fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Warsaw Orange recenzja festiwalu

Jay Kay z Jamiroquai odprawił radosną funkową ceremonię i zakończył dwudniową imprezę na stadionie Legii
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Warsaw Orange Festival. Nareszcie stolica doczekała się festiwalu światowej klasy
Kiedy w sobotnią noc grupa Jamiroquai zamykała Warsaw Orange Festival, lider Jay Kay dziękował polskiej publiczności równie wylewnie jak ona jemu. Salutował wzruszony i chyba zdumiony entuzjastycznym przyjęciem. Chwilę wcześniej śpiewał w „White Knuckle Ride" o przejażdżce, która podnosi ciśnienie i sprawia, że wszystko staje się lepsze. To było doskonałe podsumowanie dwugodzinnego koncertu i dwudniowego festiwalu, w czasie którego emocje i muzyczne napięcie rosły z każdym utworem.

Szamańskie boogie

Kosmiczny kowboj Jay Kay serwował szamańskie sztuczki i elektroniczne boogie z radością chłopca, który przed laty wymarzył sobie muzyczną podróż i do dziś dobrze się bawi. Wciąż smukły i zwinny, z młodzieńczym głosem i nieodłącznym pióropuszem na głowie, odprawiał bezpretensjonalną, radosną ceremonię.
Razem ze świetnymi muzykami celebrował każdy utwór, rozbudowywał je do piętnastominutowych, wręcz epickich wersji. Z łagodnego funku „Love Foolosophy", przy którym nie da się usiedzieć, prowadził do nastrojowego „Travelling Without Moving" i ostrego „Deeper Underground". Nie spieszył się, chciał, żeby uroda i lecznicze działanie piosenek dotarły jak najgłębiej. Znalazł w Polakach uważnych i świetnie reagujących słuchaczy.

Pantera i bestia

To samo mogą powiedzieć wszystkie gwiazdy imprezy na  stadionie Legii – młoda w większości publiczność festiwalu to odbiorcy obeznani z zagranicznym repertuarem i wizytami artystów światowego formatu, ale wciąż głodni muzycznych wydarzeń. Po wyprawach na koncerty w Chorzowie, Gdyni czy Krakowie mogą się cieszyć imprezą wysokiej klasy w stolicy.
Jamiroquai już wcześniej doświadczyli gorących polskich reakcji, ale występujący przed nimi Plan B gościł u nas po raz pierwszy i choć jest gwiazdą mniejszego formatu, mógł być spokojny: tysiące gardeł wspierały go w refrenach.
Brytyjski muzyk zaczął występ grzecznie, a skończył, jakby obudził w sobie bestię. Zjawił się na scenie jako współczesna reinkarnacja Sinatry, w garniturze i ciasno zawiązanym krawacie – przez kwadrans był piosenkarzem w najlepszym tego słowa znaczeniu. Zachwycał subtelnym falsetem i aranżacjami retro, ale potem było tylko goręcej i mocniej. Żonglował wcieleniami, od Jamesa Browna po Beastie Boys, a gdy zabawił się w croonera, usłyszeliśmy fenomenalne interpretacje The Tempations i Seala. Skończył punkiem, a statyw mikrofonu, wcześniej trzymany z elegancją, przefrunął nad sceną.
Podobną, hitchcockowską dynamikę miał piątkowy występ Skunk Anansie. Wokalistka grupy – Skin – wywołała trzęsienie ziemi, wskakując na scenę w obcisłym brokatowym kostiumie z potężnym kołnierzem z piór. Potem zmieniała nastroje, a każdą piosenkę – w wybuch. Była już w Polsce nieraz, ale to artystka, która z czasem nabiera tylko siły i świeżości.
Skin znów okazała się drapieżną panterą, dziką i piękną. Białka jej oczu błyskały zalotnie i groźnie, a głos – wciąż nieskazitelny i dziewczęcy – brzmiał na zmianę ostro i lirycznie. Nie zrezygnowała ze swojego ulubionego momentu – w „Weak" oddała się publiczności, fani unosili ją na rękach, gdy ona w refrenie przyznawała się do słabości.

Soulowa magia

Grający po niej Moby witał się z Polakami jak z przyjaciółmi, do których chętnie wpada z wizytą, „dziękuję" wymawia już bezbłędnie. I choć trudno wskazać w jego występie coś, czego dotąd nam nie pokazał, to dorobek i rozmach produkcyjny koncertu wystarczyły, by znów stworzyć widowisko.
The Streets w ostatniej chwili odwołali koncert (żona Mike'a Skinnera trafiła do szpitala), ale to nie popsuło nastroju, a nawet przyczyniło się do sukcesu polskiej gwiazdy festiwalu – Sistars. Cudowne dzieci krajowego soulu i r'n'b zagrały razem po pięcioletniej przerwie. Występ przesunięto na późniejszą porę, dzięki czemu więcej osób słuchało nowych aranżacji ich przebojów.
Siostry Przybysz i producencki duet Bartek Królik – Marek Piotrowski po dziesięciu latach od debiutu są muzykami dojrzalszymi i jeszcze ciekawszymi. Rozwijają talenty w solowych projektach, ale gdy grają razem, wraca magia.
Natalia Przybysz mogłaby „Sutrą" stopić każde serce. Gdyby w sobotę na którejś z trybun siedziała sama Aretha Franklin, kiwałaby z uznaniem w rytm pulsującego „Synu", a popisowy utwór Pauliny „Inspirations" zechciałaby włączyć do swojego repertuaru. Dzięki takim utworom wokalistki przechodzą do wieczności. Sistars obiecali, że jubileuszowy koncert nie będzie ich ostatnim słowem. Oby okazał się nowym początkiem.
Warsaw Orange wysoko ustawił poprzeczkę dla letnich festiwali i nareszcie wpisał stolicę na mapę imprez, z których możemy być dumni.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA