fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Katolikiem jest się także przy urnie wyborczej

Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Głos Kościoła powinien być wyraźny. Nie dlatego, że Kościół popiera jakąś partię, ale dlatego, że broni wartości, którym sprzeciwia się (lub nie) któryś z kandydatów – pisze publicysta Tomasz P. Terlikowski
Tego się można było spodziewać. Po wygranych przez Bronisława Komorowskiego wyborach prezydenckich politycy jego ugrupowania zabrali się do urządzania Polski na nowo. I w ramach budowania prawdziwej solidarności i zasypywania podziałów przywołali do porządku Kościół, uznając – ustami Sławomira Nowaka – że „popełnił on duży błąd, przekraczając granice zaangażowania politycznego”. Politykowi PO nie chodziło jednak o przyjmowanie Bronisława Komorowskiego na kilka dni przed wyborami przez kardynała Stanisława Dziwisza, ale o fakt, że jakaś (niewielka) część proboszczów czy księży w czasie rozmaitych wystąpień poparła Jarosława Kaczyńskiego.
Ale to nie „moralność Kalego” jest tu najgroźniejsza. O wiele istotniejsze jest to, że Sławomir Nowak (a także część publicystów „Gazety Wyborczej” czy medialnych duchownych) próbuje ograniczyć fundamentalne prawo Kościoła do głoszenia zasad moralnych. Trzeba mieć bowiem świadomość, że katolikiem jest się nie tylko w Kościele, ale także w pracy, w domu i przy urnie wyborczej.
[srodtytul]Głos sprzeciwu [/srodtytul]
Religia powinna wpływać na dokonywane przez nas wybory. To my ponosimy bowiem część odpowiedzialności moralnej za decyzje, jakie podejmą wybrani przez nas kandydaci. Ta odpowiedzialność jest zaś szczególna, gdy kandydat zapowiada – i to w trakcie kampanii – że sprzeciwia się nauczaniu Kościoła, i zamierza stanowić prawo z owym nauczaniem sprzeczne.
Tak właśnie zrobił Bronisław Komorowski, który wielokrotnie powtarzał, że zamierza wprowadzić w życie ustawę dopuszczającą zapłodnienie in vitro. Jego partyjna koleżanka, minister zdrowia Ewa Kopacz, sugerowała zaś, że procedura ta (związana z niszczeniem zarodków) będzie finansowana z naszych podatków.
Inną sprzeczną z nauczaniem Kościoła decyzją (bo nawet nie zapowiedzią) było podpisanie przez marszałka Komorowskiego pełniącego obowiązki prezydenta Polski ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Jej przyjęcie oznacza – sprzeczne z katolicyzmem, ale przede wszystkim groźne dla władzy rodzicielskiej – przekazywanie uprawnień rodziców urzędnikom państwowym…
W takiej sytuacji powstają poważne wątpliwości moralne, czy można było głosować na kandydata, który jawnie i otwarcie kwestionował fundamentalne prawa naturalne i odrzucał nauczanie Kościoła? Czy głosując na niego, nie bierzemy na siebie części odpowiedzialności za jego decyzje?
W takich sytuacjach głos Kościoła powinien być wyraźnie słyszany. Nie dlatego, że Kościół popiera jakąś partię, ale dlatego, że popiera i broni wartości, którym sprzeciwia się (lub nie) któryś z kandydatów. Głos Kościoła ma być głosem sprzeciwu wobec złych lub błędnych poglądów, a nie głosem poparcia dla kandydata. Jeśli coś było zatem przekroczeniem zasad, to nie tyle zaangażowanie części kapłanów w kampanię, ile fakt, że głos Kościoła hierarchicznego w sprawach dla katolików najistotniejszych był tak słabo słyszalny.
Po jednoznacznym oświadczeniu Rady ds. Rodziny Konferencji Episkopatu Polski, które przypominało o odpowiedzialności moralnej polityków za stanowione prawo, sama Konferencja w komunikacie wycofała się rakiem i odpowiedzialność moralną złożyła na barki lekarzy i rodziców. A wszystko dlatego – jak nieoficjalnie można się było dowiedzieć – że część biskupów nie zgodziła się na jasne wyłożenie nauczania Kościoła, gdyż mogłoby to zaszkodzić Bronisławowi Komorowskiemu.
[srodtytul]Kogo przywołać do porządku[/srodtytul]
Naruszeniem zasady rozdziału państwa i Kościoła było również nachalne wykorzystywanie autorytetu Kościoła przez kandydata PO. I nie chodzi tylko o pielgrzymki do bliskich sobie hierarchów, ale również o zwołanie briefingu po uroczystościach beatyfikacyjnych ks. Jerzego Popiełuszki, podczas którego polityk wyjaśniał, jak należy rozumieć owe uroczystości. Skandaliczne było również odwoływanie się do „soborowego katolicyzmu”, który – zdaniem Bronisława Komorowskiego – miał usprawiedliwiać odrzucenie norm ustanowionych przez Kościół. Wykorzystywanie fałszu (a takim jest twierdzenie, że jakaś forma katolicyzmu dopuszcza zabijanie dzieci w najwcześniejszej fazie rozwoju) do walki politycznej jest zwyczajnym skandalem.
Wszystko to pokazuje, że jeśli kogoś rzeczywiście trzeba przywołać do porządku, to raczej prezydenta elekta, ewentualnie tę część duchownych i hierarchów, którzy wybrali obronę swojego kandydata za cenę jasnego nauczania Kościoła.
[i]Autor jest publicystą, wykładowcą akademickim, redaktorem naczelnym portalu Fronda.pl[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA