fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Drugi dom szefa

Andrzej Walczak, współwłaściciel firmy Atlas, po godzinach zajmuje się malarstwem i architekturą. Jego gabinet doskonale odzwierciedla te pasje.
Rzeczpospolita
Gabinet prezesa nie służy już wyłącznie do pracy. Miejsce, gdzie spędza on większość czasu, musi być jak drugi dom. Wygodne, ale też zaskakujące, by każdy z gości długo był pod wrażeniem i wnętrza, i samego właściciela.
Każdy, kto pierwszy raz przekracza próg gabinetu Krzysztofa Klickiego, właściciela firmy Kolporter, przez dłuższą chwilę oniemiały wpatruje się w potężne akwarium. Kiedyś mieszkał w nim ponadmetrowy rekin, ale często chorował, więc teraz za potężną szklaną szybą pływa stado piranii. Połyskliwe, niewielkie ryby pokazują prawdziwy charakter podczas ich karmienia. Widok drapieżców rzucających się na pożywienie jest podobno spektakularny.
Akwariów w nowej siedzibie firmy zajmującej się m.in. dystrybucją prasy jest kilka. Prezes Klicki lubi ryby z charakterem. W jego poprzednim gabinecie wstawienie akwarium, w którym zmieściłby się nawet najmniejszy rekin, wymagało sporej przebudowy i wzmocnienia stropu, ale nawet to nie stanowiło problemu. Ryba oddychająca wyłącznie w ruchu idealnie odpowiadała upodobaniom jej właściciela. Tak samo zresztą jak piranie, które jak chyba żadne inne stworzenie potrafią cieszyć się ze zdobyczy.
Gabinet Klickiego na pewno jest oryginalny, ale nie jedyny w swoim rodzaju. Minęły już bowiem czasy, kiedy pokoje prezesów były wyposażone w standardowe biurko, krzesło, szafę na dokumenty i – jeśli powierzchnia na to pozwalała – niewielki stół. Funkcja użytkowa tych pomieszczeń jest tylko jednym z istotnych elementów. Stoły z rzędem krzeseł są potrzebne, ale w sali konferencyjnej. W gabinecie prezesa rozmawia się, siedząc miękko zatopionym w kanapach autorstwa najlepszych projektantów.
– Klienci za wszelką cenę chcą zaznaczyć swoją indywidualność – mówi Marta Świrko, architekt wnętrz w pracowni GDB The Office Solution.
I pewnie dlatego gabinet Andrzeja Walczaka, miłośnika sztuki, architekta, malarza, a przede wszystkim współwłaściciela produkującej kleje firmy Atlas, bardziej przypomina galerię, i to w trakcie zmiany ekspozycji, niż pomieszczenie służbowe. Siedziba Atlasu mieści się w secesyjnym pałacu należącym kiedyś do rodziny łódzkiego fabrykanta Biedermanna. Walczak nadzorował prace restauratorskie i przy okazji zwoził eksponaty do swojego gabinetu. I tak znalazło się tu miejsce dla kolekcjonowanych od lat obrazów i pamiątek z egzotycznych podróży, takich jak figurki z Jawy, które – jak twierdzi Walczak – pozwalają mu zachować dystans do samego siebie. Współwłaściciel Atlasu siedzi przy biurku wykonanym z elementów starych azjatyckich mebli, a za fotel służy mu oryginalna ażurowa konstrukcja projektu Charlesa Rennie Mackintosha.
– Każde wnętrze musi mieć to „coś”, co powoduje, że chce się do niego wracać. Bez względu na to, czy będzie rozpasane, czy zupełnie ascetyczne – mówi Walczak.
Nic dziwnego więc, że coraz częściej służbowe gabinety zapracowanych prezesów niczym się nie różnią od tych domowych, jeśli chodzi o styl, funkcjonalność i użyte materiały. Wyjątkiem pozostają duże zagraniczne korporacje. Tu – zgodnie z polityką poprawności – szef ma zwykle meble tylko o klasę przewyższające te oddane do dyspozycji pracowników. Takie ekstrawagancje, jak wbudowane w ścianę potężne akwaria, nie mają racji bytu. Nie mówiąc już o prywatnych łazienkach czy przylegających pomieszczeniach, do których wstęp ma tylko właściciel gabinetu.
Marek Olko, partner w pracowni architektonicznej O&O B&G European Design, nieraz projektował już podobne pokoje intymnego relaksu. – Takie izolatki mogą mieć zupełnie inny charakter niż cały gabinet. Nie służą bowiem do pracy – mówi Olko.
Jeden z klientów warszawskiego architekta chciał mieć pomieszczenie, w którym będzie mógł w ciągu dnia uciąć sobie trzydziestominutową drzemkę. Inny potrzebował pokoju do medytacji, a miłośnikowi jogi niezbędne było wyciszające miejsce do codziennych ćwiczeń.
Zaprojektowanie pomieszczeń spełniających najbardziej nieprawdopodobne oczekiwania właścicieli jest łatwiejsze, jeśli architekt ma do dyspozycji dużą powierzchnię. Największy gabinet, jaki projektował Olko, miał ponad 100 m2. Ale nawet skromniejsze przestrzenie dają pole do popisu, zwłaszcza, jeśli tak jak w przypadku pracowni O&O B&G European Design, która projektowała m.in. gabinet inwestora giełdowego i jednego z najbogatszych Polaków Zbigniewa Jakubasa, każdy element powstaje na indywidualne zamówienie.
– Nigdy nie korzystamy z katalogów mebli czy dodatków – zaznacza Olko.
Jeśli klient za wszelką cenę chce mieć w gabinecie telewizor i głośniki, architekci projektują specjalne obudowy, np. w formie lampy czy piramidy, tak żeby nic nie zakłóciło harmonii.
A o to nietrudno. Problemem dla wielu architektów są obrazy, które prezesi wyciągają w dniu wprowadzania się do nowego miejsca pracy i ku przerażeniu projektantów wieszają na ścianach. Olko, chcąc uniknąć takich sytuacji, proponuje zamówienie konkretnej pracy u uznanego artysty. To pozwala na dopasowanie nie tylko stylu, ale i rozmiaru obrazu do wnętrza. Rozwiązaniem są też wypożyczalnie dzieł sztuki. Działająca od 10 lat Art Office ma w stałej ofercie kilkaset obrazów i grafik, które wypożycza w cenie od 40 do około 100 zł miesięcznie. Pasujący do wnętrza obraz można wynająć minimum na rok.
Kolejnym utrudnieniem w przygotowaniu dobrego projektu jest aktualnie obowiązująca moda.
– Zdarza się, że klienci proszą o metal i szkło, bo takie są trendy i tak mają ich znajomi, a nie dlatego, że taki styl rzeczywiście im się podoba – mówi Marek Olko.
Chcąc poznać charakter przyszłego właściciela, Olko korzysta z porad... numerologa.
Analiza numerologiczna, choć brzmi to zaskakująco, pozwala – według niego – poznać rzeczywiste upodobania.
Nic dziwnego więc, że od podpisania kontaktu do realizacji projektu gabinetu mija od kilku miesięcy nawet do roku. Zwłaszcza, jeśli zleceniodawca – tak jak Zbigniew Jakubas – musi osobiście zaakceptować każdy element wystroju. Dzięki temu jednak na ostatnim piętrze biurowca Multico powstało piękne i oryginalne pomieszczenie, które w niczym nie przypomina standardowego miejsca do pracy.
Często gabinety prezesów i właścicieli muszą być wizytówką nie tylko ich samych, ale także całej firmy, i dlatego powstają jako spójny projekt. Tak było w przypadku Piotra Skalskiego, właściciela grupy Skalski i kilku spółek z branży budowlanej. Ostatnie piętro krakowskiego biurowca będącego siedzibą firmy należy właśnie do niego. Całość została pomyślana tak, by budynek już od wejścia szokował gości. Wystarczy wspomnieć o tym, że bryła biurowca została oparta na planie wycinka pierścienia, który powstał w wyniku studium logo firmy. Dwupowłokowa, szklana elewacja budynku podłączona jest do systemu komputerowego, który steruje nachyleniem lameli żaluzji w zależności od natężenia światła. Królestwo Skalskiego ma być tylko kwintesencją możliwości jego grupy. Potężna przestrzeń gabinetu wydaje się jeszcze większa przez wszechobecne szkło ocieplone jedynie kolorem parkietu z egzotycznego drewna. Jedyna „normalna” ściana oddziela prezesa od sekretariatu, a drzewka rosnące wewnątrz gabinetu wydają się tworzyć jedną całość z ogrodem zimowym usytuowanym po południowej stronie pomieszczenia.
Piotr Skalski lubi obserwować wyraz twarzy gości, którzy docierają do niego szklaną windą o napędzie hydraulicznym.
Bo gabinet prezesa to nie tylko komfortowe miejsce do pracy. Każdy, kto przekroczy jego próg, musi odnieść wrażenie, że ma do czynienia z człowiekiem jedynym w swoim rodzaju, z którym warto robić interesy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA