fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Bajecznie bogaty król Floyd junior

Pogłoski o śmierci tego sportu są mocno przesadzone. Były dobre walki, są nowe gwiazdy. Tylko Tomasz Adamek może rok 2013 uznać za stracony.
Największa z gwiazd to oczywiście Floyd Mayweather jr, lider klasyfikacji na najlepszego pięściarza bez podziału na kategorie wagowe. Nie przegrał walki od 1996 roku, gdy podczas igrzysk w Atlancie w półfinale pokonał go Bułgar Serafim Todorow, trzykrotny mistrz świata i trzykrotny mistrz Europy. Werdykt był kontrowersyjny, Mayweather nigdy nie pogodził się z tą porażką, ale to cecha wielkich mistrzów.
Witalij Kliczko, gdy kilka lat temu rozmawiałem z nim w Kijowie, powiedział, że na zawodowych ringach nigdy nie przegrał. – A Chris Byrd, a Lennox Lewis? – zapytałem nieśmiało. – Przegrałem z kontuzjami, nie z nimi – odpowiedział zdecydowanie.
Starszy Kliczko chyba na dobre żegna się z boksem wciągnięty przez wielką politykę. Nigdy nie ukrywał, że chce zostać prezydentem Ukrainy i kiedyś być może dopnie swego. W 2013 roku nie stoczył żadnej walki, więc o byłym już mistrzu WBC w wadze ciężkiej możemy chyba mówić w czasie przeszłym.

Król Floyd

Co innego Mayweather junior. 17 lat bez porażki, mistrzowskie pasy w pięciu kategoriach wagowych i brak godnych rywali w ostatnich latach to obraz króla boksu, który zapisze się w historii tej dyscypliny. A przy tym Floyd jest też królem pay per view, walki z jego udziałem biją rekordy oglądalności i przynoszą bajońskie zyski, głównie zresztą jemu.
Ostatni, zwycięski pojedynek z Meksykaninem Saulem Alvarezem to też wielki sukces biznesowy. Rekord pay per view z  walki z Oscarem De La Hoyą (2,44 mln przyłączy, Mayweather jr w sumie zarobił wówczas  minimum 70 mln dolarów) nie został wprawdzie pobity, lecz zyski ze sprzedaży biletów były wyższe. Ale Floyd Mayweather  jest tylko jeden.
Jego kolejnym przeciwnikiem będzie prawdopodobnie Amir Khan, choć na pewno bardziej na to zasłużył Danny Garcia, a może nawet Marcos Rene Maidana, ale mało prawdopodobne, by zyski z tego pojedynku zbliżyły się do rekordowych. Takie może zagwarantować tylko ktoś uwielbiany w Meksyku (i przez wszystkich Latynosów) lub Filipińczyk Manny Pacquiao, który wrócił na ring po długiej przerwie i pokonał w Makau Brandona Riosa.

HBO kontra Showtime

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu Pacquiao był wymarzonym rywalem Mayweathera, zarówno na polu sportowym, jak i biznesowym. „Pacman" to przecież mistrz ośmiu kategorii wagowych, sprzedający pay per view równie skutecznie jak „Money".
Problem w tym, że nokaut, który mu zafundował Juan Manuel Marquez w 2012 roku, mocno obniżył ranking Filipińczyka na obu płaszczyznach, choć wciąż tylko on może walczyć z Mayweatherem jak równy z równym. Ale Pacquiao  jest związany z Bobem Arumem i HBO, a Floyd jr z Showtime i prawdopodobieństwo, że będą walczyć ze sobą, jest znikome. Jednak gdy w grę wchodzi taka góra pieniędzy, to nigdy nie mów nigdy.
Drugi w moim rankingu bez podziału na kategorie jest król wagi superśredniej Andre Ward. Ostatni amerykański mistrz olimpijski w boksie (Ateny 2004) nie przegrał walki od czasów, kiedy był juniorem. W tym roku wrócił na ring po długiej przerwie spowodowanej kontuzją i pokonał silnego Edwina Rodrigueza.
Nie wszyscy lubią, jak walczy, czemu się dziwię, bo niewielu jest tak inteligentnych i skutecznych pięściarzy. Andre to absolutny mistrz w wytrącaniu rywalowi jego argumentów, o czym przekonał się m.in. Chad Dawson, wtedy mistrz wagi półciężkiej. Od Warda dostał w roku 2012 największe lanie w karierze, choć szybciej padł po ciosie Adonisa Stevensona.
Właśnie ten 36-letni Kanadyjczyk urodzony na Haiti i Rosjanin Siergiej Kowaliew to nowa siła w wadze półciężkiej. Kto wie, może to oni będą w stanie stawić czoła Wardowi, jeśli ten zdecyduje się kiedyś na taką konfrontację. Leworęczny Stevenson, mistrz WBC, najpierw błyskawicznie znokautował Dawsona, a ostatnio zmusił do poddania się Anglika Tony'ego Bellewa.
Kowaliew, siłacz z Czelabińska, miażdży kolejnych przeciwników. Gabriel Campillo, Cornelius White, Nathan Cleverly, któremu zabrał pas WBO i Ismaiła Siłlach to jego tegoroczne ofiary. Kto następny? Odważnych brak, bo Kowaliew to kiler, jakiego dawno nie było. Najlepiej, gdy dojdzie do wojny kanadyjsko-rosyjskiej, ale zdaje się, że Stevenson ma inne plany.
Przy królach nokautu trudno nie wspomnieć o Giennadiju Gołowkinie. Kazach ma nie tylko kamienie w rękawicach, jest też profesorem boksu. Ale ma również podobny problem jak Ward: brak groźnego przeciwnika w wadze średniej. Byłby nim Sergio Gabriel Martinez, mistrz WBC, lecz wciąż kuruje się po poważnych kontuzjach.
Lubię takich rewolwerowców jak Kowaliew, Gołowkin czy nieco lżejszy czempion wagi junior półśredniej, pochodzący z Syberii Rusłan Prowodnikow, ale z większym podziwem oglądam Mayweathera, Warda czy Guillermo Rigondeaux.
Kubańczyk wygrał prawie wszystko na ringach amatorskich, a teraz nie ma sobie równych w wadze superkoguciej wśród zawodowców. O jego klasie przekonał się utalentowany Filipińczyk Nonito Donaire, który w starciu z „Szakalem" nie miał wiele do powiedzenia. Niestety, Kubańczyka ponoć nie chcą w USA oglądać, bo jest nudny. Ale czy to jego wina, że rywale walczą w innej lidze?
Był kiedyś taki kubański mistrz wagi superciężkiej – Roberto Balado. Gdyby nie zginął na przejeździe kolejowym pod Hawaną, jadąc na trening, zapewne też oglądalibyśmy go na zawodowych ringach i też byłby tak dobry, że aż nudny.
Nudnym natomiast trudno nazwać 24-letniego Adriena Bronera, który tak szybko chciał zostać następcą Mayweathera jr, że się trochę pogubił. I w ringu, i poza nim. Ten utalentowany pyskacz z Ohio, mistrz trzech kategorii, dostał w Teksasie przed świętami Bożego Narodzenia bolesną lekcję pokory z rąk twardego Argentyńczyka Marcosa Rene Maidany. Dwukrotnie padał na deski. Przegrał wysoko i z płaczem uciekł do szatni.

Bitwa o Anglię

Walk, o których warto pisać, było w mijającym roku znacznie więcej, szczególnie w USA, ale w Europie też mieliśmy kilka hitów.
Ze sportowego punktu widzenia palma pierwszeństwa należy się bitwie o Anglię, w której Carl Froch (superśrednia) obronił swoje pasy, w dużej mierze przy pomocy sędziego, w starciu z młodszym George'em Grovesem. Walka była przednia, niewiele zabrakło do sensacyjnego rozstrzygnięcia, ale jedno już wiemy: przyszłość należy do Grovesa.
Najgłośniej było jednak o walce Władimira Kliczki z Aleksandrem Powietkinem. Po pierwsze dlatego, że strona rosyjska wyłożyła podczas przetargu 23 mln dolarów, co jest europejskim rekordem, a po drugie spotkało się ze sobą dwóch mistrzów olimpijskich kategorii superciężkiej.
Sam pojedynek nie dostarczył jednak większych emocji i raz jeszcze pokazał, że dominacja Kliczki w najcięższej kategorii wciąż trwa, choć styl, jaki zaprezentował, pozostawiał wiele do życzenia.

Został tylko „Diablo"

Jeszcze nie tak dawno polski boks zawodowy kojarzył się w dużej mierze z Tomaszem Adamkiem, ale rok 2013 jest dla „Górala" stracony. Walczył tylko z przeciętnym Dominickiem Guinnem, wygrał na punkty, ale to za mało, by móc z optymizmem patrzeć w przyszłość, choć Adamek twierdzi, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Szkoda, że choroba nie pozwoliła mu w listopadzie zmierzyć się z solidnym Ukraińcem Wiaczesławem Głazkowem, to byłby wiele mówiący sprawdzian.
Jedynym naszym zawodowym mistrzem świata jest wciąż Krzysztof  Włodarczyk, który w czerwcu stoczył w Moskwie dramatyczny, wygrany przez nokaut pojedynek z Rachimem Czakijewem, mistrzem olimpijskim z Pekinu. To zwycięstwo pokazało raz jeszcze, że „Diablo" w pełni zasługuje na pas WBC, który należy do niego od maja 2010 roku, gdy w rewanżu w Łodzi odebrał go Fiacobbe Fragomeniemu. Ich trzeci pojedynek w Chicago nie miał już żadnego sensu, ale jakimś cudem Fragomeni otrzymał od WBC kolejną szansę. W czwartej rundzie „Diablo" krótkim lewym sierpowym posłał Włocha na deski, a po szóstej Fragomeni został w swoim narożniku.
Niestety perspektywa walk z Denisem Lebiediewem, Yoanem Pablo Hernandezem czy Marco Huckiem, mistrzami organizacji WBA, IBF, WBO jest mglista, choć cieszyłyby się dużo większym zainteresowaniem niż ta z Fragomenim, której nie pokazała w USA żadna telewizja.
Na tej samej gali wystąpił nasz człowiek z Chicago,  26-letni Andrzej Fonfara, który kilka miesięcy wcześniej znokautował Gabriela Campillo i zapewnił sobie pierwsze miejsce w rankingu organizacji IBF w wadze półciężkiej. Jego grudniowa walka w UIC Pavilion z Kolumbijczykiem Samuelem Millerem skończyła się jeszcze szybciej. Teraz czas na starcie ze Stevensonem o pas WBC, 12 kwietnia w Montrealu. Pojedynek ryzykowny, ale jak chcesz zostać zawodowym mistrzem świata, musisz wierzyć, że stać cię na wygraną z każdym. A taki jest Fonfara.

W Moskwie biją naszych

W swoją szczęśliwą gwiazdę i umiejętności wierzy też Artur Szpilka, który załatwił sobie na Twitterze walkę z niepokonanym Amerykaninem Bryantem Jenningsem w nowojorskiej Madison Square Garden po tym, jak zrezygnował z niej Mariusz Wach.
24-letni Szpilka ma za sobą w 2013 roku dwa głośne pojedynki z Mikiem Mollo w Chicago, pokazywane przez ESPN. Padał w nich wprawdzie na deski, ale to on ostatecznie nokautował byłego rywala Andrzeja Gołoty. Jeśli 25 stycznia wygra z Jenningsem (walkę pokaże HBO), to będzie sprawcą sporego zamieszania w wadze ciężkiej.
Niestety, nie każdy ma odwagę zaryzykować. Nie wiem dlaczego z walki z Jenningsem zrezygnował Wach, dlaczego nie dojdzie do pojedynku Pawła Kołodzieja z Ilungą Makabu w Monte Carlo. Takie okazje mogą się nie powtórzyć, pieniądze nie powinny być tu najważniejsze.
Oczywiście nie każdy, kto podejmuje wyzwanie, jest w stanie mu sprostać. Andrzej Wawrzyk o walce o mistrzostwo świata wagi ciężkiej z Aleksandrem Powietkinem zapewne chciałby jak najszybciej zapomnieć. Polak dostał szybkie lanie w Moskwie, ale prawdę mówiąc należało się tego spodziewać, bo do takiej konfrontacji nie był gotowy.
Moskwa okazała się pechowa również dla byłego już mistrza Europy wagi junior ciężkiej Mateusza Masternaka. Leciał on do Rosji jak po swoje, ale Grigorij Drozd u siebie okazał się groźniejszy niż przypuszczano, wygrał przed czasem. Po tej porażce Masternak rozstał się z trenerem Andrzejem Gmitrukiem i w przyszłym roku przyjdzie mu odrabiać stracony teren. A ponieważ talentu i chęci do pracy mu nie brakuje, więc wcześniej czy później dostanie kolejną szansę, czego jemu oraz pozostałym polskim pięściarzom w nowym roku szczerze życzę.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA