fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Radwańska na chińskich torturach

Agnieszka Radwańska
AFP
Agnieszka Radwańska zagra w trzeciej rundzie Wimbledonu. Po trzechgodzinach wylewania potu pokonała Shuai Peng 6:2, 6:7 (6-8), 9:7
Mogła to zrobić mniej ciekawie, ale znacznie szybciej. Niewiele po godzinie gry tablica wyników na korcie nr 14 pokazywała 6:2, 5:2 dla Polki. Przy wyjściu zbierał się już tłumek łowców fotek i autografów, nawet krążący nieopodal z młodą narzeczoną Richard Williams, który bardzo lubi spontaniczne rozmowy z kibicami, stracił na chwilę popularność. Słońce pięknie grzało, warunki do oglądania dla dziennikarzy były wymarzone - ten kort najlepiej widać z zawieszonej dwa piętra nad przejściem restauracji dla mediów. Nikt nie przypuszczał, że wojna polsko-chińska pod flagą purpurowo-zieloną dopiero się rozpoczyna.
Kryzys Radwańskiej przyszedł cicho. Chinka swą słabą grą w pierwszym secie osłabiła czujność Polki, stracone gemy nie pobudziły do kontrataku. Jeszcze przy remisie 6:6 wydawało się, że tie-break to tylko mała zwłoka w polskiej radości. Jak się bać, skoro Agnieszka prowadziła 3-0, za chwilę ma piłkę meczową. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że czeka nas wiele nieudanych akcji tenisistki z Krakowa, że drugi set zostanie przegrany, a trzeci będzie szarpał nerwy przez kolejne długie minuty, że będą to tenisowe chińskie tortury.
Shuai Peng odżyła, jej serwisy nabrały mocy, bekhend stał się pewny, loby karały Radwańską za nieudane akcje przy siatce. Widzowie poczuli, że mecz nagle nabrał znaczenia, a sprytna dziewczyna z Polski traci pomysł na wygranie spotkania. Niepokój rósł z każdą minutą, choć Agnieszka zaczęła nerwowe próby odzyskiwania przewagi. Własny serwis jej nie pomagał, na szczęście chiński nie robił krzywdy.
W decydującym secie prowadziła od trzeciego gema i trzy razy dała się dogonić. Najbardziej bolało, że miała cztery kolejne piłki meczowe przy stanie 5:3 i znów był remis. 6:6, 7:7, gemy pełne rozpaczliwych ataków i pięknych obron, zwątpienia i nadziei. W tym koktajlu emocji na dnie pojawiło się w końcu trudne zwycięstwo. Za parę lat pewnie ktoś je przypomni jako dowód silnej psychiki polskiej tenisistki, ale w czwartek najbardziej pamiętano: było 6:2 i 5:2, ręce gotowe do uścisków dłoni trenera, a potem pięć przegranych meczboli.
Wimbledoński program nie lubi zmian z powodu zbyt długich spotkań, więc po regulaminowym "stosownym odpoczynku" Agnieszki (w praktyce było to półtorej godziny na posiłek i zabiegi u masażysty) siostry Radwańskie zagrały mecz deblowy z Nadią Pietrową (Rosja) i Bethanie Mattek-Sands (USA), rozstawionymi z nr 10. Przegrały 4:6, 6:7 (5-7). Nie musiały się wstydzić tej porażki, ale pięć godzin na korcie starszej z sióstr musiało trochę wpłynąć na ten wynik.
W sobotę czeka Agnieszkę spotkanie trzeciej rundy z Na Li (18. WTA), kolejną Chinką. Wiosną w Monterrey Polka przegrała z nią 6:7 (5-7), 6:4, 0:6. Niedawno w Eastbourne grały w drugiej rundzie, Na Li zeszła z kortu po czterech gemach z powodu kontuzji. W Londynie szybko odzyskała zdrowie z Galiną Woskobojewą i Olgą Goworcową nie straciła seta.
Czwartego dnia Wimbledonu trzeba było odfajkować drugi mecz Andy'ego Murraya i drugi szczyt brytyjskiej euforii. Szkot pokonał Ernestsa Gulbisa 6:2, 7:5, 6:3. Właściwie wszystko jest jak było za czasów Tima Henmana. Gazety, od brukowców po konserwatywne dzienniki dla białych kołnierzyków będą znów krzyczeć, że Andy niesie wysoko narodową flagę, że kort centralny przywraca brytyjską dumę, że Fred Perry będzie miał następcę. Poczekamy, zobaczymy. Na razie z połówki drabinki, w której jest Murray ubył nr 5 - Juan Martin del Potro, którego 6:3, 7:5, 7:5 pokonał dawny mistrz Lleyton Hewitt.
Przed Murrayem i jego rodakami kolejny wybuch patriotyzmu w sobotę, ale już w piątek niemal na pewno odbędzie się ważna premiera - spadnie deszcz i zobaczymy jak zasłaniany jest dach nad kortem centralnym.
[ramka][b]Mówi Agnieszka Radwańska[/b]
Jeszcze żyję, ale rzeczywiście był to długi dzień. Powinnam była wykorzystać swój serwis i wygrać mecz z Chinką szybciej. Było 5:2 to jednak tylko jedno przełamanie serwisu, więc skoro nie wykorzystałam szansy, miałam potem problemy. Shuai Peng grała pod presją lepiej, niż na początku spotkania. To była kwestia paru ważnych piłek. Nie grałam za bezpiecznie, już się nauczyłam, że zawsze trzeba walczyć, że mecz się kończy po wygraniu ostatniej piłki. Najważniejszy jest wynik końcowy, ale na pewno jestem sama sobie winna, że byłam na korcie ponad trzy godziny z rozgrzewką, a nie półtorej. Nie planuję na piątek długiego treningu, może poruszam się niecałą godzinę, zobaczę jak będę się czuła i niech leje cały dzień. Wiem, że wiele tenisistek i tenisistów mnie oglądało. Dostało mi się za ten mecz, w szatni i restauracji mnóstwo osób ze mnie żartowało. "Dobra robota!" mówili do mnie z wyraźną ironią. Na Li to jedna z dwóch najlepszych tenisistek w Chinach. Mimo tego, że często jest kontuzjowana, to jak wraca zaraz wygrywa turnieje. Gra dobrze na trawie, na pewno łatwo nie będzie. [/ramka]
[ramka]>II runda
>KOBIETY: D. Safina (Rosja, 1) - R. De Los Rios (Paragwaj) 6:3, 7:5; V. Williams (USA, 3) - K. Bondarienko (Ukraina) 6:3, 6:2; S. Kuzniecowa
(Rosja, 5) - P. Parmentier (Francja) 6:1, 6:3; C. Wozniacki (Dania, 9) - M. Kirilienko (Rosja) 6:0, 6:4; A. Radwańska (Polska, 11) - Shuai Peng (Chiny) 6:2, 6:7 (6-8), 9:7. >Debel – I runda: B. Mattek-Sands/N. Pietrowa (USA/Rosja)
- A. Radwańska, U. Radwańska
(Polska) 6:4, 7:6 (7-4).
>MĘŻCZYŹNI: A. Murray (W. Brytania, 3) - E. Gulbis (Łotwa) 6:2, 7:5, 6:3; L. Hewitt (Australia) - J.M. del Potro (Argentyna, 5) 6:3, 7:5, 7:5; A. Roddick (USA, 6) - I. Kunicyn (Rosja) 6:4, 6:2, 3:6, 6:2; G. Simon (Francja, 8) - T. Alves (Brazylia)
5:7, 6:3, 6:4, 6:4; F. Gonzalez
(Chile, 10) - L. Mayer (Argentyna) 6:7 (4-7), 6:4, 6:4, 6:4; N. Dawydienko (Rosja, 12) - V. Crivoi (Rumunia) 6:4, 6:4, 6:2. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA