fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Polityk, którym straszy się dzieci

Norbert Maliszewski
Fotorzepa, Darek Golik
Jarosław Kaczyński powinien skorzystać z przykładu Piłsudskiego. Wybrać rolę szarej eminencji pociągającej zza kulis za sznurki. Gdyby zniknął z pola widzenia, Platforma nie mogłaby go już demonizować – pisze psycholog społeczny
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/11/26/norbert-maliszewski-polityk-ktorym-straszy-sie-dzieci/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Gregory Markus, amerykański politolog z Uniwersytetu Michigan, uznał, że wyborcy są dość racjonalni, gdyż oceniają polityków z perspektywy własnego portfela i nie dają się łatwo manipulować piarowskmi sztuczkami. Ten wniosek poparł analizą wyników prezydenckich wyborów amerykańskich. Zgodnie z koncepcją głosowania ekonomicznego, wyznawaną przez Markusa, amerykański elektorat nagradzał prezydentów za gospodarczą prosperitę reelekcją, a karał ich porażką za kryzys gospodarczy.
Taka tendencja – zgodna zresztą ze zdrowym rozsądkiem – że wyborcy nagradzają rządzących polityków ponownym wyborem, gdy wzrasta PKB, a wymieniają ich na innych, gdy sytuacja gospodarcza się pogarsza, jest zjawiskiem uniwersalnym i dotyczy także wielu innych dojrzałych demokracji.
Ale nie Polski. U nas nie ma zależności pomiędzy wzrostem PKB a wynikami rządzącej partii w kolejnych wyborach. Wręcz odwrotnie. Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz Prawo i Sprawiedliwość oddawały władzę w czasach prosperity, zaś Platforma ma poważną szansę na powtórzenie swojego sukcesu w okresie spowolnienia gospodarczego.
[srodtytul]Niedojrzały system [/srodtytul]
Czy oznacza to, że Polacy są nieracjonalni? Niedojrzali? Niekoniecznie. To raczej system polityczny jest niedojrzały – wysoce spersonalizowany. W małym stopniu liczą się pomysły na rozwiązanie problemów politycznych, w większym osobowości polityków.
Najlepszym przykładem były wybory w 2007 roku. Wówczas Polska znajdowała się w fazie wysokiego wzrostu gospodarczego, obserwowano m.in. stabilny, wysoki wzrost konsumpcji, rósł także poziom zadowolenia Polaków z życia. Polacy ze swoim 43-procentowym poziomem szczęścia uplasowali się na 19. miejscu wśród 30 narodów Europy, wyprzedzając m.in. Brytyjczyków. Zgodnie z modelami zakładającymi racjonalność politycznego wyboru powinno zwyciężyć rządzące podówczas PiS. A jednak poniosło porażkę.
Czyżby większości polskich wyborców dwa lata temu zabrakło trzeźwości myślenia? Nic takiego! Jeśli komuś tej trzeźwości zabrakło, to liderom Prawa i Sprawiedliwości, którzy nie zrozumieli nastrojów Polaków. Zaproponowali koncepcję IV RP po drobnym liftingu. Mityczny PRL-owski "układ", którego rządom Marcinkiewicza i Kaczyńskiego nie udało się wytropić, zastąpiono opowieścią o "oligarchach" czerpiących zyski z korupcji i kolesiostwa.
PiS zignorowało potrzeby wyborców, którzy aspirowali do salonów. W czasie koniunktury gospodarczej Polacy potrzebowali oddechu od politycznych utarczek, potrzebowali "normalności" – a tę obiecywał im Donald Tusk. Ale gwoździem do trumny rządzącej wtedy partii było spersonalizowanie politycznego sporu podczas słynnej przedwyborczej debaty Kaczyńskiego z Tuskiem.
[srodtytul]Wataha dzikich orków [/srodtytul]
Jak sytuacja wygląda dziś? Patrząc na badania nastrojów społecznych, można stwierdzić, że zwycięstwo Platformy w 2010 roku powinno być nieosiągalne dla tej partii. Sugeruje to ostatni sondaż CBOS, w którym badani oceniali Polskę pod rządami PO. Gdy oceny te porównano z ocenami Polski pod rządami PiS, okazało się, że obecnie aż o 46 pkt proc. wyższy jest odsetek osób, które uważają, że przybyło kłótni w życiu publicznym, o 39 pkt wzrósł odsetek osób mówiących, że przybyło korupcji, a o 36 pkt proc. – że jest więcej bezrobocia i biedy.
Równie druzgocące wyniki przyniósł sondaż GfK Polonia dla "Rzeczpospolitej". Według więcej niż połowy wyborców (59 proc.) pod rządami PO sprawy w kraju przybierają niewłaściwy obrót, a 66 proc. jest zdania, że partia Tuska nie realizuje obietnic wyborczych.
Pomimo to na Platformę regularnie chce głosować niemal połowa Polaków, zaś na PiS dwukrotnie mniej. Jak to możliwe?
Powodem jest wspomniana wcześniej personalizacja polityki, która pogłębiła się jeszcze w 2008 i 2009 roku. Dwie główne partie są postrzegane przez pryzmat wizerunków swoich silnych liderów. Premier Donald Tusk jest czasem naiwnym, ale pozytywnym bohaterem (niczym Frodo ze swoją Drużyną Pierścienia), zaś Jarosław Kaczyński to cyniczny czarny charakter (Wielki Strateg, władca Mordoru, ze swoją siermiężną watahą dzikich orków).
Można oczywiście – zgodnie z prawdą – przypisywać powstanie takich właśnie wizerunków dominującej w mediach narracji, ale nie wolno zapominać, że niekorzystny dla PiS proces wzmacniali jego liderzy. Nie poszukiwali nowych atrakcyjnych koncepcji politycznych czy intrygujących propozycji programowych, ale wdali się w pojedynek na poziomie wyborów personalnych. Najlepszym przykładem tej taktyki było uderzanie w premiera Tuska za pomocą złośliwych kreskówek.
Nie wzięli pod uwagę, że akurat na tym poziomie nie mają z Platformą większych szans. Donald Tusk, Bronisław Komorowski, Radosław Sikorski i Jerzy Buzek są – jako osobowości – bardziej atrakcyjni dla wyborców niż liderzy PiS. A jeśli spór przechodzi na poziom personalny, to nie jest istotne, czy PO spełnia swoje obietnice, jest kryzys, afery.
Preferencje partyjne się nie zmienią tak długo, jak na ekranach telewizorów będzie ukazywał się prezes Jarosław Kaczyński lub jego liczni, obdarzeni równie kąśliwym językiem przyboczni, których zaciętymi minami Polacy mogą najwyżej straszyć dzieci. A że to wizerunek niesprawiedliwy? Niezgodny z rzeczywistością? Być, może, ale taki wizerunek jest społecznym faktem. I można przed nim uciec, najwyżej podejmując debatę na poziomie konkretnych problemów.
[srodtytul]Zawłaszczanie problemów[/srodtytul]
John R. Petrocik, politolog z amerykańskiego Uniwersytetu Missouri, stworzył teorię zawłaszczania problemów. Zgodnie z nią kandydat odniesie sukces w wyborach, jeśli uda mu się przekonać wyborców, że najważniejsze problemy do rozwiązania w kraju to te, których jest "właścicielem" – w tym sensie, że poświęca im szczególną uwagę, dokonuje innowacji w ich zakresie, potwierdza swoje kompetencje w ich dziedzinie i potrafi przekonać wyborców, że radzi sobie z tymi problemami lepiej niż oponenci.
Petrocik przeprowadził analizy kampanii prezydenckich w USA z lat 1960 – 1992. Okazało się, że republikańscy i demokratyczni kandydaci byli kojarzeni z pewnym zestawem problemów politycznych. Partia Demokratyczna "zawłaszczyła" szeroko rozumianą pomoc społeczną, m.in. troskę o bezdomnych i prawa mniejszości, opiekę zdrowotną, publiczną edukację. Republikanie byli zaś "właścicielami" takich dziedzin, jak: obronność, spadek przestępczości, niskie podatki, promowanie prywatnej przedsiębiorczości. Wyniki wyborów zależały na ogół od tego, jaki wzorzec problemów był bardziej istotny dla Amerykanów. Jeśli na przykład były to problemy społeczne, wówczas zwyciężali demokraci.
Spróbujmy wyniki analiz Petrocika zastosować do sytuacji w Polsce. Otóż badania CBOS ukazują, że Polacy najbardziej pragną dziś państwa silnego, moralnego, praworządnego. A więc znaczenie mają dla nich problemy, które są domeną... PiS. Teoretycznie w sondażach słupki tej partii powinny rosnąć jak grzyby po deszczu. Dlaczego tak się nie dzieje? Niestety, w odpowiedzi na to pytanie znów powinno się pojawić nazwisko Jarosława Kaczyńskiego.
Czy PiS ma szansę na zdepersonalizowanie debaty publicznej? Dobrym rozwiązaniem mogłoby być niedawne powołanie Zespołu Pracy Państwowej. To grupa ludzi niedrażniących swoim wizerunkiem wyborców, przyjaznych ludziom ekspertów – za finanse odpowiadać będzie Aleksandra Natalli-Świat, za gospodarkę Grażyna Gęsicka, za oświatę Ryszard Terlecki, za wymiar sprawiedliwości i służby cieszący się sporą popularnością Zbigniew Ziobro.
[srodtytul]Prezes do Sulejówka! [/srodtytul]
Jest jednak pewien szkopuł. W takiej drużynie jako kapitan nieuchronnie zagra Jarosław Kaczyński. To on będzie ją firmować, bo on jest liderem PiS i naturalnym kandydatem tej partii na premiera. Nawet jeśli członkowie przedstawią najmądrzejsze pomysły w naj- atrakcyjniejszy sposób, to łatwo będzie je zdeprecjonować, strasząc wyborców Kaczyńskim. Przy tak silnych emocjach serce zwycięża z rozumem.
Prezes PiS jest zbyt długo w polityce, aby uznać go za brzydkie kaczątko, z którego kiedyś jeszcze wyrośnie łabędź. Sam Kaczyński doskonale wie, że takie cuda się nie zdarzają. Musi być świadom, że dziś jest obciążeniem dla obozu politycznego, który stworzył.
Może więc powinien skorzystać z przykładu Józefa Piłsudskiego. Wycofać się z pierwszej linii polityki, wybrać rolę szarej eminencji pociągającej zza kulis za sznurki. Gdyby Kaczyński zniknął z pola widzenia, Platforma nie byłaby w stanie dłużej nim straszyć...
Problemem tego uroczego politycznego scenariusza jest praktyka. Czy Jarosław Kaczyński byłby zdolny do usunięcia się w cień? A gdyby na to się zdobył, to czy z "żoliborskiego Sulejówka" byłby w stanie skutecznie sterować Prawem i Sprawiedliwością, pilnując, aby partia ta się nie rozpadła?
Trudno powiedzieć. Niemal pewne jest natomiast, że jeśli obecny prezes PiS pozostanie frontmanem swojej partii, to skazuje się na los wiecznie przegranego Romana Dmowskiego. A jego partia będzie dinozaurem prawicy. Wciąż jeszcze potężnym, ale niepotrafiącym dostosować się do oczekiwań wyborców. A więc nieuchronnie skazanym na wyginięcie.
[i]Autor jest psychologiem społecznym, kierownikiem studiów podyplomowych psychologia reklamy organizowanych przez Uniwersytet Warszawski i agencję reklamową Publicis[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA