fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Serce Ekateriny i słuch Temuri

Ekaterina Beruaszwili dopiero w Polsce się dowiedziała, że ma wrodzoną wadę serca
Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Zbieramy pieniądze na leczenie dwójki dzieci z Gruzji. Mali gruzińscy uchodźcy przyjechali do Polski na wakacje. Okazało się, że dwoje dzieci wymaga specjalistycznego leczenia. Potrzeba blisko 100 tysięcy złotych, by były zdrowe
Nietypowe szmery w sercu i diagnoza: trzeba natychmiast operować. Tak zaczął się w Polsce pobyt Ekateriny Beruaszwili.
Jak wszystkie dzieci, które przyjechały do naszego kraju, przeszła standardowe badania. Dziś jest już po zabiegu. Pieniądze zbierają Kancelaria Prezydenta i Caritas Polska. Wspiera ją „Rzeczpospolita” (numer konta podajemy poniżej).
[srodtytul]Zdrowe dzieckoz wadą serca[/srodtytul]
Ekaterina miała wadę wrodzoną serca. Gdyby nie przeprowadzono zabiegu, groziłyby jej powikłania prowadzące nawet do śmierci.
– Ta wada często daje objawy dość późno. Można ją leczyć operacyjnie lub metodą nieoperacyjną, przezskórną. W Polsce dziewczynkę zakwalifikowano do leczenia metodą nieoperacyjną, bez otwierania klatki piersiowej. Dzięki temu już po trzech dniach mogła wyjść ze szpitala – mówi dr Lidia Ziółkowska z Centrum Zdrowia Dziecka, która była jej lekarzem prowadzącym.
Ekaterina ma 13 lat, ale nigdy nie została zdiagnozowana przez gruzińskich lekarzy ani nie była tam leczona. W Polsce takie wady serca wykrywa się z reguły u młodszych dzieci. – Nic o tym nie wiedzieliśmy. Dziewczynka chodziła na lekcje pianina, taniec nowoczesny. Nie miała najmniejszych problemów ze zdrowiem. Świetnie się uczy – opowiada jej matka Makvala Beruaszwili.
Ekaterina zaprzyjaźniła się z dziećmi, z lekarzami. Trochę zaczęła rozumieć po polsku. Pokazuje pluszaki, jakie dostała od koleżanek, lekarzy, ambasadora gruzińskiego, u którego będą na razie z mamą mieszkać. Popłakała się, gdy musiała się pożegnać z koleżanką Anią, z którą leżała w szpitalnym pokoju. – Myślimy o wspólnych wakacjach, ale nie wiem, czy to będzie możliwe – mówi Ekaterina.
[srodtytul]Cena życia[/srodtytul]
Dziewczynka pochodzi z małej wioski koło Cchinwali – stolicy separatystycznej Osetii Południowej. Lekarze nie zgodzili się, by wracała do ośrodka dla uchodźców. To stary budynek Akademii Medycznej w Tbilisi, który naprędce przystosowano dla uciekających ludzi.
– Mąż pozbijał z desek prowizoryczne łóżka. Straciliśmy wszystko, ale jeśli to była cena za życie córki... To nasze jedyne dziecko. Nie wiedzieliśmy, że jest chore – mówi Makvala Beruaszwili.
– Dziecko może już wyjść ze szpitala, ale musi jeszcze brać leki. Czeka ją miesiąc rekonwalescencji. Przez trzy miesiące musi prowadzić oszczędny tryb życia, nie uprawiać sportu. Potem może żyć normalnie – mówi dr Ziółkowska.
Drugie z dzieci, których leczeniem zajęły się Kancelaria Prezydenta i Caritas, to Temuri Machniaszwili. Chłopiec ma 14 lat, wygląda na dużo mniej. Nie chce rozmawiać z dziennikarzami. Wraz z grupą dzieci uchodźców gruzińskich trafił najpierw na Podkarpacie, potem do Lublina. Mimo że dzieci już wróciły do Gruzji, Temuri został u gruzińskiej rodziny mieszkającej od 13 lat w Polsce. Tydzień temu przyjechała do niego babcia.
[srodtytul]Temuri czekana dźwięki[/srodtytul]
Temuri nie słyszy. Czeka na operację wszczepienia implantu. Operacja ma być przeprowadzona w Międzynarodowym Centrum Słuchu i Mowy w Kajetanach koło Warszawy.
– Chłopiec ma mieć wszczepiony implant ślimakowy w jednym uchu, drugie będzie wspomagane klasycznym aparatem słuchowym – mówi Beata Korneluk, rzeczniczka instytutu.
– Jeśli rzeczywiście tak się stanie, będę bardzo wdzięczna. Nasi lekarze mówili, że to niemożliwe – mówi babcia Temuriego Hode Machniaszwili. Nie wiadomo, ile potrwa rehabilitacja nastolatka.
W Polsce prowadzi się badania wykrywające wady słuchu już u małych dzieci. – Dzięki wczesnej interwencji dziecko w sposób naturalny poznaje wszystkie dźwięki, rozwija się normalnie. Później trzeba włożyć większy wysiłek w nadrobienie zaległości – mówi Korneluk. – Każde dziecko z wszczepioną protezą wymaga większego zainteresowania dorosłych.
Temuriego w Gruzji wychowują dziadkowie. Oboje rodzice chłopca zostali zastrzeleni w czasie napadu w 1994 roku, w jednej z potyczek, które ciągle się zdarzały w Osetii. Temuri miał wtedy zaledwie 24 dni. Upadł na ziemię.
– Byłam w pobliżu, więc ocalał. Od tego czasu nie słyszy – mówi Hode Machniaszwili.
Babcia chłopca jest bardzo oszczędna w słowach. Z trudem przychodzi jej przyjmowanie pomocy od rodziny, u której mieszka.
Temuri był jednym z dzieci, które chciały jak najszybciej wracać do kraju. Gdy wyjeżdżał do Polski, nie miał żadnych informacji o tym, co się dzieje z jego dziadkiem.
– W tym czasie nie było nawet koców. Spaliśmy na ziemi. Dlatego pojechał do Polski – opowiada babcia chłopca.
Teraz jest już trochę lepiej: w gruzińskim szpitalu, w którym mieszka 1,5 tys. uchodźców, są przynajmniej łóżka polowe. Jedna butla gazowa przypada na cztery rodziny. Uchodźcy dostają jedzenie. Nie mają jednak dokąd wracać. W wioskach, w których mieszkali, nic nie ocalało.
– Zabierali rzeczy, kury, meble. W naszej wiosce wszystkie domy zostały zrównane z ziemią. Nikt nie jest tam wpuszczany. Mówi się, że powstanie tam lotnisko wojskowe – relacjonuje Hode Machniaszwili.
Z ich wsi uciekło 200 rodzin. Najpierw, wraz z wycofującą się armią gruzińską, poszły kobiety i dzieci. Mężczyźni, w obawie o swoje życie, najpierw ukryli się w lesie. Wyszli dopiero po negocjacjach prowadzonych z Rosjanami przez gruzińską Cerkiew.
[srodtytul]Nasze pieniądzemogą im pomóc[/srodtytul]
By Ekaterina była zdrowa, potrzeba pieniędzy na jej leczenie – około 20 – 30 tys. zł.
Ośrodek w Kajetanach obiecał, że za darmo wykona operację Temuriego. Ale sam implant kosztuje blisko 20 tys. euro.
Dlatego „Rzeczpospolita” objęła patronat nad akcją zbierania pieniędzy. Dzięki niej gruzińskie dzieci mają szansę na zdrowie.
– Dla nas ta akcja jest kontynuacją tego, co już Polska zrobiła dla Gruzji – chwali gruziński ambasador w Polsce Konstantin Kavtaradze.
[i]Osoby i instytucje, które chcą wspomóc akcję, mogą wpłacać pieniądze na konto: CARITAS POLSKA skwer kard. Wyszyńskiego 9 01-015 Warszawa PKO BP
wpłaty w PLN: PL70 1020 1013 0000 0102 0002 6526 z dopiskiem „Dzieci Gruzji”;
SWIF BPKOPLPW
wpłaty w euro: PL231160220200000000343646;
SWIF: BIGBPLPWXXX;
[ramka]Są wioski, gdzie pomoc jeszcze nie dotarła - Małgorzata Gosiewska, Kancelaria Prezydenta RP[/i]
[b]Rz: Czy zapraszając dzieci z Gruzji, zakładali państwo, że będzie im potrzebna pomoc medyczna?[/b]
Małgorzata Gosiewska: Liczyłam się z tym. Sądziliśmy, że mogą do nas trafić także ofiary wojny. Większość dzieci była zdrowa, choć potrzebowała na przykład opieki stomatologicznej. No i już we wstępnym badaniu lekarz pierwszego kontaktu zdiagnozował u dziewczynki wadę serca. Okazało się, że możemy pomóc też chłopcu, który nie słyszy.
[b]Ile dzieci przyjechało?[/b]
Dokładnie 263. Spodziewaliśmy się, że będzie ich więcej. Od razu okazało się, że dzieci nie mają nawet podstawowych dokumentów. Nie miały też ubrań, żadnych rzeczy osobistych, żadnych zabawek. Zapraszaliśmy dzieci będące w najtrudniejszej sytuacji, z ośrodków dla uchodźców. Chcieliśmy na chwilę oderwać je od wojny, ale też dać czas stronie gruzińskiej na zorganizowanie choć trochę lepszych warunków.
[b]Udało się?[/b]
Kiedy dzieci przyjeżdżały do nas, były bardzo smutne, zdystansowane. Nie zgadzały się na żadne czułości. Na pożegnanie mnie wycałowały. To już nie była ta sama wyciszona młodzież. Płakali przy wyjeździe, ale tak samo jak płaczą wszystkie dzieci w ich wieku przy pożegnaniach z przyjaciółmi.
[b]Gdzie trafiły teraz?[/b]
Z powrotem do ośrodków dla uchodźców. Warunki nie są tam w tej chwili tak tragiczne. Nie ma jednak wątpliwości, że to nie jest miejsce, w którym powinny żyć. Państwa UE obiecały pomoc w odbudowie kraju. Mam nadzieję, że obietnicy dotrzymają. Gruzji jest też nadal potrzebna doraźna pomoc humanitarna. Są wioski, gdzie nie dotarła do tej pory. Jest jeszcze miesiąc, dwa na jej dostarczenie. Potem zacznie się zima, górskie drogi zasypie śnieg.
[b]I coś w tej sprawie Polska robi? [/b]
Właśnie organizuję konwój z pomocą. Dary są zebrane, trzeba je zawieźć.
[i]—rozmawiała Sylwia Szparkowska[/i] [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA