fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Pytania o złotego

Marcin Mróz, główny ekonomista Fortis Bank Polska: Cztery lata temu, gdy Polska przystępowała do Unii Europejskiej, za euro płaciliśmy 4 złote 90 groszy. Dziś za to samo euro płacimy o półtora złotego mniej. Oznacza to, bagatela, 30-procentową aprecjację. A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to jeszcze nie koniec
Nic więc dziwnego, że mocny złoty urasta do rangi zjawiska, które trudno pominąć w analizie rzeczywistości gospodarczej. W ostatnim badaniu koniunktury NBP kurs walutowy pojawił się na czele listy barier rozwoju przedsiębiorstw, deklasując zarówno rosnące ceny materiałów, jak i brak wykwalifikowanych pracowników. Na mocnego złotego baczną uwagę zwraca Rada Polityki Pieniężnej, obawiając się, by podwyżki stóp nie zwiększały nadmiernie skali aprecjacji.
Z mocnym złotym boryka się też rząd, któremu aprecjacja zmniejsza złotową wartość unijnego finansowania. Słowem, na pierwszy rzut oka mało kto jest zadowolony z dzisiejszych poziomów polskiej waluty.
Tymczasem wpływ mocnego złotego na gospodarkę nie jest tak jednoznacznie zły, jakby to mogło się wydawać. Pomimo znacznej aprecjacji eksport radzi sobie całkiem dobrze. Zgodnie z danymi NBP roczna dynamika eksportu wyrażonego w złotych wyniosła w pierwszym kwartale 13 proc., co zdecydowanie nie wygląda na sytuację kryzysową. Daje to mocny sygnał, że nie należy nie doceniać zdolności adaptacyjnej przedsiębiorstw. Wystarczy wspomnieć, że w 2004 roku przedsiębiorcy pytani o kurs opłacalności sprzedaży zagranicznej mówili o ponad 4 złotych za euro. Dziś, przy kursie o 70 groszy niższym, eksport rośnie o 13 procent. I tyle o tym.
Jednocześnie, o czym się łatwo zapomina, mocny złoty łagodzi negatywne efekty światowego wzrostu cen surowców. Szczególnie ropy naftowej. Choć gdybanie nie jest najbardziej konstruktywną techniką analizy makroekonomicznej, to jednak warto zadać sobie kilka pytań. Na przykład, ile mógłby kosztować litr benzyny, gdyby nie umocnienie złotego. 5 złotych? 6 złotych? Więcej?
W jakim stopniu przełożyłoby się to na (i tak rosnące) ceny żywności, której produkcja była i jest silnie paliwochłonna? Gdzie byłaby inflacja, gdyby do drożejącej żywności dołożyły się wyższe ceny importowanych dóbr konsumpcyjnych? Gdzie byłyby stopy procentowe? Czy przy rosnących cenach i stopach dużo wyższych niż obecnie konsumpcja rosłaby tak szybko jak teraz? I czy, w konsekwencji, wzrost inwestycji w polskiej gospodarce byłby tak wysoki jak dziś?
W tym roku, przy mocnym i wciąż umacniającym się złotym, mamy duże szanse, że wzrost PKB mieścić się będzie pomiędzy 5 a 6 proc. Czy aby na pewno przy słabym złotym osiągnęlibyśmy lepszy wynik?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA