fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Polska jest w dobrych rękach

Waldemar Kuczyński
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Donald Tusk, podejmując decyzję słuszną, choć dla niego ryzykowną, udowodnił, że ma cechy, które u polityka są cenne i rzadkie zarazem. Jeśli je potwierdzi dalszą karierą, to będzie mógł się ubiegać o miano męża stanu – pisze publicysta
Decyzja Donalda Tuska o niekandydowaniu w wyborach prezydenckich to w pierwszym rzędzie dobra decyzja dla działania mechanizmów ustroju. W naszej konstytucji jest pęknięcie będące śladem wydarzeń sprzed 20 lat.
Od początku III Rzeczypospolitej dominowała tendencja do tworzenia ustroju, w którym władzę wykonawczą sprawuje premier. W 1990 roku jednak – po to, by zagrodzić Lechowi Wałęsie drogę do urzędu prezydenta – wprowadzono wybór w głosowaniu powszechnym, bo akurat wtedy notowania Lecha były słabe. Przyłożył do tego rękę między innymi obóz polityczny, z którym byłem związany, i srodze się pomylił, ja – także. Wałęsa znalazł się w Belwederze ze sporymi uprawnieniami, które wymusił fakt otrzymania silnego mandatu, bo pochodzącego z wyborów powszechnych.
[wyimek] [b][link=http://blog.rp.pl/blog/2010/02/01/waldemar-kuczynski-polska-jest-w-dobrych-rekach/]skomentuj na blogu[/link][/b][/wyimek]
Decyzja będąca skutkiem okoliczności chwili okazała się trwała. Wprowadziła do ustroju instytucję dwugłowej władzy wykonawczej. Władzę, głównie negatywną (wetowanie decyzji), ma prezydent, a głównie pozytywną (podejmowanie decyzji) premier i rząd. W tę konstrukcję wkomponowany jest konflikt między obydwoma władzami, który nie musi się ujawnić, ale może, w skrajnym przypadku drastycznie.
Otóż wybór na prezydenta ambitnego polityka w pełni kariery, będącego na domiar silnym liderem partii rządzącej, daje gwarancję ostrej kolizji z namaszczonym przecież przez tegoż lidera premierem ze swej partii. Kolizji polegającej na próbach sterowania rządem z Pałacu, wykraczania poza swoje uprawnienia, a przez to degradowania konstytucji, wypaczania ustroju i komplikowania działań państwa.
Tusk w Pałacu, a w Kancelarii premier z Platformy – to byłoby złe rozwiązanie. Tusk w Kancelarii, a w Pałacu prezydent z Platformy to rozwiązanie bardzo dobre.
[srodtytul]„Ciemny lud” tego nie kupi [/srodtytul]
Nie wiem, czy premier, podejmując decyzję, miał na uwadze wzgląd ustrojowy, ale postąpił zgodnie z nim. Na pewno kierował się motywem, który podał, tym mianowicie, że rządzi się, będąc premierem, a nie prezydentem, i że on chce rządzić, a nie – mówiąc z przesadą – ładnie mieszkać i doznawać zaszczytów. To prawda i wierzę mu, kiedy mówi, że dostrzegł tę prawdę dość szybko po objęciu obecnej funkcji.
Zapewne potrzebował czasu, by się wyzwolić z myśli o prezydenckim rewanżu na Lechu Kaczyńskim, ale tylko polityczną zaćmą w oczach komentatorów mogę wytłumaczyć tę do znudzenia i przez wielu powtarzaną frazę: Tusk i PO robią wszystko dla przyszłej prezydentury. A kiedy się pytało: "wszystko, czyli co", zwykle powstawał kłopot z odpowiedzią, tak jak teraz z interpretacją jego decyzji.
Nie widzę też drugiego dna w rezygnacji premiera. Opowiadanie, że się wystraszył czy to Lecha Kaczyńskiego, czy komisji hazardowej, uważam za przejaw umysłowego lenistwa lub płycizny komentatorów albo chęci przeciwników, by go poniżyć w nadziei, że "ciemny lud" te bzdury kupi. Jak dotąd osiągnięcia komisji śledczej, które kompromitowałyby Tuska, są żadne, a notowania Kaczyńskiego fruwają od miesięcy tak jak jaskółki przed deszczem – przy ziemi.
Tusk powiedział prawdę – chce długo rządzić, i następnego dnia powiedział też dlaczego. Dla mnie jako ekonomisty zabrzmiało to dobrze, choć przesądzi o wszystkim realizacja. Kpienie, na które zdobyły się "aniołki Kaczyńskiego", ośmiesza raczej je niż to, co powiedział premier.
[srodtytul]Łódź bez jednej dziury [/srodtytul]
Jego plan polityczny polega na wygraniu przez PO trzech wyborów. Przy czym Tusk pozostaje w roli szefa rządu i Platformy, także na następną kadencję. To plan ambitny, ładny, moim zdaniem dobry dla kraju, choć ryzykowny dla niego samego i jego partii. Najważniejszą batalią, która przesądzi o powodzeniu albo porażce, będą wybory parlamentarne.
Pierwszą są tegoroczne wybory prezydenckie. Platforma gładko wyłoni kandydata. Jej przeciwnicy, liczący na zamęt w PO, bardzo się rozczarują. Silna polityczna pozycja PO sprzyja zwartości partii, a nie jej rozbiciu. Jeden czy drugi głos dysydencki, np. posła Antoniego Mężydły, to za mało, by żywić nadzieje na kryzys w Platformie. Sprawnej łodzi się nie dziurawi, awantura o to, kto i jak ma dziury naprawiać, pojawia się dopiero wtedy, kiedy i one się pojawiają. Na razie się nie pojawiły.
Platforma ma dwu dobrych kandydatów – Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego. Sądzę, że wybór padnie na Komorowskiego. To świetny kandydat, polityk z etosem państwa, który nie wymaga promocji, bo jest już wypromowany, i łatwo pokona Lecha Kaczyńskiego. Ale nawet gdyby stało się coś mało prawdopodobnego – że w drugiej turze zabraknie obecnego prezydenta i wygra kandydat spoza Platformy – to byłaby to dla niej co najwyżej porażka, a nie klęska.
Żaden spośród zgłoszonych kandydatów spoza PiS nie będzie antyrządowym dywersantem. Z każdym rząd PO i premier potrafią ułożyć cywilizowane współistnienie służące, a nie szkodzące państwu. Mało prawdopodobna porażka Platformy w wyborach prezydenckich nie załamie więc planu Tuska. Załamie go dopiero ewentualna porażka w wyborach parlamentarnych.
To jest też najbliższy potencjalny moment kryzysu w PO, także kryzysu przywództwa. Ale dziś wydaje się to niemożliwe. Kryzys gospodarczy na świecie rządu nie wysadzi, bo przeszliśmy go suchą stopą, także dzięki koalicji. Raczej więc go wzmocni. Szczepionka przeciwko PiS i IV RP działa wciąż skutecznie, a bezpiecznego dla wolności obywateli i obrazu Polski w świecie zmiennika Platformy dalej nie ma. Ani pozaparlamentarna prawica, ani SLD nie znalazły dotąd wystarczającego na to sposobu dotarcia do obywateli.
[srodtytul] Koniec prezydenta IV RP [/srodtytul]
Po rezygnacji Tuska pojawiły się też opinie, że rośnie szansa Lecha Kaczyńskiego na ponowny wybór. Nie sądzę, by tak się stało, zaprzeczają temu też pierwsze sondaże. Obecny prezydent nie stracił szans dlatego, że naprzeciwko siebie miał Tuska, i nie odzyska ich, gdy premier usunął się z ringu.
Kaczyński postawił pod znakiem zapytania swoją prezydenturę w dniu wyborów, gdy powiedział bratu: "Panie prezesie, melduję wykonanie zadania". Zaprzepaścił ją zaś wraz z szansą na ponowny wybór, bo żadnym działaniem nie pokazał, że jest kimś więcej niż działaczem PiS podporządkowanym bratu, silniejszej od niego – ale złej – osobowości politycznej.
Lech Kaczyński, będąc tytularnym prezydentem Polski, nigdy nie był nim faktycznie, bo pełnienie urzędu prezydenta zgodnie z jego istotą wymaga kierowania się faktem, że Polska jest dobrem wspólnym, a Polacy są politycznie różni. W ciągu czterech lat pełnienia urzędu dla Kaczyńskiego istniał naród w postaci Polaków PiS-owskich i nienaród złożony z reszty. Powiem więcej, obiektem lojalności i troski nie była i nie jest dla niego Polska w tym kształcie politycznym, jaki ma, jaki ujmuje obowiązująca konstytucja oraz zawarta w niej nazwa – III Rzeczpospolita.
Przeciwnie, dla niego, dla jego brata i dla partii pod ich przewodnictwem III Rzeczpospolita, jej historia i jej ustrój były tematem niezliczonych napaści, bo trudno to byłoby nazwać krytyką, a sądząc po temperaturze tych napaści – także obiektem głębokiej niechęci, choć należałoby tu użyć o wiele ostrzejszych określeń. Powstawało nawet wrażenie, że Polska jest dla nich krajem skutym przez wrogie narodowi siły z Platformą Obywatelską na wierzchu, a układem pod spodem. I ten kraj trzeba najpierw odbić, nie licząc się z kosztami dla niego, by go następnie zamienić w Polskę prawdziwą, zwaną IV Rzecząpospolitą. Stąd dywersyjny w stosunku do rządu i destrukcyjny w stosunku do państwa styl opozycji PiS-owskiej i jej bastionu w Pałacu Prezydenckim. Punktem odniesienia i lojalności dla obu braci była więc i jest Polska przez nich wymyślona i odrzucana przez ogromną większość obywateli.
Lech Kaczyński jest nierozerwalnie sklejony z tym projektem politycznym, którego Polacy doświadczyli na własnej skórze w latach 2005 – 2007 i który odtrącili z odruchem niechęci najsilniejszym od odrzucenia komunizmu w roku 1989. Ten projekt, IV Rzeczpospolita, zaściankowa i anachroniczna w postrzeganiu kraju i świata, niebezpieczna dla wolności obywatelskich i szkodliwa dla pozycji i wizerunku Polski, jest ciągle kamieniem węgielnym PiS i celem politycznym obu braci.
Świadczy o tym ostatni projekt konstytucji ich autorstwa. Ponowny wybór Kaczyńskiego to gwarancja następnych pięciu lat niszczenia III Rzeczypospolitej. Żaden makijaż pod nazwą "ocieplanie wizerunku" prezydenta nie ukryje przed wyborcami prawdy, nie wymaże pamięci dwu lat ich rządów. Nie rządzi piarowski puder, lecz charakter polityka, którego puder nie zmienia.
Dlatego Lech Kaczyński nie zostanie wybrany na drugą kadencję. Miał on szansę być prezydentem szanowanym, także przez wyborców, którzy na niego nie głosowali, bo jeśli chodzi o osobowość, to jest człowiekiem innym niż jego brat. Miałby szansę, gdyby się zdobył na danie politycznego wyrazu tej odmienności i gdyby widział w wyborcach, którzy go nie poparli, inaczej myślących obywateli, a nie wrogów stojących tam gdzie ZOMO. Nie zdobył się na to.
[srodtytul]Lepszych rąk nie ma[/srodtytul]
Życzę Donaldowi Tuskowi zrealizowania głównego punktu planu, wygrania wyborów parlamentarnych i rządzenia przez drugą kadencję przy mniejszych ograniczeniach i kłodach rzucanych mu pod nogi niż w tej. I oczywiście oczekuję czynów, gdy chodzi o ostatnie zapowiedzi.
Nie ma rządów idealnych, ale są rządy dobre i jest mądrość ludowa mówiąca, że lepsze bywa wrogiem dobrego. Rząd PO – PSL nie uniknął błędów, mógł zrobić więcej, choćby przez wczesne parlamentarne dogadanie się z SLD (wtedy jeszcze mądrzejsze, bo Olejniczaka), ale tego nie zrobił, co obciąża Platformę.
Zrobił jednak sporo. Po dwu latach lęku i zamętu wniósł spokój do kraju, a byłby większy i bardziej twórczy, gdyby nie szkodnictwo antyustrojowego bloku: PiS i prezydenta. Rządy Platformy i PSL, a szczególnie Donald Tusk i Radosław Sikorski, naprawili szkody, jakie pozycji Polski w Unii i świecie wyrządziło dwulecie robienia z nas europejskiego dziwadła, i podnieśli prestiż kraju na zewnątrz.
Także przez trafną politykę antykryzysową ministra Jacka Rostowskiego pochopnie, a często w złej woli, napastowaną. Nic tak w oczach Zachodu nie buduje szacunku jak dobre na tle innych wyniki w gospodarce, choćby to było tylko 1,7 proc. wzrostu. One też bardzo złagodziły dolegliwości kryzysu dla obywateli. Mogły być ciężkie.
Mógłbym wymieniać dalej, ale wspomnę tylko, że pod koniec rządów PO – PSL będziemy mieli wreszcie autostrady. I teraz szef rządu, podejmując decyzję słuszną, mimo że dla niego ryzykowną, i pokazując, po co ją podjął, udowodnił, że ma cechy, które u polityka są cenne, choć zarazem rzadkie. Jeśli je potwierdzi dalszą karierą, będzie mógł stanąć przed narodem do konkursu o miano męża stanu. Polska jest w dobrych rękach i niech w nich pozostanie.
[ramka]Autor jest ekonomistą i publicystą. Był ministrem w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, doradzał także premierom Włodzimierzowi Cimoszewiczowi i Jerzemu Buzkowi[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA