fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Czini waleczne serce

Takesure Chinyama
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Kariera w stylu afrykańskim, czyli co najskuteczniejszy piłkarz polskiej ligi przeszedł, zanim po przyjeździe z Zimbabwe stał się gwiazdą Legii Warszawa
– Wiem, że podaję, zamiast strzelać, i strzelam, zamiast podawać – mówił na początku sezonu. Trener Legii Jan Urban charakteryzował go równie surowo: – Takesure obroni się tylko golami, niewiele potrafi poza zdobywaniem bramek. Kiedy ma piłkę przy nodze, szaleje i nie widzi, co się dzieje wokół niego.
Chinyama przyjechał do Warszawy w listopadzie 2006 roku. Dariusz Wdowczyk budował drużynę, która miała obronić mistrzostwo, i szukał skutecznego napastnika. Piłkarz przywieziony przez menedżera Wiesława Grabowskiego z Harare nie wiedział, co to Polska, co to Warszawa i przede wszystkim – że zimą pada tu śnieg. Co to Legia, wiedział od Dicksona Choto, z którym nigdy nie grał w jednym klubie, ale przyjaźnił się od lat. W Zimbabwe poza angielskim obowiązuje 25 plemiennych języków, Choto i Chinyama mówią akurat tym samym.
[srodtytul]Choroba grodziska[/srodtytul]
Takesure zagrał w sparingu z Zagłębiem Sosnowiec, strzelił gola, ale Wdowczyk nie widział go w drużynie. Łatwiej miało być na prowincji, dlatego Grabowski zabrał swego zawodnika do Grodziska Wielkopolskiego. – Nie biegał dalej po afrykańskim buszu tylko dzięki mojej żonie. Powiedziała, że jest sympatyczny i ciągle się uśmiecha, więc będzie go utrzymywać z własnych dochodów. Na testach nie wypadł jednak dobrze – opowiadał w jednym z wywiadów Zbigniew Drzymała, prezes Groclinu.
Klub wypożyczył go z Monomatapa United Harare za kwotę, którą inni zawodnicy zarabiali w miesiąc. Jeśli rzeczywiście za transfer płaciła żona Drzymały, musiała kupić tylko bilet lotniczy i zapłacić podatek. W 11 ligowych meczach Chinyama strzelił trzy gole. Ale właśnie w trakcie ponadpółrocznego pobytu w Grodzisku pojawiła się informacja, która mogła zakończyć karierę piłkarza – Chinyama ma chore serce.
W Grodzisku chorób nie lekceważono, od kiedy jesienią 2006 roku na treningu zasłabł 16-letni Bartosz Bereszyński i kilka dni później zmarł. Od tego czasu wszyscy piłkarze przechodzili dokładne badania. Lekarzem w Groclinie był Jacek Jaroszewski, obecnie pracujący w Polonii Warszawa i reprezentacji Polski. – W zgodnej opinii kilku kardiologów dalsze uprawianie sportu przez Chinyamę mogło się skończyć tragicznie. Nie mogliśmy dopuścić go do gry. Te dolegliwości nie musiały mieć jednak stałego charakteru – tłumaczy.
[srodtytul]Z przyzwyczajenia[/srodtytul]
Piłkarz podobno odmówił dodatkowych badań w Instytucie Chorób Tropikalnych i Jaroszewski nie mógł dokładnie zdiagnozować jego choroby.
Grabowski zabrał Chinyamę do Harare, gdzie piłkarz jeszcze raz przeszedł testy serca, które wykazały, że jest zdrowy. Dostał ofertę z Legii, przebadali go po raz kolejny lekarze w Warszawie i także nie mieli żadnych zastrzeżeń. Tajemnica „choroby grodziskiej” nie została wyjaśniona, a trudno podejrzewać, że prezes Drzymała sam rezygnował z piłkarza, którego mógł mieć za małe pieniądze i którego chwalił trener Maciej Skorża.
Chinyama oskarżył Groclin o to, że ktoś w klubie chciał mu zepsuć karierę, Groclin z kolei oskarżył Legię, że igra z życiem zawodnika, pozwalając mu na grę. Podkreślano, że człowiek bez wykształcenia, który utrzymuje własną rodzinę, czterech braci, siostrę i rodziców, nie zrezygnuje łatwo z gry w piłkę. Tym bardziej że pochodzi z kraju, w którym od 1980 roku, gdy władzę przejęła czarna większość, na ulicach codziennie leje się krew. Zdaniem Groclinu Chinyama miał być namawiany do kontynuowania kariery przez ludzi, którzy chcą na nim jak najwięcej zarobić.
Legia zapewnia jednak, że życie piłkarza nie jest zagrożone i że przeszedł on takie same badania jak wszyscy inni zawodnicy.
[srodtytul]Na podwórku[/srodtytul]
Chinyama o tym, jakie miałby perspektywy, gdyby nie futbol, nie chce nawet mówić. Piłkarzem został, bo – jak twierdzi – „tak długo kopał piłkę na podwórku, aż się przyzwyczaił”. Zauważony na turnieju drużyn amatorskich, podpisał kontrakt z Masvingo United. Okazał się za słaby i wypożyczono go do Hwange. Tamten okres wspomina najgorzej, bo był daleko od domu. Hwange leży przy granicy z Zambią.
Do Legii przeszedł latem 2007 roku i nie mógł lepiej trafić. Od dwóch lat nie ma na Łazienkowskiej żadnej konkurencji. Bartłomiej Grzelak ciągle jest kontuzjowany, a dyrektor Mirosław Trzeciak dba o interesy Chinyamy, sprowadzając napastników tak słabych jak Mikel Arruabarrena, którzy nigdy nie wygrają rywalizacji z zawodnikiem z Zimbabwe.
Kolegów z drużyny Takesure często irytuje, mówią, że do „Cziniego” trzeba mieć dużo cierpliwości, bo pudłuje w niewiarygodnych sytuacjach. 31 bramek w 50 meczach ligowych robi jednak wrażenie. Ostatnio Chinyama wreszcie także asystował – koledzy śmieli się, że pierwszy raz zobaczył, iż nie jest sam na boisku. Z 16 goli strzelonych przez Chinyamę w tym sezonie tylko jeden padł w meczu, w którym Legia nie zdobyła punktów.
Z podwórka nie wyrósł. Po przeprowadzce do Warszawy, kiedy podpisał już kontrakt z Legią, ale trwały jeszcze urlopy, codziennie po południu grał z dziećmi przy jednej ze szkół na Ursynowie. Kiedy zaczęły się treningi, był już zbyt zmęczony.
[srodtytul]Gdzie są pieniądze[/srodtytul]
W reprezentacji Zimbabwe nie gra za karę. Podobno w czerwcu ubiegłego roku przed meczami z Kenią, w których porażka i remis wyeliminowały drużynę z walki o mundial, reprezentanci zajmowali się głównie balowaniem. Chinyama oba spotkania oglądał z ławki rezerwowych.
O Zimbabwe jednak nie zapomina, tak jak Zimbabwe nie zapomina o nim. Klub Monomatapa przypomniał sobie, że nie zobaczył nawet centa z 300 tysięcy euro, jakie Legia zapłaciła za piłkarza, wykupując go po okresie wypożyczenia. W Warszawie zapewniają, że transfer piłkarza jest legalny, a Chinyama otrzymał certyfikat z ojczyzny dopiero po przelaniu pieniędzy.
Menedżer Grabowski uważa, że sam wykupił piłkarza za 100 tysięcy dolarów do swojej akademii piłkarskiej, i to jemu należały się pieniądze zapłacone przez Legię. Monomatapa skierowała sprawę do FIFA. Chinyama mówi, że menedżer kocha go tak bardzo, iż dzwoni do niego kilka razy dziennie i pyta, czy przypadkiem czegoś mu nie brakuje.
Zimą piłkarzem interesował się Eintracht Frankfurt, ale gdyby rzeczywiście proponował 3 miliony euro, Chinyamy już by w Warszawie nie było.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA