fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Telewizja

300 procent absurdu

Nie ma mocnych 20.20 | TVP 1 | SOBOTA
Rzeczpospolita
To będzie tydzień z najpopularniejszymi peerelowskimi komediami. Większość z nich znamy na pamięć, ale warto do nich wracać. Są nie tylko znakomitą rozrywką, ale przede wszystkim skarbnicą wiedzy o nonsensach wypełniających socjalistyczną rzeczywistość
Na granicy rozmawiają dzieci polskie i rosyjskie. – A my mamy chleb! – wołają dzieci rosyjskie. – A my mamy chleb z masłem – odpowiadają dzieci polskie. – A my mamy Stalina! – krzyczą rosyjskie. – My też możemy mieć Stalina! – odparowuje polska dziatwa. Na to rosyjska: – To nie będziecie miały chleba z masłem!
Proroczy dowcip. Po II wojnie światowej Polska znalazła się w radzieckiej strefie wpływów. I tak jak przepowiedziały dzieci, nad Wisłą nastały stalinowskie rządy. Kpiny z władzy stały się ryzykowne. W 1945 roku powstała Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem, która mogła skazać za nieprawomyślny żart nawet na dwa lata specjalnego obozu.
Jak mówił zmarły niedawno profesor Paweł Wieczorkiewicz – „opowiadanie dowcipu drugiej osobie było swoistym dowodem zaufania do niej”. I to właśnie humor stał się jednym z czynników umacniających więzy między ludźmi. Pozwalał na chwilę wytchnienia od szarej, przytłaczającej codzienności. A Polska uchodziła za „najweselszy barak” w socjalistycznym obozie.
[srodtytul]Nie ma mocnych na Pawlaka[/srodtytul]
Oczywiście, rozrywki dostarczały przede wszystkim filmy komediowe. Początkowo powstawały zgodnie z zasadami socrealizmu, który zadekretowano w 1949 roku jako obowiązującą w Polsce metodę twórczą. Do najsłynniejszych komedii tego okresu należą m.in. „Przygoda na Mariensztacie” i „Irena do domu”.
Od socrealistycznego kanonu pozwolił widzom odetchnąć cykl trzech filmów Jana Rybkowskiego o panu Anatolu (kapitalna rola Tadeusza Fijewskiego) – poczciwym, ale safandułowatym kasjerze PZU, który wikłał się w kryminalne intrygi. Pierwsza część cyklu – „Kapelusz pana Anatola” (1957) – przyciągnęła do kin prawie cztery miliony widzów. Frekwencyjny sukces sprawił, że twórcy poszli za ciosem i w 1959 roku nakręcili dwie następne odsłony trylogii: „Pan Anatol szuka miliona” i „Inspekcję pana Anatola”.
Do historii polskiego kina przeszła również tzw. trylogia zabużańska autorstwa Sylwestra Chęcińskiego, czyli „Sami swoi” (1967), „Nie ma mocnych” (1974) i „Kochaj albo rzuć” (1977). Opowiadała o losach dwóch skłóconych rodów chłopskich z kresów – Kargulów i Pawlaków – które w latach 40. przenoszą się na ziemie zachodnie, gdzie prowadzą spór o miedzę. „Humor w tym filmie polegał na prawdzie. Ludzi, rozmów i zachowań” – mówił w jednym z wywiadów Sylwester Chęciński. W realistycznie pokazany obraz sytuacji na ziemiach odzyskanych twórcy wpisali mnóstwo gagów i świetnie zarysowanych postaci. W głównych rolach znakomicie sprawdzili się Wacław Kowalski i Władysław Hańcza. Wiele powiedzonek z ich wzajemnych swarów przeszło do potocznego języka.
Choć „Samych swoich” obejrzało prawie sześć milionów widzów, obraz nie od razu odniósł spektakularny sukces. Początkowo wydawało się, że film wiejski nie ma szans na podbicie serc publiczności. Dlatego m.in. powstał na taśmie czarno-białej i wszedł na ekrany bez rozgłosu. „Odkryto go pół roku później – wspominał Chęciński. – Rozpoczęły się dyskusje w telewizji, prasie. Pytano, dlaczego nie robię drugiej części. Wywierano na mnie presję. Nie bardzo chciałem, bo wiedziałem, że kolejna odsłona nie będzie już taka zabawna”. Mimo to „Nie ma mocnych” miało większą widownię niż część pierwsza. Sagę zakończyła wyprawa Kargula i Pawlaka do USA w „Kochaj albo rzuć”.
[srodtytul]Bareizm, czyli surrealizm socjalizmu[/srodtytul]
Trylogia zabużańska znakomicie portretowała życie wiejskie, chłopską mentalność i kulturę. Natomiast o miejskiej codzienności, kryzysie wieku średniego i czasach gierkowskiej propagandy sukcesu opowiadał „Czterdziestolatek”, serial Jerzego Gruzy z lat 1974 – 1977. Telewidzowie zakochali się w perypetiach inżyniera Karwowskiego (Andrzej Kopiczyński), który w pocie czoła pracował na najważniejszych socjalistycznych budowach tamtego okresu (m.in. Trasie Łazienkowskiej), a zarazem próbował się uporać z kłopotami w życiu prywatnym. I to właśnie jego relacje z żoną Magdą (Anna Seniuk) i dziećmi tak przypadły do gustu Polakom. To był obyczajowy obrazek bliski każdemu mieszczuchowi. Oczywiście, ozdobami serialu były też kreacje Romana Kłosowskiego jako Maliniaka, a zwłaszcza Ireny Kwiatkowskiej w roli kobiety pracującej, która żadnej pracy się nie boi.
Niestety, w tym tygodniu telewizja nie przypomni „Czterdziestolatka”, ale jego dużo słabszą kontynuację „Czterdziestolatek – 20 lat później”, gdy inżynier Karwowski próbuje odnaleźć się w nowej, postkomunistycznej rzeczywistości.
Na małym ekranie będzie można obejrzeć także debiut kinowy Jerzego Gruzy – „Dzięcioła” (1971). Komedia osadzona w realiach lat 70. była popisem Wiesława Gołasa. Aktor zagrał w filmie pantoflarza, który zazdrości kolegom erotycznych podbojów. Gdy jego żona wyjeżdża na kilka dni na zawody strzeleckie, on rusza na łowy.
Komedie nie tylko oferowały lekką i przyjemną rozrywkę, czasem stanowiły namiastkę wolności. Kino w PRL nie mogło mówić wprost, musiało uciekać się do gry z cenzurą, podsuwać widzom zawoalowane sensy, mówić między wierszami. Najlepszy w tym przypadku okazywał się surrealistyczny żart. Jego mistrzem był Stanisław Bareja. Krytycy nie zostawiali na nim suchej nitki, wytykali schlebianie niskim gustom, braki w rzemiośle. Ukuli nawet termin „bareizm”, który był synonimem tandety i filmowego kiczu.
Istotnie, pierwsze filmy Barei nie przetrwały próby czasu. Po latach sprawiają wrażenie nieporadnych ramot bez stylu i klasy. Ale jego najlepsze dokonania znakomicie uchwyciły istotę komunistycznego reżimu. W wielu komediach, m.in. „Brunecie wieczorową porą” (1976), a przede wszystkim w „Misiu” (1981), reżyser pokazał, że w tamtej rzeczywistości absurd stał się normą.
Dziś takie ujęcie peerelowskiej epoki nas bawi. Dostrzegamy w filmach Barei głównie purnonsensowe gagi, zaskakujące puenty, dialogi. Jakby w realnym socjalizmie było przede wszystkim śmiesznie, a nie strasznie. Jednak przyjrzyjmy się koncepcji Barei wnikliwiej. Świat, w którym to, co absurdalne, wydaje się całkowicie normalne, jest zabawny tylko na pierwszy rzut oka. W istocie czai się w nim coś niebezpiecznego, okrutnego, jak w grotesce splatającej komizm z dramatem.
Gdy absurd zastępuje normę, mogą się bowiem wydarzyć rzeczy nie do pomyślenia. Do radzieckiej Moskwy z „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa może zawitać Szatan. A symbolem „żywotnych potrzeb polskiego społeczeństwa” staje się – wedle decydentów z PRL – obrzydliwa słomiana kukła misia.
[i]Zdjęcia PAT[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA