fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rynek pracy

Po studiach prosto na bezrobocie

Fotorzepa, Bartosz Sadowski BS Bartosz Sadowski
W urzędach pracy było zarejestrowanych w styczniu prawie 39 tys. absolwentów do 27. roku życia. To niemal dwa razy więcej niż w najlepszym dla nich 2007 roku
Michał Dymkowski, absolwent polityki społecznej na Uniwersytecie Warszawskim, uważa się za szczęściarza. Skończył studia w październiku zeszłego roku, a już od ponad tygodnia pracuje w Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych.
– Największy problem to brak doświadczenia. U nas praktyki były fakultatywne, a możliwości było mało – mówi Dymkowski, który pracę magisterską pisał... o problemach z dostosowaniem systemu edukacji ogólnej do wymagań rynku pracy. Jego zdaniem wymagania pracodawców są takie, że chcąc je spełnić, nie wystarczają kilkumiesięczne staże (on zaliczył trzy); trzeba mieć co najmniej rok pracy w zawodzie, by znaleźć pracę poza recepcją firmy.
On i tak był w dobrej sytuacji. Choć skończył mało atrakcyjny dla firm kierunek, mieszka w Warszawie, gdzie bezrobocie wśród niedawnych absolwentów szkół wyższych jest niewielkie (niespełna 700 osób). Na Mazowszu, gdzie jest teraz 3,7 tys. bezrobotnych absolwentów, najgorzej jest w powiecie siedleckim. – Tam jest dużo uczelni o profilu humanistycznym – wyjaśnia Wiesława Lipińska, rzecznik Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Warszawie.

Skazani na zasiłek

W skali całego kraju w styczniu było zarejestrowanych 38,8 tys. młodych bezrobotnych absolwentów uczelni – prawie dwukrotnie więcej niż w 2007 r. Co więcej, statystyka obejmuje tylko osoby do 27. roku życia, a więc nie uwzględnia tych, którzy wchodzą na rynek pracy nieco później, gdy np. wybierają po studiach magisterskich – podyplomowe. Co im wcale nie ułatwia startu na rynku pracy. – Jesteśmy na etapie, gdy mamy dużo ludzi wykształconych, którym brakuje doświadczenia w biznesie – twierdzi Michał Młynarczyk, dyrektor zarządzający Hays Polska.
Według  danych urzędów pracy, wśród bezrobotnych absolwentów przeważają ci po kierunkach humanistycznych i ekonomicznych, niezależnie od miasta. – Politolodzy, socjolodzy, absolwenci marketingu i zarządzania oraz ekonomii, kończą tzw. kierunki nadwyżkowe, które wypuszczają absolwentów z góry skazanych na bezrobocie, zmianę kwalifikacji albo wyjazd do innego regionu – mówi Aleksandra Skalec, rzecznik Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Katowicach.
Według Bernadetty Ingasiak z WUP w Poznaniu, w Wielkopolsce najwięcej bezrobotnych absolwentów skończyło zarządzanie, pedagogikę i politologię.

Magia dyplomu

– Politycy się cieszą, że mamy największy w Europie skok liczby studentów, ale nikt nie patrzy na jakość ich kwalifikacji. Czasy, gdy dyplom wyższej uczelni gwarantował pracę, minęły już w latach 90. Dziś dyplom wcale nie jest lepszy od dobrego fachu. Trzeba odczarować opinię, że tylko po studiach można być kimś – twierdzi Piotr Sarnecki, ekspert rynku pracy Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan. Jak dodaje, to m.in. w wyniku tej opinii mamy wysyp prywatnych studiów humanistyczno-ekonomicznych – tańszych i łatwiejszych niż inżynierskie. Tyle że gospodarka nie jest w stanie wchłonąć ich absolwentów.
Zdaniem socjolog prof. Anny Gizy-Poleszczuk złudna jest radość z dużej liczby studentów ze wsi. Często kierują się bliskością uczelni wybierają przypadkowe, płatne kierunki, po których nie ma pracy ani na wsi, ani w dużych miastach.

Umieć się sprzedać

– Nawet po mniej atrakcyjnym kierunku można znaleźć pracę, jeśli ktoś potrafi pokazać, że jest osobą aktywną, ambitną, która szybko się uczy. Warto o tym pomyśleć już podczas studiów i działać w organizacjach studenckich, wolontariacie – radzi Katarzyna Godlewska, partner zarządzający portalu absolvent.pl, który ma ułatwiać rekrutację młodych ludzi po studiach.
Najłatwiej o pracę mają absolwenci kierunków technicznych. Prawie trzy czwarte absolwentów studiów magisterskich na krakowskiej AGH pracuje, a jedynie niecałe 13 proc. poszukuje pracy – wynika z badań byłych studentów uczelni, którzy ukończyli ją w 2009 r.
Nie oznacza to, że pracodawcy przyjmują wszystkich chętnych. – To kwestia jakości kandydatów. A ta zależy bardziej od motywacji i chęci do pracy podczas studiów niż od marki uczelni – twierdzi Konrad Tarański, wiceprezes informatycznego Comarchu, który od lat inwestuje w programy stażowe przygotowujące młodych ludzi do pracy. Janusz Filipiak, prezes Comarchu, ocenia, że koszt programów stażowych dla studentów w 2010 roku przekroczył tam dwa miliony złotych. Spółka utworzyła w tym czasie 200 miejsc pracy (głównie dla absolwentów).
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA