fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Spór o in vitro

Ministrowie niezwykle pobożni

Platforma jest na „krótkiej medialnej smyczy”. Boi się zrobić cokolwiek, co wpływowe media mogłyby uznać za dążenie do państwa wyznaniowego – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Platforma Obywatelska szła do wyborów, podkreślając na różne sposoby swój związek z chrześcijańską tradycją Polski. Spotkania z hierarchami, mniej lub bardziej dyskretne wsparcie, jakiego udzielali jej wybitni ludzie Kościoła, miały budować wrażenie, że PO – podobnie jak PiS – tworzyć będzie układ, w którym katolicy traktowani są jako równoprawni obywatele, a nie jako grupa dążąca do budowania państwa wyznaniowego.
Po wygranych wyborach Donald Tusk i jego współpracownicy zrobili wiele, by wrażenie to podtrzymać. Śniadania z arcybiskupem Tadeuszem Gocłowskim czy błyskawiczna rodzinna, co podkreślały media, wizyta w Watykanie (uzyskana, jak się mówiło, dzięki znajomościom Władysława Bartoszewskiego), msze święte, w których uczestniczyli politycy – budowały wrażenie chrześcijańskiej tożsamości PO. Było ono na tyle mocne, że wielu komentatorów na serio traktowało sugestie Jarosława Gowina, który prorokował, że z koalicji PO – PSL wyłonić się może w przyszłości jakaś polska forma rozsądnej, ale wiernej polskim tradycjom, centroprawicowej chadecji. Jednak rząd premiera Tuska i podejmowane przez niego decyzje każą pożegnać się z tym marzeniem.
Pierwszym wyraźnym sygnałem rezygnowania z chrześcijańsko-konserwatywnego skrzydła swojego elektoratu były wypowiedzi minister Ewy Kopacz. Jedną z pierwszych jej zapowiedzi była deklaracja, że zrobi wszystko, by doprowadzić do refundowania zabiegów zapłodnienia in vitro. Gdy zapowiedziom tym sprzeciwił się Kościół, minister z godną podziwu samoakceptacją zapewniała, że choć jest katoliczką, to nie zgadza się z katolickim nauczaniem w sprawach moralnych i nie zamierza być mu wierną.Minister zdrowia została błyskawicznie wsparta przez marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego oraz premiera Donalda Tuska, który uznał metodę in vitro za godną wsparcia. – Spodziewajcie się państwo działań i konsultacji zmierzających w stronę akceptacji tej metody poprzez już decyzję praktyczną mojego rządu – mówił dziennikarzom premier. Przy okazji zresztą wykazał się nieznajomością doktryny katolickiej, sugerując, że zawiera ona „ostrożny sceptycyzm” wobec tej metody zapłodnienia, podczas gdy Kościół jest jej zdecydowanie i jednoznacznie przeciwny, uznając ją za niemoralną. Kilka dni później Tusk zdecydował się na kolejny wyraźny „akt wrogości” wobec episkopatu i opinii katolickiej, pacyfikując minister Katarzynę Hall i projekt wprowadzenia religii na maturę (na zasadach zresztą identycznych z tymi, na jakich na egzaminie dojrzałości można zdawać historię tańca). Dzień po spotkaniu minister edukacji narodowej z arcybiskupem Kazimierzem Nyczem, a dokładniej w dniu, w którym media rozpoczęły zdecydowany atak (często opierający się na dezinformacjach) na projekt „matury z religii”, premier Tusk obwieścił, że żadne decyzje nie zapadły i nie będą zapadały w czasie bilateralnych spotkań. Szef Klubu Parlamentarnego PO Zbigniew Chlebowski był jeszcze bardziej jednoznaczny, sugerując, że nie ma co liczyć na szybkie decyzje w tej sprawie, i to mimo że poprzedni rząd zobowiązał się do pewnych kwestii przed episkopatem. Gdy do tego obrazu dołączyć jeszcze fakt, że – mimo wyraźnych sygnałów wysyłanych przez polski episkopat – rząd wciąż nie zdecydował się na spotkanie w ramach Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, trudno uznać perspektywy stosunków między Kościołem a nowym rządem za szczególnie obiecujące. Spotkania, uśmiechy, wspólne śniadania z hierarchami czy nawet msze święte – nie wyczerpują bowiem zakresu odpowiedzialności polityków, którzy publicznie deklarują swój katolicyzm. I niestety, nic nie wskazuje na to, żeby politycy rządu PO – PSL mieli zmienić swoją strategię budowania stosunków między państwem a Kościołem. A powód jest niestety banalnie prosty. Donald Tusk nie zrobi niczego, co nie uzyska akceptacji mediów. Te zaś są w znaczącym stopniu przeciwne współdziałaniu państwa i Kościoła. Nazywają to „państwem wyznaniowym” i twierdzą, że do jego wprowadzenia rzekomo prowadzi matura z religii oraz etyczny sprzeciw wobec finansowania zapłodnienia in vitro z budżetu państwa, i to w sytuacji, gdy nie starcza środków choćby na planowe operowanie kobiet cierpiących na raka narządów rodnych… Świetnie tę „krótką medialną smycz” widać w tym, jak rozwijają się kolejne kwestie światopoglądowe. Scenariusz ten wygląda zazwyczaj tak, jak w przypadku minister Hall. Jednego dnia coś zostaje ustalone, a drugiego, gdy w sprawę zaczynają się mieszać media, pisząc coś o państwie wyznaniowym czy o możliwości wprowadzenia w Polsce obowiązkowej matury z religii (tego typu przypuszczenia formułowało Radio Tok FM) i krytykując za to premiera, natychmiast następuje wycofanie się z sugestii i zapewnienie, że o niczym takim nie ma mowy. Zazwyczaj wypowiedzi te pociągają za sobą zamrożenie pewnych spraw i odłożenie ich ad acta. No chyba że czegoś innego domagają się czołowi publicyści i autorytety, jak to było w sprawie in vitro. Wtedy można zapewnić, że do sprawy szybko wrócimy. Tego typu obietnice oczywiście nic nie kosztują, poza widocznym niezadowoleniem Kościoła hierarchicznego. Ale to ostatnie da się przecież łatwo uspokoić, zapewniając (najlepiej w rozmowach w cztery oczy, tak by o niczym nie dowiedzieli się dziennikarze), że na wypełnienie obietnic nie ma środków albo że są one pustosłowiem. Na razie wiele wskazuje zresztą, że tak jest. Pytaniem najistotniejszym jest jednak to, czy w sytuacji, gdy (nie tylko medialne, ale również) poparcie dla partii rządzącej, rządu i premiera zacznie się sypać, politycy PO nie zdecydują się na najprostszą metodę jego odbudowania, czyli na spełnienie przynajmniej części obietnic złożonych w kwestiach światopoglądowych? Decyzja taka może być tym prostsza, że na razie istotna i świetnie słyszalna część duchownych i świeckich ludzi Kościoła zdecydowała się na nabranie wody w usta (z wyjątkiem abp. Kazimierza Nycza) w sprawach kontrowersyjnych moralnie decyzji PO. Abp Józef Życiński, choć zdecydował się na skrytykowanie postawy rządu w sprawie in vitro, to już w kwestii religii na maturze wezwał do dania nowemu „przestrzeni czasu” i nie wywoływania nowej „świętej lub nieświętej wojny”. Abp Tadeusz Gocłowski, który jeszcze w listopadzie zapewniał, że poglądy nowego premiera są w pełni zgodne z nauczaniem katolickim, teraz milczy, a ks. Adam Boniecki, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”, wzywa episkopat do tego, by nie zajmował się on refundowaniem in vitro z budżetu, bowiem „budżet to nie sprawa episkopatu”. Swoją drogą ciekawe, czy ks. Boniecki przeczytał instrukcję Kongregacji Nauki Wiary „Donum Vitae”, w której za problem dla biskupów i świeckich katolików uznano nawet prawo do istnienia banków spermy. Część komentatorów, także w koloratkach, idzie zresztą jeszcze dalej, i nie zważając na kolejne sygnały, zapewnia – jak ks. Kazimierz Sowa – że „Kościół nie musi się obawiać nowego rządu”. Jakie są podstawy tak daleko idących wniosków? Odpowiedź jest banalnie prosta: ks. Kazimierz Sowa odprawił dla polityków PO i nowego rządu mszę świętą i w jej trakcie zaobserwował, że parlamentarzyści są niezwykle pobożni. „Politycy czytali Biblię i modlitwę wiernych. Pieśni religijne odśpiewane były zaś przez przyszłych ministrów z takim zaangażowaniem, że zaproponowałem żartem stworzenie rządowego chóru. To był dla mnie miarodajny sprawdzian stosunku tych ludzi do spraw wiary” – entuzjazmował się krakowski duchowny na łamach „Dziennika”. Problem polega tylko na tym, że poziom religijnego zaangażowania polityka ocenia się nie po tym, czy odpowiednio głośno śpiewa on na mszy, ale po tym, jakie podejmuje decyzje i czym się w nich kieruje. I właśnie decyzje i zachowania powinny być oceniane przez ludzi Kościoła, a nie czytanie na liturgii Pisma Świętego czy nawet zaangażowanie w wyniesienie Matki Bożej Trybunalskiej do godności patronki polskiego parlamentu. Ten swoisty, także kościelny, parasol ochronny (trzeba mieć nadzieję, że jedynie czasowy) może sprawić, że Platforma zapomni o własnych obietnicach, składanych także ludziom wierzącym. Skupiona na spełnianiu życzeń i postulatów „Gazety Wyborczej” czy „Dziennika” i nielobbowana od strony katolickiej – łatwo może się skłonić do bardziej popularnych, także w opinii publicznej, rozwiązań liberalno-lewicowych w kwestiach moralności. To zaś oznaczałoby, że nawet jeśli PO – na dokładkę z PSL – stanie się chadecją, to raczej holenderską (która, przypomnijmy, zaakceptowała swobodę aborcji) niż klasyczną, konserwatywną.Pytanie tylko, czy jest to projekt, którego chcieliby polscy katolicy i polski episkopat. Pamiętajmy bowiem, że jedynym celem PO nie powinno być podobanie się wpływowym mediom. Skoro partia Donalda Tuska sama się określiła jako partia chadecka, a nie jako liberalna, to ma zobowiązania także wobec katolików, także tych, którzy wiedzę o swojej wierze czerpią raczej z nauczania Stolicy Apostolskiej niż z wypowiedzi Ewy Kopacz.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA