fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Szachy. Rozmowa z Mateuszem Bartlem | Weekend ze sportem

Mateusz Bartel
rp.pl, Sylwia Rudolf Sylwia Rudolf
Arcymistrz Mateusz Bartel o zwycięstwie w prestiżowym turnieju Aerofłotu, początkach swojej kariery oraz sytuacji szachów w Polsce i na świecie
Trzeci raz z rzędu został pan mistrzem Polski w szachach. Podobnego wyczynu dokonał tylko nieżyjący już arcymistrz Bogdan Śliwa, pierwszy powojenny złoty medalista, który w latach 1951 – 1954 czterokrotnie zdobywał tytuł.
Ten sukces cieszy mnie tym bardziej, że przyszedł tuż po zwycięstwie w prestiżowym turnieju Aerofłotu, po którym mogłem się czuć zmęczony. Gdy planowałem wyjazd na dwa turnieje do Moskwy, zakładałem, że mistrzostwa Polski nie będą dla mnie główną imprezą, że wystartuję w nich z marszu. Postawiłem na turniej Aerofłotu. Po sukcesie w Moskwie najwyraźniej urosły mi skrzydła, zwłaszcza po wygranej z młodym Włochem Fabiano Caruaną, jednym z najbardziej obiecujących szachistów na świecie. I już chyba z rozpędu grało mi się dobrze w mistrzostwach Polski. Rozegrałem kilka naprawdę efektownych partii, które mogą być moją wizytówką na długie lata. Ze stylu, w jakim udało mi się pokonać Radka Wojtaszka, Bartosza Soćkę czy Tomka Markowskiego, naprawdę jestem zadowolony.
Wróćmy jeszcze na te dwa turnieje do Moskwy.
Na początku był Moscow Open, trochę słabszej rangi niż Aerofłot. Grałem całkiem nieźle, ale w ostatniej rundzie przegrałem z młodym 16-letnim Rosjaninem i zamiast przyzwoitego miejsca w pierwszej dziesiątce zająłem 35. pozycję. Byłem mocno zdegustowany, ale nie było czasu się martwić, bo dwa dni później grałem już pierwszą partię turnieju Aerofłotu.
To najsilniejszy otwarty turniej na świecie.
Jego główną zaletą, poza atrakcyjnymi nagrodami, jest to, że zwycięzca zapraszany jest do udziału w odbywającym się w lipcu superturnieju w Dortmundzie. Do tego typu turniejów kołowych ciężko się dostać. Przykładem jest Radek Wojtaszek, dziś 34. na świecie, który przez moment był w pierwszej dwudziestce, ale jakoś nie może się dostać do tych turniejów. Gra w nich zwykle dziesięciu zawodników, a organizatorzy chcą mieć najgłośniejsze nazwiska, więc często zapraszają te same osoby, czyli Ananda, Kramnika i podobnych asów. Aerofłot jest więc przepustką do tego elitarnego turnieju. Dlatego ma taką renomę, jest magnesem przyciągającym wielu dobrych zawodników. W tym roku w stawce było m.in. trzech arcymistrzów z pierwszej dwudziestki rankingowej: Rosjanie Jewgienij Tomaszewski i Jan Niepomniaszczyj oraz Włoch Caruana.
Ale to pan okazał się najlepszy. Po raz pierwszy Polak wygrał wielki turniej w stolicy światowych szachów – Moskwie. Tym wynikiem dołączył pan do najlepszego polskiego szachisty w historii Akiby Rubinsteina, który w 1909 roku wygrał w Rosji równie silny turniej w Sankt Petersburgu. Niektórzy porównywali też to zdobycie Moskwy do triumfu Władysława Kozakiewicza na igrzyskach w 1980 roku.
Gestu nie pokazywałem. Ale w hotelu Kosmos, gdzie rozgrywano turniej, emocji było mnóstwo. Dla mnie bardzo istotna była wygrana partia z 20-letnią gwiazdą światowych szachów Caruaną. Gdy z nim grałem, był siódmy na świecie w tzw. rankingu na żywo. Na liście marcowej też awansował na siódme miejsce. Ja miałem w Moskwie 19. numer startowy. Nie jest to niby daleko, ale też ciężko wygrać z takiej pozycji. Z Caruaną spotkałem się w 7. rundzie, ale dzień wcześniej grałem z rodakiem mistrza świata Viswanathana Ananda, drugim szachistą Indii arcymistrzem Krishanem Sashikiranem i – nie będę ukrywał – partię powinienem przegrać. Sytuacja była totalnie beznadziejna i losy turnieju Aerofłotu i potem mistrzostw Polski byłyby zupełnie inne, gdyby Sashikiran swoją przewagę wykorzystał. Na moje szczęście rywal nie dość, że tego nie zrobił, to jeszcze tę partię przegrał, bo trudno powiedzieć, że ja ją wygrałem. Po sześciu rundach byłem na niezłej pozycji, ale raczej bez widoków na zwycięstwo. Bartosz Soćko, który także grał w Moskwie, powiedział mi wtedy, że jeżeli już mam takie szczęście, to nie wypada nie wygrać turnieju. Musiałem go posłuchać.
Jakie nagrody otrzymał pan za zwycięstwa w Moskwie i w Warszawie?
Formalnie pierwsza nagroda w turnieju Aerofłotu to 20 tysięcy euro, ale obowiązywało tzw. dzielenie metodą Horta i ostatecznie za pierwsze miejsce mam dostać nieco ponad 16 tysięcy euro. Pół nagrody dla zwycięzcy jest gwarantowane, a drugie pół wrzuca się do wspólnej puli, którą dzieli się potem przez liczbę zawodników. Ta druga część jest taka sama dla każdego. W mistrzostwach Polski wygrałem 20 tysięcy złotych i po odliczeniu podatku otrzymałem 18 tysięcy.
Czuje się pan zawodowym szachistą?
Absolutnie. Chociaż po nieudanych turniejach pojawiają się wątpliwości. Przychodzą wtedy pomysły, żeby może zająć się czymś innym. W każdym razie teraz jestem pełnym zawodowcem. Myślę, że oznacza to nie tylko sposób gry, ale i podejście do treningu. Po prostu bardzo się staram.
Awansował pan do czołowej setki światowego rankingu.
Pierwszy raz w życiu udało mi się wejść do Top 100 na liście listopadowej. Teraz Aerofłot i wcześniejsze wyniki w lidze austriackiej pozwoliły mi wskoczyć na 83. miejsce. Może jeszcze awansuję, bo to, co zarobiłem na mistrzostwach Polski, będzie liczone dopiero na listę majową.
Kiedy w pana życiu pojawiły się szachy?
Gdy miałem sześć lat, ja i mój o półtora roku młodszy brat Michał zachorowaliśmy na ospę. Tata chciał nas czymś zainteresować i nauczył nas grać w szachy. Potem zapisał nas do sekcji Polonii Warszawa, a tam, wiadomo: jak już się wejdzie, jest fajnie. Wygrałem swój pierwszy turniej – mistrzostwa Warszawy do lat 9 i szachy już nie mogły mi się nie podobać.
W szkole był pan dobry z przedmiotów ścisłych?
Matematyka w XXVI Liceum im. Henryka Jankowskiego „Kuby" w Aninie szła mi dość dobrze, ale nie powiedziałbym, że była ulubionym przedmiotem. Studia związałem z nią bardziej przez pragmatyzm, bo na kierunek, który wybrałem, trzeba było zdać tylko ten jeden przedmiot. Naukę na Wydziale Zastosowań Informatyki i Matematyki na SGGW miło wspominam, ale studiowałem tylko trzy lata. Zrobiłem licencjat i skupiłem się na szachach. Magisterium na razie nie planuję.
Teraz nie jest pan zawodnikiem Polonii Warszawa...
Jestem w Polonii, ale Wrocław. Zdradziłem stolicę kraju na rzecz stolicy Dolnego Śląska. W szachach reprezentuje się różne kluby. Ja długo byłem wierny warszawskiej Polonii. Gram też w klubach zagranicznych: obecnie w lidze czeskiej, austriackiej i niemieckiej, a grywałem też m.in. we francuskiej.
Czym się pan interesuje poza szachami?
Filmem, książkami. I oczywiście sportem. Pasjonuję się piłką nożną, ligami polską i zagranicznymi. Jeżeli tylko mogę, raz w tygodniu spotykam się z arcymistrzem szachowym, ale też instruktorem piłki nożnej Bartoszem Soćką, by trochę pokopać. Zaprasza mnie do siebie, do Zalesia Górnego. Lubię aktywnie spędzać czas.
Czy to są dobre czasy dla szachów w Polsce i na świecie?
W Polsce na pewno. Związek funkcjonuje najlepiej od wielu lat. Jest tu grupa ludzi, którzy chcą coś zrobić. To nie przypadek, że z chwilą gdy w związku się poprawiło, poprawiły się też wyniki. To są naczynia połączone. Mistrzostwa Polski są organizowane w fajnym miejscu, z niezłymi nagrodami. Szachy są w Polsce daleko za innymi dyscyplinami, nie możemy więc oczekiwać nie wiadomo czego.
Jeśli chodzi o świat – to zależy. W Rosji na przykład, jak twierdzą niektórzy, jest rewelacyjnie. Zawodnicy nie muszą wyjeżdżać, bo na miejscu nawet w małych miastach mają turnieje z nagrodami takimi jak w Europie w turniejach otwartych. Polityka FIDE jest teraz ukierunkowana na propagowanie szachów w nowych regionach. Często zdarzają się turnieje z niezłymi nagrodami w krajach, o których prawie nie słyszeliśmy. To dobrze, ale federacja nie robi zbyt wiele dla szachów w starej Europie. Na przykład turnieje cyklu FIDE Grand Prix, czyli niemalże mistrzostwa świata, najczęściej odbywają się w Rosji bądź w byłych republikach radzieckich, w mało znanych miejscowościach, a miasta takie jak Berlin, Londyn, Paryż, Madryt pozostają na uboczu. Co prawda turniej kandydacki ma być rozgrywany w Londynie, ale tylko dlatego, że sponsorują go Azerowie, a jeden z jego uczestników Ormianin Lewon Aronian odmówił gry w Azerbejdżanie.
Kiedy męska reprezentacja przybliży się do sukcesów kobiecych czy swoich przedwojennych tradycji?
W męskich szachach konkurencja w ostatnich latach bardzo się zaostrzyła. Sam Związek Radziecki wykreował po rozpadzie cztery bardzo silne zespoły. Rosja, Ukraina, Azerbejdżan i Armenia w drużynowych mistrzostwach Europy są zwykle rozstawiane z czterema pierwszymi numerami. Łotwa, Litwa czy Gruzja nie są może tak mocne, ale to solidne i groźne ekipy. To samo stało się z Jugosławią, która rozbiła się m.in. na Serbię i Chorwację. Jest ciężko, ale i tak na ostatniej olimpiadzie w Chanty Mansijsku przed dwoma laty w ostatniej rundzie walczyliśmy o medal. Graliśmy z Węgrami, drużyną dużo lepszą od nas i musieliśmy wygrać. Nie udało się, ale było blisko, walczyliśmy. Nie pamiętam, żeby męski zespół był tak blisko podium. Nie mogę powiedzieć, że na najbliższej olimpiadzie w sierpniu w Stambule coś osiągniemy, bo byłyby to puste deklaracje. Będziemy rozstawieni gdzieś w drugiej dziesiątce i będziemy się starać. Żeby zdobyć medal na takiej imprezie, co najmniej dwóch zawodników musi być w świetnej formie, a i to może nie wystarczyć.
Na waszą korzyść może działać dobra atmosfera w reprezentacji i jasne kryteria selekcji do drużyny.
Tę atmosferę zbudował Radek Wojtaszek, zwłaszcza on. Dwa lata temu został liderem polskich szachów. Przed ostatnią rundą turnieju Aerofłotu i najważniejszą partią w moim życiu z Antonem Korobowem z Ukrainy, w której remis dawał mi z dużym prawdopodobieństwem pierwsze miejsce, Radek sam się do mnie odezwał poprzez Skype'a i zaproponował mi pomoc w przygotowaniu. Nie musiał tego robić, ja go nawet nie prosiłem, to była jego oferta. Takie zachowanie to nie jednorazowy przypadek. Polska czołówka współpracuje teraz ze sobą. Jesteśmy grupą kolegów, przyjaciół.
W mistrzostwach open i kobiet grały w Warszawie dwie pary małżeńskie: Joanna i Grzegorz Gajewscy oraz Barbara i Paweł Jaraczowie. Byłyby trzy, ale nasza najlepsza szachistka Monika Soćko nie wystartowała z powodu choroby i śmierci mamy. Skąd ta moda na szachowe małżeństwa, zresztą nie tylko w Polsce?
Moja dziewczyna Marta Przeździecka też gra w szachy. Ma tytuł arcymistrzyni, była srebrną medalistką mistrzostw Polski. Pochodzi spod Łomży, teraz studiuje chemię na Uniwersytecie Warszawskim. Chodzi o to, że w takich związkach łatwiej się dogadać. Normalnej osobie, tak ją nazwijmy, jednak trudno zrozumieć szachistę i dość specyficzną dyscyplinę, którą uprawia. To nie jest piłka nożna, gdzie każda dziewczyna w mig chwyta, o co chodzi. Tutaj jest trochę inaczej. Nie brakuje jednak szachistów ożenionych z kobietami, które nie mają pojęcia o szachach. Patrzą jedynie na zegar i wiedzą tylko, kto ma więcej czasu do namysłu.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA