fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Oszukali nas. Gdzie jest państwo?

Państwo Pileccy stracili oszczędności zbierane przez pół wieku
Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski Krzysztof Skłodowski
Starszy pan ?i jego żona padli ofiarą słynnych afer. ?Do prezydenta i ministra sprawiedliwości pisze listy pełne gorzkich słów.
„Będziemy bardzo wdzięczni Szanownemu Panu Ministrowi za pomoc w odzyskaniu strat powstałych nie na skutek działań wojennych, powodzi czy trzęsienia ziemi – stało się tak tylko dlatego, że instytucje państwowe zobowiązane zapewnić bezpieczeństwo finansowe obywateli, nie są wystarczająco skuteczne. Istniejący w Polsce system prawny nie chroni pokrzywdzonych przed przestępczą działalnością złoczyńców, czego skutkiem są straty tysięcy pokrzywdzonych liczone w setkach milionów złotych i bezkarność oszustów".
Tak pisze do ministra sprawiedliwości Szymon Pilecki, profesor zwyczajny Polskiej Akademii Nauk, inżynier ?ds. lotnictwa i kosmonautyki, autor encyklopedii, pułkownik Wojska Polskiego, odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, inwalida I grupy (niezdolny do samodzielnej egzystencji – jak podkreśla w pismach) i przewodniczący Zarządu Karaimskiego Związku Religijnego w RP. Ale też 88-letni obywatel, który stracił wraz z żoną dorobek niemal całego życia, inwestując pieniądze w trzy działające w Polsce za zgodą państwa instytucje finansowe: Warszawską Grupę Inwestycyjną, potem Finroyal, a na koniec Amber Gold.
Zbierane przez ponad 50 lat oszczędności Pileckich przepadły, sprawców do dziś nie ukarano. – Czy państwo nie powinno czuć się odpowiedzialne za to, co się stało? – pyta prof. Pilecki w liście, który pisze w imieniu swoim i żony.

Na straży prawa

Najpierw postanowił zainteresować swoim problemem prezydenta Bronisława Komorowskiego, gdyż przeczytał na jego stronie o idei „sprawnego i służebnego państwa" – m.in. że to władza publiczna tworzy system prawny i dlatego na niej „spoczywa obowiązek szerszego – niźli tylko normatywne – postrzegania rzeczywistości" oraz że „państwo i jego urzędnicy są zobowiązani do sprawnego działania na rzecz obywateli".
I dalej: „Wszyscy ludzie, którzy doświadczają regulacji polskiego prawa, muszą mieć pewność, że dostęp do niego jest otwarty i równy, że powstaje ono i jest wykonywane w sposób rzetelny i uczciwy, że organy administracji państwowej są organami służby obywatelom, że sądy i trybunały – stojące na straży prawa – działają sprawnie i skutecznie".
Prof. Pilecki pismo do prezydenta państwa opatrzył mottem: „I to w Polsce właśnie bezkarnie okrada się na setki milionów?".
Przypomniał też spotkanie w styczniu 2012 r., kiedy to prezydentowi wręczono jego wspomnienia z wojny zatytułowane „Chłopiec z Leśnik".

Gdyby się z nimi przykładnie rozprawić

W liście opisał, jak stał się z żoną ofiarą trzech największych afer finansowych ostatnich lat. Najpierw Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej, w którą zainwestowali w 2005 r. 68 tys. zł, potem Finroyal – na konto której do marca 2012 r. wpłacili w siedmiu transzach 155 tys. 303 zł oraz 12 tys. 832 euro, a na koniec Amber Gold – w której w marcu 2012 r. utopili w sumie 110 tys. zł.
Udało im się odzyskać tylko część kwoty – 47 tys. 600 zł z WGI (z rekompensat wypłaconych przez Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych).
Pileccy byli wśród 1200 klientów Domu Maklerskiego Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej, gdzie rozpłynęły się setki milionów złotych (suma wierzytelności zgłoszonych przez klientów w postępowaniu upadłościowym to 320 mln zł). Prokuraturze przez sześć lat śledztwa nie udało się nie tylko odzyskać choć części pieniędzy, ale nawet ustalić, gdzie się rozpłynęły. Przyczyna: z serwerów firmy usunięto istotne dane. Na pewno część pieniędzy – z 6,6 mln dolarów wytransferowanych poza granice kraju – przelana została na prywatne rachunki twórców WGI Łukasza K. i Macieja S. w banku w Szwajcarii.
WGI zdawała się wiarygodna – miała w końcu licencję Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (obecna Komisja Nadzoru Finansowego), choć dziś już wiadomo, że w chwili powstania była bankrutem. Zaufanie klientów wzbudzali także członkowie rad nadzorczych spółek grupy – osoby z pierwszych stron gazet, m.in. Henryka Bochniarz, Dariusz Rosati, Witold Orłowski i Bohdan Wyżnikiewicz.
Szymon Pilecki pyta, czy gdyby przykładnie rozprawiono się z aferzystami z WGI, swą działalność mógłby rozwinąć Andrzej K. z Finroyal – parabanku zarejestrowanego w Londynie, który nie miał licencji na prowadzenie podobnej działalności w Polsce, a mimo to ją prowadził.
– Próbowaliśmy zasięgnąć informacji w KNF o bezpieczeństwie tych operacji, ale nie wpuszczono nas nawet do środka – mówi „Rz" prof. Pilecki.
Klienci z całej Polski – 1349 osób – wpłacali do Finroyalu od kilku tysięcy do kilku milionów złotych. W sumie ok. 100 mln zł, które stracili bezpowrotnie.
Wszystkie afery przebiła ta związana z działalnością firmy Amber Gold. Ta piramida finansowa Marcina P. miała lokować pieniądze klientów w złoto.
W aferze Amber Gold, której Pileccy także stali się ofiarą, poszkodowanych jest ?12 tys. klientów na co najmniej 850 mln zł. Kruszec kupiono tylko za 10 mln zł, resztę pieniędzy prezes firmy inwestował w nieruchomości i linie lotnicze OLT Express, które upadły, oraz w niewyobrażalnie wysoką pensję dla P. – 18,8 mln zł. Syndykowi udało się spieniężyć majątek Amber Gold w wysokości 32,5 mln zł.
Marcin P. nie tylko prowadził działalność parabankową bez zezwolenia, w ogóle nie powinien być prezesem jakiejkolwiek spółki, bo był już wcześniej skazany za oszustwa. Tyle tylko, że sąd gospodarczy w Gdańsku tego nie sprawdził, rejestrując Amber Gold.

Nadmiar nadziei?

W imieniu głowy państwa prof. Pileckiemu odpowiedziała Dorota Wojciechowska, główny specjalista, dziękując „za okazane zaufanie". Wyjaśniła, że prezydent prawa nie stanowi, więc pomóc nie może, a z problemem należy się zwrócić do ministra sprawiedliwości.
Na prośbę Marka Biernackiego sądy i prokuratury odpowiedziały, pisząc o postępach w śledztwie, czekaniu na pomoc prawną ze świata i staraniach, by odzyskać sprzeniewierzony majątek. Profesorowi uświadomiono też, że w Polsce sądy są niezawisłe. Żadnej deklaracji, żadnej nadziei. Do kogo ma największy żal?
– Do systemu prawnego i zwłaszcza do nadmiernej troski prokuratury, a w konsekwencji i sądów, aby przypadkiem przedwcześnie i w ogóle „nie skrzywdzić" złoczyńcy – mówi.
Wskazuje, że dziś całą winę zrzuca się na naiwnych, łapczywych klientów, którzy chcieli zarobić kokosy. – Wydawało się nam, że w państwie prawa pod ochroną instytucji do tego powołanych – KNF, ABW – coś takiego nie może nastąpić. I jeśli podpisujemy jakąś umowę, to ona obowiązuje wobec dwóch stron. W Polsce nie ma mechanizmów odstraszających takich przestępców. Czy nie kompromituje tych instytucji i systemu prawnego fakt, iż nawet wtedy, gdy zarówno złoczyńcy, jak i ich czyny są dokładnie znane, to nie potrafią zmusić ich do  zwrócenia pokrzywdzonym zagrabionych im środków? – pyta prof. Pilecki.
Pileccy stracili wszystkie oszczędności życia. Żyją dziś z poczuciem niezasłużonej krzywdy. – Pozbawiono nas radości egzystencji – mówią o sytuacji, w jakiej się znaleźli. Pana profesora nie stać na to, by za 10 tys. zł kupić aparat słuchowy na pogłębiającą się głuchotę, która utrudnia mu normalne funkcjonowanie. Małżonkowie wciąż liczą, że w końcu, jeśli nawet nie uda się odzyskać zagrabionych pieniędzy od sprawców, to system prawny państwa – „jako że straty powstały przy udziale lub braku wystarczającej ochrony instytucji państwowych" – przyczyni się do ich powetowania.
– Ale może to nadmiar nadziei? – pyta smutno profesor.

Tak się postarały prokuratura i sądy

Z aferzystów siedzi dziś w areszcie tylko Marcin P. z żoną – prezesi Amber Gold. Grozi im do 15 lat więzienia.
Po sześciu latach nieudolnego śledztwa warszawska prokuratura w sprawie Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej nie dopatrzyła się nawet oszustwa, a szefów WGI – Macieja S., Łukasza K. oraz Andrzeja S. – w ubiegłym roku oskarżyła jedynie o wielkich rozmiarów niegospodarność, za którą grozi do pięciu lat więzienia.
Andrzej K. z Finroyal ma dziś postawiony zarzut złamania prawa bankowego, nie jest aresztowany, prokuraturze udało się zabezpieczyć niewielki majątek w postaci gruntów na Mazurach.
Maciejowi S., prezesowi WGI, pod nosem prokuratury udało się wyprowadzić zabezpieczony majątek m.in. poprzez umowę darowizny dla żony, potem teściowej, w końcu 5-milionowej pożyczki pod hipotekę ojca S.
Sąd całkowicie oczyścił z zarzutów niedopełnienia obowiązków urzędników Komisji Nadzoru Finansowego, którzy w ogóle nie powinni wydawać WGI licencji.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA