Wspomnienia

Jerzy Semkow nie żyje

Jerzy Semkow
Filharmonia Narodowa
W wieku 86 lat zmarł w Szwajcarii dyrygent Jerzy Semkow. Przez ponad pół wieku był jednym z najbardziej znanych i cenionych w świecie polskich muzyków.

W kraju nie był aż tak powszechnie znany. Najważniejsze światowe sukcesy Jerzego Semkowa przypadły bowiem na lata PRL, a wtedy nie lansowano u nas artystów pracujących na stałe na zachodzie. Wiadomości o jego dokonaniach docierały do kraju sporadycznie.

Przeszedł bardzo ciekawą drogę. Miał też niezwykły, choć trudny charakter. Jak wielu artystów bywał egocentrykiem, ale bezgranicznie służył muzyce. Oddał jej całe serce, a u artystycznych partnerów potrafił wyzwolić niespotykaną wcześniej energię. Dlatego orkiestry uwielbiały z nim pracować.

Urodził się w październiku w 1928 roku w Radomiu, studia dyrygenckie podjął w 1946 roku w Krakowie. Kiedy chciał doskonalić je zagranicą, Andrzej Panufnik poradził mu, by pojechał do Londynu. Od zachodu Polska była już oddzielona żelazną kurtyną. Do Związku Radzieckiego trafił więc w 1951 roku, trwał tam stalinizm w najsurowszej formie, ale też panował niesłychany kult muzyki. Szef Filharmonii Leningradzkiej, Jewgienij Mrawiński do dziś uchodzi za jednego z największych dyrygentów XX wieku, Semkow miał szczęście zostać jego asystentem. Potem został także dyrygentem Teatru Bolszoj w Moskwie.

Z takim doświadczeniem wrócił do Polski w 1958 roku i po kilkunastu miesiącach został szefem artystycznym Opery Warszawskiej. Na tym stanowisku nie wytrzymał długo. Interesowało go nowoczesne przekształcenie tej instytucji, a nie użeranie się z urzędnikami, wysłuchiwanie dyrektyw ideologicznych i debaty ze związkowymi artystami.

Rozgoryczony wyruszył na zachód i tam z miejsca został doceniony jego talent. W latach 1965-70 był dyrygentem Królewskiej Opery w Kopenhadze, potem prowadził Cleveland Symphony Orchestra, a w latach 1975-79 St. Louis Symphony Orchestra, zaś od 1979 do 1982 Orkiestrę Włoskiego Radia i Telewizji RAI. W latach 1985-93 był dyrygentem filharmonii w Rochester.

To tylko niektóre z jego zobowiązań artystycznych, do tego trzeba dodać niezliczone koncerty gościnne z najlepszymi orkiestrami, spektakle prowadzone w najlepszych teatrach z La Scalą na czele, płyty nagrywane na przykład dla EMI. W Polsce bywał raczej rzadko, krążąc przede wszystkim między USA, gdzie go uwielbiano, a Francją, gdzie znalazł życiową przystań.

Wybitną pozycję w dyrygenckim świecie bardziej wszakże potwierdzają jego muzyczne kreacje. Symfonie Beethovena w jego ujęciu mają odpowiednią dawkę patosu, romantycznego buntu, klasycznej równowagi i autokreacji samego dyrygenta. W utworach Mozarta potrafi połączyć delikatność z potęgą brzmienia. A szczególnie porywające są jego interpretacje monumentalnych dzieł Mahlera, w których potrafi zaakcentować każdy motyw i detal, z poszczególnych elementów tworząc klarowną całość.

O ojczyźnie jednak nie zapomniał. Kiedy w 1976 roku koncern EMI zaproponował mu nagranie „Borysa Godunowa" Musorgskiego, zostawiając wolną rękę w doborze wykonawców poza Mattim Talvelą w partii tytułowej, wybrał katowicką Wielką Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia i Telewizji, dwa krakowskie chóry oraz grupę polskich śpiewaków.

Systematycznie, raz na dwa-trzy lata, zaczął bywać w Polsce po 1989 roku. Na częstsze odwiedziny nie mógł sobie pozwolić, wciąż miał tyle zaproszeń z całego świata. A z jego inicjatywy w 2007 roku powstała u nas Sinfonia Iuventus, skupiająca najlepszych młodych muzyków, z którymi chętnie pracował. Dzięki Jerzemu Semkowowi ta orkiestra dogrywa dziś ważną rolę w polskim życiu muzycznym.

Strzegł bardzo prywatności, chętnie natomiast opowiadał o muzyce. Wiele takich jego zwierzeń znaleźć można w wydanej niedawno książce Małgorzaty Komorowskiej „Jerzy Semkow. Mistrz batuty". Oto jedno z nich: „Przez długi czas partytur Czajkowskiego nie mogłem brać do ręki, nie mogłem słuchać tej muzyki ani jej wykonywać, ale to z przyczyn bardzo szczególnych. Jego „Patetyczna" niesie tak niszczące emocje... Kiedy podczas prób z orkiestrą Sinfonia Varsovia przystępowaliśmy do prób ostatniego Adagio lamentoso, przypomniałem muzyko biblijną legendę o Hiobie. Mówiłem, że wszyscy mamy w życiu momenty, w których wydaje się, że więcej już znieść nie można i myślimy: „Boże, jeszcze i to na mnie zesłałeś, i to... ". I tak jest w tym w tym finałowym Adagio aż do ostatnich taktów, w których Słowianin czytający Dostojewskiego dzieli włos na czworo, a wreszcie mówi: Do diabła z tym... I właśnie teraz zagramy to: do diabła!".

W listopadzie miał poprowadzić koncert orkiestry Filharmonii Narodowej, z którą był związany od 1962 roku. Stan zdrowia nie pozwolił mu na przyjazd, warszawscy melomani wierzyli jednak, że jeszcze zobaczą, jak sprężystym krokiem wchodzi na estradę....

Jacek Marczyński

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL