fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Justin Bieber Never Say Never - biografia idola

Justin Bieber zapewnił sobie uwielbienie fanek, które pozostaną mu wierne przez lata; FOT. FRANCOIS G DURAND/GETTY IMAGES
Getty Images
"Justin Bieber: Never Say Never", czyli jak oszukać nastolatki. Film od piątku na ekranach kin - pisze Paulina Wilk
Artykuł pochodzi z archiwum "Rzeczpospolitej"
Wtorek, popołudnie w modnym centrum handlowym w Warszawie. Najwyższe piętro okupują gimnazjaliści. Obsiedli stoliki fast foodów, gadają, wyciągają nogi w trampkach. Nigdzie im się nie spieszy. Na pewno nie do mieszczącego się obok kina, w którym zaczyna się pokaz filmu o najnowszym i najmłodszym popowym idolu – Justinie Bieberze. Zobacz galerię zdjęć Justinem Biberem
Szesnastolatek z Kanady w zaledwie półtora roku został światową gwiazdą, a "Justin Bieber: Never Say Never" (Nigdy nie mów nigdy) – pół koncert, pół biografia – przybliża jego karierę. W dużej sali jest tylko pięcioro widzów. Najwyraźniej magia Biebera, nawet gdy jest prezentowana w 3d, ma granice.
"Never Say Never" to opowieść o cudownym chłopcu, którego talent rozbłysnął nagle i został odkryty przypadkiem. Ta "spontaniczność" w dochodzeniu do sławy jest dziś czynnikiem niezbędnym dla uwia-rygodnienia idola. Internauci chcą wierzyć, że sami odkryli muzyka i stworzyli jego fenomen. Są przekonani, że serwisem YouTube rządzą inne reguły niż sterowaną odgórnie telewizją MTV czy Disney Channel.
W rzeczywistości – nic się nie zmieniło. Fachowcy od rozrywki wyławiają talent jak najwcześniej i szybko poddają obróbce.
Tak było z 13-letnim Bieberem. I właśnie dlatego twórcy jego legendy dbają, by publiczność zapamiętała inny wątek: Justin był muzycznym geniuszem od urodzenia. Sam nauczył się grać na instrumentach i występował dla przechodniów w rodzinnym miasteczku, a z zarobionych pieniędzy opłacił wakacje dla siebie i samotnie wychowującej go mamy. Na dowód film oferuje garść nagrań z domowej kamery: mały Justin gra na gitarze, choć małe palce ledwie sięgają strun, śpiewa i tańczy w lokalnym konkursie.
Nagle, niczym dobry wróż, zjawia się początkujący menedżer, który wypatrzył jedno z zamieszczonych na YouTubie nagrań. Nakłania mamę, by zabrała Justina do Atlanty i "poznała kilku ludzi". Tak zaczyna się proces instalacji młodego talentu w świecie komercyjnej rozrywki. Bieber rzucił szkołę, a prowadzony przez menedżera i wokalistę r&b Ushera zaczął nagrywać i odwiedzać bossów w wytwórniach. Potem ruszył w objazd po stacjach radiowych, gdzie dziecięcym urokiem i niewinnym falsetem przekonywał didżejów, że jest niepowtarzalny.
Mimo popularności YouTube kluczem do kariery w USA pozostają stacje radiowe i wytwórnie. Gdy Bieber zdobył ich przychylność, wypłynął na szerokie wody. Ukazał się singiel "One Time", potem płyta "My World", rozpętała się Justinmania: piszczące fanki szturmują hotele i studia nagrań. Ochronie nie zawsze udaje się zapanować nad tłumem, ale tego film nie pokazuje.
To biografia idola bez skazy. Wygląda jak sprawnie wyreżyserowane alibi, dzięki któremu amerykański show-biznes zapewnia sobie przychylność osób zaniepokojonych o los dziecka wrzuconego w tryby bezlitosnej machiny.
Od śmierci Michaela Jacksona minęły niespełna dwa lata i jego obraz jako ofiary globalnej popularności jeszcze nie wyblakł. Lament nad królem popu, który z genialnego młodzieńca stał się oderwanym od rzeczywistości monstrum, był rekinom przemysłu muzycznego nie na rękę. Świat opłakiwał Jacksona, któremu sława odebrała dzieciństwo i sprawiła, że wiele lat później zamknął się w prywatnej Nibylandii. Dlatego historia Biebera musi wyglądać inaczej. Justin za kulisami, na scenie, z rodziną i podczas prób to szczęśliwy chłopiec spełniający swoje marzenia. Towarzyszący mu w każdym ujęciu dorośli są przedstawieni jako czuli sekundanci.
Przyszłość Biebera pozostaje niewiadomą, ale jego dotychczasowa historia jest tylko powieleniem znanego scenariusza. Pełen wdzięku chłopiec (jak wcześniej Sinatra, The Beatles, Jackson, George Michael, Take That i inni) podbija serca fanek opowieściami o miłości. Nie sugeruje niczego, co mogłoby oburzyć pruderyjnych Amerykanów. Na seks przyjdzie pora. Na razie chodzi o to, by karmić fanki pięknymi snami i umacniać lojalność. Dziewczynki są doskonałymi klientkami – pozostaną wierne i będą kupować Biebera przez lata.
Jedyne, co różni go od poprzedników, to tempo, w jakim dotarł na szczyt. Jego piosenki, zdjęcia i wypowiedzi szybko obiegają świat dzięki Internetowi. Ale przecież media społecznościowe równie skutecznie promują chłam. Aktualnie rekordowy bije na YouTubie film zatytułowany – nie bez racji – "Najgorsza piosenka w historii". Nagrała ją dziewczynka, która uwierzyła, że przydarzy jej się to co Bieberowi. Wszystkie wielkie gwiazdy muzyki mawiają: jeden przebój może nagrać każdy, sztuką jest utrzymać się w grze. Bieber zostanie z nami na długo, dorośli profesjonaliści już o to zadbali.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA