fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Najwyższe wynagrodzenia są w Katowicach

Katowice
Fotorzepa, Tomasz Jodłowski TJ Tomasz Jodłowski
Zwiększyła się różnica w przeciętnych zarobkach między stolicą Śląska a Mazowsza. Według ekspertów będzie jeszcze rosnąć
– To Katowice jako centrum najbardziej zurbanizowanego, najgęściej zaludnionego regionu w kraju mają większy potencjał do wzrostu zarobków niż Warszawa – uważa Mateusz Walewski, ekspert PwC.
Ten dosyć nietypowy pogląd potwierdzają statystyki przeciętnych wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw (bez administracji publicznej) w 2010 r. w 18 aglomeracjach. Jak wynika z publikacji przygotowanej przez Urząd Statystyczny w Warszawie, najwyższe średnie płace były w Katowicach – wyniosły ok. 4,7 tys. zł brutto.
To przede wszystkim zasługa przemysłu (w tym górnictwa), który na Śląsku jest wciąż bardzo silny (ma 65-proc. udział w przeciętnym zatrudnieniu w przedsiębiorstwach powyżej dziewięciu osób). W tym dziale  przeciętnie zarobki w 2010 r., wliczając wszystkie premie, nagrody, a przede wszystkim tzw. trzynastki, sięgnęły już 5,4 tys. zł.
Katowice pod względem wysokości średnich płac prześcignęły Warszawę już kilka lat temu. I stolica  nie potrafi nadrobić tego dystansu. Co więcej, w 2010 r. jeszcze się on zwiększył. M.in. na skutek przeciągającego się spowolnienia gospodarczego, które dotknęło finansowo wielu firm w Warszawie, wynagrodzenia wzrosły tylko o 0,6 proc. (do 4,48 tys. zł brutto). W Katowicach zaś o 2 proc. – I ten trend będzie kontynuowany – twierdzi Walewski. – Jedynym potencjałem Warszawy jest bycie stolicą Polski. A tak naprawdę to wyspa otoczona bardzo biednym Mazowszem – dodaje.

Miasto na rozdrożu

Zdaniem Walewskiego Warszawę dodatkowo coraz szybciej będą doganiać i Trójmiasto, i Poznań, i Wrocław. Na razie z tym gonieniem (może z wyjątkiem Gdańska) jest pewien kłopot. Co prawda we Wrocławiu czy Poznaniu płace rosną szybciej, ale z dosyć niskiego poziomu. Szczególnie dziwi sytuacja w stolicy Wielkopolski. W mieście, które postawiło na rozwój gospodarczy, przeciętne wynagrodzenie na poziomie 3,8 tys. zł to stosunkowo mało.
– Rzeczywiście jeszcze kilka lat temu w Poznaniu kwitła przedsiębiorczość. Ale teraz miasto znalazło się na rozdrożu – komentuje Krzysztof Kłosowicz, wiceprezes Wielkopolskiego Związku Pracodawców. – Mało jest u nas wielkich przedsiębiorstw zatrudniających więcej niż 1000 osób, przegrywamy walkę o nowoczesne centra usług. Samorząd przykłada mniejszą wagę do rozwiązywania nękających nas problemów – wylicza Kłosowicz. – Wyjazd ze strefy ekonomicznej trwa pół godziny, bo nie ma komu zbudować ronda. Nic dziwnego, że wielu przedsiębiorców przenosi się do podmiejskich ośrodków – dodaje.

Zapaść w Lubuskiem

Zarobki w Poznaniu i tak wydają się marzeniem w nieodległych przecież Zielonej Górze i Gorzowie Wielkopolskim. Są najniższe w kraju, niższe od średniej krajowej, a w Zielonej Górze jeszcze spadły w porównaniu z 2010 r. – Te dane potwierdzają, iż woj. lubuskie to takie zapomniane przez wszystkich rubieże – załamuje ręce Łukasz Rut z Organizacji Pracodawców Ziemi Lubuskiej. – Wiele osób sądzi, że dzięki korzystnemu położeniu sami sobie poradzimy. Tymczasem to biedny region, na pewno nie należymy do Polski A, choć leżymy na ścianie zachodniej – wyjaśnia. Najszybciej zaś w 2010 r. – wynika z danych US w Warszawie – rosły przeciętne płace w Lublinie – o prawie 12 proc. I przegoniły dzięki temu średnią w Łodzi czy Toruniu. – W Lublinie nie czuje się aż tak wysokiego wzrostu – oponuje Dariusz Jodłowski, prezes Związku Pracodawców Lubelszczyzny. – To prawda, że wiele firm świadczy usługi dla firm w Warszawie, więc może zaoferować wyższe wynagrodzenia. I że często zmuszeni jesteśmy podnosić płace, by zatrzymać najlepszych ludzi. Na pewno gonimy średnią krajową, ale nie jestem pewien, czy tak szybko – analizuje.
Opinia: Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego
Fakt, że w Warszawie średnie zarobki rosną wolno, wynika ze struktury zatrudnienia. Przede wszystkim mało jest przedsiębiorstw przemysłowych, które w czasie początkowego ożywienia gospodarczego w 2010 r. najszybciej odczuły pozytywne jego skutki. Za to aż ok. 40 proc. osób zatrudnionych jest w handlu i usługach logistycznych. A te akurat branże mocno odczuły skutki kryzysowej sytuacji w 2009 i 2010 r. Przeważają tam mniejsze, prywatne firmy, które są najbardziej ostrożne pod względem przyjmowania nowych ludzi i podwyżek. Nie zgodzę się jednak z tezą, że Katowice dalej będą uciekać Warszawie. To, co ciążyło Warszawie przez ostatnie miesiące, wkrótce może stać się jej atutem. Usługi i handel co prawda nie są awangardą wzrostu zarobków, ale przy ożywieniu gospodarczym szybko gonią przemysł. Inna jest sytuacja w Gorzowie Wielkopolskim, Zielonej Górze czy Kielcach. To nie są ośrodki metropolitalne, nie mają dodatkowej renty z tego tytułu. I trudno tu oczekiwać rewolucyjnych zmian.
 
masz pytanie, wyślij e-mail do autorki a.cieslak@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA