękał się mówić prawdy. Upominał się z ambony o wolność i sprawiedliwość, bo uważał, że nie są to pojęcia polityczne, ale ewangeliczne. Wsparł „Solidarność” również nie ze względów politycznych, ale dlatego, że widział w niej ruch, który może wprowadzić w życie społeczne wartości głoszone przez ewangelię: prawdę, dobro, wolność. I że może to uczynić w sposób pokojowy, zgodnie ze słowami św. Pawła, który mówił, że zło trzeba zwyciężać dobrem, nie złem. Słynne na całą Polskę, a szczególnie po wprowadzeniu stanu wojennego, stały się odprawiane przez niego msze za ojczyznę. Kościół św. Stanisława Kostki stał się kawałkiem wolnej Polski, gdzie ludzie, słuchając ks. Jerzego, słyszeli to, co sami myśleli i czuli. W kościele na Żoliborzu otrzymywali pomoc ludzie w stanie wojennym pozbawieni pracy, rodziny internowanych i więzionych. W ten sposób ks. Popiełuszko stał się dla władz bardzo groźny. Od kwietnia 1982 roku SB zaczęła intensywnie go inwigilować – był non stop obserwowany, jego rozmowy telefoniczne podsłuchiwane, do otoczenia wprowadzono agentów. Z czasem „ostrzeżenia” stawały się coraz groźniejsze (uszkodzenie samochodu, podrzucenie do mieszkania ulotek), aż wreszcie 19 października 1984 roku SB posunęła się do ostatecznego kroku. W drodze z Bydgoszczy do Warszawy ks. Jerzy został porwany. Bestialsko skatowany został wrzucony do Zalewu Wiślanego pod Włocławkiem. 30 października poinformowano o odnalezieniu zwłok. Pogrzeb 3 listopada stał się wielką, kilkusettysięczną manifestacją religijną i solidarnościową. Od 1997 roku toczy się proces beatyfikacyjny ks. Popiełuszki jako męczennika komunizmu. Szybko robił karierę w MSW. Morderstwo księdza Popiełuszki, gdyby nie zostało ujawnione, przyniosłoby mu kolejny awans. Główny oprawca i morderca ks. Jerzego Popiełuszki w 1984 roku miał 33 lata. Mimo młodego wieku był jedną z ważniejszych postaci w IV Departamencie MSW, którego zadaniem była walka z Kościołem. To on na naradzie w resorcie we wrześniu 1984 roku przekonał zebranych, że najgroźniejszy spośród księży wspierających „Solidarność” jest ks. Popiełuszko. I to on osobiście podjął się przeprowadzenia akcji, która miała wstrząsnąć kapłanem „aż do granicy zawału serca”. To, że Piotrowski, naczelnik wydziału zajmującego się klerem diecezjalnym, sam podjął się tak „brudnego” zadania, nie dziwi, jeśli weźmie się pod uwagę, że wcześniej wykonywał już podobne. Na przełomie 1982 i 1983 roku przez kilka miesięcy kierował w MSW okrytą najgorszą sławą samodzielną grupą „D”, której działania były nielegalne nawet według prawa obowiązującego w PRL. Piotrowski uczestniczył w porwaniu i polaniu żrącym płynem działacza opozycyjnego Janusza Krupskiego. Organizował również napad na mieszkanie ks. Andrzeja Bardeckiego w Krakowie (chodziło o podrzucenie spreparowanych, kompromitujących Karola Wojtyłę pamiętników; akcja nie doszła do skutku, bo Piotrowski po rozbiciu po pijanemu samochodu został zdekonspirowany). Był podejrzewany o udział w morderstwie wiosną 1984 roku Piotra Bartoszcze, działacza wiejskiej „Solidarności”. Piotrowski podejmował się też zadań mniejszej rangi. Wybrał się np. jako pielgrzym ze studentami do Częstochowy, by podpalić stodołę gospodarza przyjmującego pielgrzymów i próbować zgwałcić jego córkę (nie wiadomo, czy to zrobił). Wydaje się jednak, że ze wszystkich zadań wywiązywał się dobrze, bo karierę w MSW zrobił wyjątkowo szybko. Jako matematyk z wykształcenia krótko pracował w szkole. W 1975 roku zatrudnił się w Komendzie Wojewódzkiej MO w Łodzi w pionie SB. Szybko doszedł do stanowiska zastępcy naczelnika jednego z wydziałów. W 1981 roku przeszedł do centrali MSW i nadal piął się w górę. W dalszej karierze na pewno pomogłoby mu morderstwo ks. Popiełuszki – w którym widział najgroźniejszego przeciwnika systemu – gdyby nie zostało ujawnione. Taki rozwój scenariusza musiał być dla działającego do tej pory bezkarnie oficera SB potężnym zaskoczeniem. W czasie procesu Piotrowski przyznał się do zabójstwa ks. Popiełuszki (ksiądz został bestialsko pobity, a zmasakrowane ciało wrzucono do Wisły). Był spokojny, opanowany, zdecydowany. Tylko raz okazał zdenerwowanie – gdy prokurator zażądał dla niego kary śmierci. Sąd wydał wyrok: 25 lat więzienia. Dzięki amnestii, którą notabene zastosowano wobec niego bezprawnie, wyszedł na wolność już po 15 latach, w sierpniu 2001 roku. Po kilku miesiącach wrócił do więzienia na osiem miesięcy. Była to kara za to, że w czasie przepustki w marcu 2000 roku w wywiadzie dla łódzkiej telewizji obrażał sędziów, którzy odrzucali jego wnioski o przedterminowe zwolnienie. W czasie tej samej przepustki brał udział w promocji startującego wówczas antyklerykalnego pisma „Fakty i Mity”. Niesprawdzona jest informacja, że pisuje tam po pseudonimem.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL