fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Wolność słowa w Świątyni Słońca

Zakaz filmowania. Takie sceny zdarzają się na ulicach Pekinu
AP
Od dziś na czas trwania igrzysk trzy pekińskie parki mają się stać oazą wolności słowa. Każdy będzie mógł w nich publicznie wyrażać swe niezadowolenie i protestować. Oczywiście w zgodzie z obowiązującymi przepisami
Dwie panie pilnujące wejścia do parku Świątyni Słońca natychmiast podrywają się z miejsc na widok wielkiej, żółtej plakietki zawieszonej na mojej szyi. Najwyraźniej zostały poinstruowane, że tak właśnie wyglądają zagraniczni dziennikarze akredytowani przy igrzyskach. Jedna z nich uprzejmie wręcza mi broszurę informacyjną o atrakcjach Pekinu, oglądając przy tym uważnie moją akredytację.
– W jakim celu pan tu przyszedł? – pyta, po czym dyktuje koleżance numer mojego paszportu i wizy oraz informuje kogoś o moim przybyciu przez krótkofalówkę. Takie środki ostrożności są zrozumiałe.
Rząd ChRL obiecał przed igrzyskami, że podczas ich trwania stworzy specjalne „strefy protestu”, w których każdy będzie miał możliwość demonstrowania swych poglądów. Park Świątyni Słońca, którego główne wejście mieści się vis-a-vis polskiej ambasady, to jeden z trzech stołecznych parków oficjalnie desygnowanych jako takie właśnie strefy.
Już po chwili niczym spod ziemi wyrasta przy bramie wejściowej pan Cao, przedstawiciel kierownictwa parku. Na jego piersi widnieje plakietka z czerwonym sierpem i młotem.
– Skąd pan jest? – pyta, zanim jeszcze zdążyłem wyjaśnić, w jakiej sprawie przychodzę.
– Nazwa gazety?
– Numer akredytacji?
– Spisałaś dane? – upewnia się jeszcze u podwładnej pilnującej wejścia i dopiero wtedy gotów jest do wysłuchania moich pytań.
Pan Cao kręci głową, gdy pytam o to, czy w parku wyznaczono jakieś specjalne strefy dla demonstrantów i czy w ogóle poczyniono jakieś szczególne przygotowania.
– Niczego nie przygotowywaliśmy, bo to nie jest potrzebne. Organizacją protestów ma się zająć Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, nie my. To przedstawiciele urzędu mają towarzyszyć protestującym w parku i zadbać o ich bezpieczeństwo – wyjaśnia z uśmiechem.
Takie przepisy to jego zdaniem nic nadzwyczajnego. – Przecież w każdym normalnym kraju tak jest: istnieje prawo i trzeba go w imię porządku publicznego przestrzegać – przekonuje.
Generał Liu Shaowu, szef bezpieczeństwa igrzysk, wyjaśnił nie tak dawno dziennikarzom, jak wygląda procedura. Każdy, kto ma zamiar zaprotestować w którymś z trzech parków, musi z co najmniej pięciodniowym wyprzedzeniem poinformować o tym stosowne organy bezpieczeństwa. Te z kolei muszą najdalej dwa dni przed planowaną demonstracją dać wnioskodawcy odpowiedź. Jej brak uznawany jest za zgodę.
Po co taka procedura? Z dbałości o społeczną harmonię.
– Do tego parku przychodzą okoliczni mieszkańcy, zwyczajni, spokojni ludzie, którzy tu odpoczywają lub uprawiają sport. Musimy zadbać o to, by nikt nie zakłócał ich spokoju – wyjaśnia pan Cao.
Na wielkim okrągłym placu w dawnej Świątyni Słońca, której park zawdzięcza swe imię, paru mężczyzn ze sporymi kołowrotkami w rękach w skupieniu oddaje się pasji puszczania latawców. Nieco dalej emeryci uprawiają gimnastykę. To normalny widok w każdym chińskim parku. Gdzieniegdzie między drzewami przechadzają się wyposażeni w krótkofalówki strażnicy.
– Gdzie jest dziennikarz? Ktoś widzi dziennikarza? – pyta męski głos w krótkofalówce.
Jeśli komuś nie pasuje Świątynia Słońca, może spróbować protestu w innej strefie: w parku Światowym. Położony jest on na południowych obrzeżach miasta – kilkanaście kilometrów od placu Tiananmen i ponad 20 od wioski olimpijskiej. Ten obiekt to świat w miniaturze. Są tu pseudozabytki z całego globu, za których obejrzenie trzeba zapłacić aż 65 juanów (niespełna 10 dolarów). Teoretycznie można by wyobrazić sobie protest z wieżą Eiffla w tle, a nawet przed miniaturą Kremla.
– Od kiedy można protestować przed Kremlem? – pytam Liu Huimina, zastępcę kierownika ds. relacji zagranicznych parku, lecz panu Liu wyraźnie nie jest do śmiechu.
– Gdzie jest dziennikarz? Ktoś widzi dziennikarza? – pyta męski głos w krótkofalówce
– Jeśli ktoś wejdzie do parku i zacznie demonstrację bez stosownego pozwolenia, to takie zachowanie będzie niezgodne z prawem – odpowiada spokojnie, ale zdecydowanie. Pan Liu potwierdza, że organizacją protestów zajmuje się służba bezpieczeństwa. – To nie nasza sprawa, nie dostaliśmy w tej kwestii żadnych wytycznych – dodaje.
W parku Światowym panuje spokój. Para studentów całuje się na ławce między Japonią i Koreą. Tresowany słoń, wielka atrakcja parku, delikatnie podnosi trąbą rozchichotaną turystkę przy „schodach w stylu włoskim”.
Przed charakterystycznym budynkiem opery w Sydney stoi grupka młodych mężczyzn, którzy przed chwilą na tyłach parku wysiedli z autobusu z tablicami wojskowej służby bezpieczeństwa. Wszyscy ubrani w takie same różowe koszulki polo i czerwone bejsbolowe czapeczki. Nastawione na tę samą częstotliwość krótkofalówki głośno buczą. Po chwili mężczyźni rozchodzą się po parku.
„Wspólne igrzyska, wspólna zabawa”, „Zadbajmy o olimpijskiego ducha” – głoszą hasła na ogrodzeniu.
Wczoraj policja siłą wyciągnęła z placu Tiananmen trójkę amerykańskich działaczy chrześcijańskich, którzy próbowali zwrócić uwagę opinii publicznej na brak swobód religijnych w Chinach. Dla zachowania spokoju publicznego policjanci w cywilu starali się zasłaniać całą scenę różowymi i niebieskimi parasolkami.
Gdyby pastor Patrick Mahoney i jego przyjaciele lepiej znali prawo Chińskiej Republiki Ludowej oraz usprawnienia przygotowane przez władze na okoliczność igrzysk, wiedzieliby, że protest należało najpierw zarejestrować w stosownym urzędzie. W przypadku obcokrajowców takim organem jest Wydział Imigracyjny Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.
Każdy obcokrajowiec mieszkający na stałe w Pekinie dobrze zna ten imponujący gmach przy Drugiej Obwodnicy – to tu przyjeżdża się co jakiś czas, by przedłużyć wizę pobytową. W informacji urzędu nikt nie jest w stanie mi wyjaśnić, gdzie należy złożyć podanie. Dopiero po dłuższych poszukiwaniach udaje mi się zlokalizować właściwe miejsce: okienko numer 12, a nad nim napis: „Rozwiązywanie sporów zagranicznych”.
– Tak, to u nas. Tu należy składać podania o organizację demonstracji – przyznaje z uśmiechem sympatyczny oficer dyżurny, po czym na moment pochmurnieje. – Chce pan złożyć podanie? – pyta z powagą, ale natychmiast znowu się rozluźnia, gdy odpowiadam, że raczej nie.
W okienku numer 12 nie da się uzyskać informacji o liczbie złożonych dotychczas podań o zgodę na protest. – Jestem tu nowy, nic nie wiem. Ale dziś nikt nie składał – wyjaśnia szybko oficer.
Pytany niedawno przez dziennikarzy o liczbę zgłoszeń generał Liu, szef bezpieczeństwa na igrzyskach, także stwierdził, że nie wie, i odesłał wszystkich do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Na naszą prośbę o udostępnienie tych danych urząd odpowiedział pozytywnie: przekaże je, ale w późniejszym terminie. Na razie nie wiadomo więc, ile osób zamierza protestować w pekińskich parkach. Wiadomo jedynie, że ich protesty nie zakłócą spokoju emerytów i wielbicieli latawców.
Piotr Gillert z Pekinu
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA