fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Muza, nowa płyta Dżemu

Fotorzepa
Maciej Balcar, wokalista grupy Dżem, opowiada o nowym CD „Muza”, kolegach z zespołu i Ryszardzie Riedlu
[b]Rz: Nowa płyta „Muza” zadebiutowała na pierwszym miejscu listy najczęściej kupowanych albumów. To duże zaskoczenie?[/b]
Maciej Balcar: Miłe zaskoczenie. Ale mamy też do czynienia z efektem pracy u podstaw. Jestem w zespole od dziesięciu lat. Na początku graliśmy ok. 70 koncertów rocznie. Od premiery płyty „2004” i filmu „Skazany na bluesa” Jana Kidawy-Błońskiego jest ich więcej niż 100. Latami jeździliśmy w miejsca, których nie znajdzie się na mapie. Musieliśmy wprowadzać do GPS współrzędne geograficzne, by dotrzeć na czas. Wójtowie zapraszali nas, bo w sąsiedniej gminie widzieli, że dużo luda waliło na koncert. W każdym krańcu Polski wiedzą już, co to jest Dżem i jak smakuje. A część utworów z „Muzy” gramy od dwu lat i fani wiedzieli, czego mogą się spodziewać.
[b]Zespoły z obawą wprowadzają do repertuaru nowe kompozycje. Macie inną strategię?[/b]
Piosenki Dżemu ludzie zawsze znali z koncertów. Pierwsza płyta ukazała się dopiero pięć lat po rozpoczęciu profesjonalnej działalności. Poza tym nasi fani dopingują nas, chcąc usłyszeć, co nowego mamy do powiedzenia.
[b]Radzicie sobie bez mediów?[/b]
Nie ma nas w nich, bo co możemy ciekawego powiedzieć? Że ludzie na naszych występach bawią się i wzruszają? Nie zdemolowaliśmy żadnego hotelu, nie romansujemy, nie wywołujemy skandali. Takich jak my jest więcej. Chociażby nasi przyjaciele ze Starego Dobrego Małżeństwa czy Wolnej Grupy Bukowina. Oni też znakomicie radzą sobie bez mediów.
[b]To zasługa waszej szczerości?[/b]
W bluesie kłamstwo nic nie daje. Szczerość i naturalność to podstawa. Z nich wynika prawda. Jeżeli jest źle – śpiewa się o tym i ludzie to doceniają, biorą sobie do serca. Pamiętam, że gdy byłem nastolatkiem, znałem utwory Dżemu na pamięć i w trudnych momentach służyły mi pomocą. Na przykład „W życiu piękne są tylko chwile – dlatego czasem warto żyć...”. Albo „Zawsze warto być człowiekiem, choć tak łatwo zejść na psy…”. Myślę o tym, pisząc nowe piosenki dla Dżemu. Tak było m.in. z „Do kołyski”.
[b]Nie jest wesoła.[/b]
Ani wesoła, ani smutna, po prostu refleksyjna. Kiedy jedna z uczestniczek programu „Mam talent”, 11-letnia Magda Welc zdecydowała się ją wykonać, nasze celebryckie jury z Wojewódzkim na czele dziwiło się, jak tak młoda osoba może śpiewać takie ponure piosenki. Marcin Prokop przypisał utwór Riedlowi. Dramat. Magda zapytana, o czym śpiewała, mówiła: o prawdziwym życiu, o miłości i nadziei.
11-latka wie, o czym śpiewa. Jury jest na to za głupie. Perły przed wieprze. I ci ludzie decydują o gustach Polaków… Na dowolnym przystanku autobusowym skompletowałbym bardziej kompetentne jury.
[b]Czy, zanim zaczął pan śpiewać w Dżemie, miał pan wrażenie, że urodził się za późno, bo w rocku i bluesie wszystko się już zdarzyło? [/b]
Kiedy w 1998 r. wydawałem solową płytę, zawalił się rynek fonograficzny. Wydawało się, że muzyka rockowa odchodzi do lamusa, a liczyć się będą tylko hip-hop, house i nowe trendy. Bluesa mieli już słuchać wyłącznie brodaci dziadkowie. Przetrwałem, bo pisałem muzykę do spektakli teatralnych, na zaproszenie Jerzego Grunwalda wziąłem udział w bożonarodzeniowym programie TVP w Ziemi Świętej. W efekcie dostałem tytułową rolę w musicalu „Jesus Christ Supestar” w chorzowskim Teatrze Rozrywki, współpracowałem też z zespołem Harlem. Od początku 2001 roku pracuję z Dżemem i niektóre problemy, jak zabieganie o obecność w mediach, przestały mnie dotyczyć.
[b]Pomógł wam film Kidawy, gdzie zagrał pan Indianera. Co było najważniejsze?[/b]
Poza tym, że pokazał historię powstania zespołu i to, jak zmagał się z peerelowską rzeczywistością, wyjaśnił sprawy narkotyków. Wielu uważało, że Dżem to grupa ćpunów, co wynikało z problemów Riedla. Moi koledzy podkreślają, że kiedy odkryli, czym Riedel się nakręca, byli nieświadomi, jakiego kalibru jest to zagrożenie. Nie było ani takiej wiedzy, ani profilaktyki jak dziś. Kogoś, kto bierze w żyłę, traktowano na równi z tym, kto chla wino, wódkę albo pali nagminnie trawkę. Rysiek na początku znakomicie się kamuflował. Dopiero po latach wyszło na jaw, jakie spustoszenie spowodowała w nim polska heroina.
[b]Miał pan okazję się z nim spotkać?[/b]
Tak. Zacząłem już muzykować w rodzinnym Ostrowie Wielkopolskim, gdzie Dżem grywał w Domu Kultury. Mój starszy kolega Andrzej Jerzyk – ostrowski nestor bluesa, był zaprzyjaźniony z grupą. Zapraszał ich często do domu na pogaduchy przy dobrej muzyce. Dzięki temu zamieniliśmy kilka zdań z Riedlem przed koncertem w garderobie.
[b]Kiedy spotkałem Riedla w 1985 r., był już bardzo zniszczony.[/b]
Właściwie to ja mówiłem, a on patrzył martwym wzrokiem. Wcześniej marzyłem, że zaśpiewamy na głosy. Słuchając Dżemu, dialogowałem z Riedlem, znajdowałem w piosenkach miejsce dla siebie.
[b]Nie udaje pan Riedla. [/b]
Mam na ten temat ciekawą anegdotę. Po którymś koncercie na festiwalu w Tychach przyszedł do mnie człowiek, który podziękował mi za to, że jestem zupełnie innym wokalistą i nie naśladuję Ryśka, chwilę potem, inny, równie zachwycony, zapewniał, że przez cały koncert byłem jak Rysiek. Pomyślałem, że ilu ludzi – tyle opinii. Od tamtej pory przestałem się tym przejmować. Trzeba robić swoje.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA