fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Nowe wybory i nowe protesty

Demonstranci w Bangkoku usunięciu wczoraj betonowych zapór sprzed siedziby rządu
AFP
Raj turystyczny i największa gospodarka regionu, Tajlandia, pogrąża się w politycznym chaosie.
Mimo decyzji pani premier Yingluck Shinawatry o rozwiązaniu parlamentu i rozpisaniu nowych wyborów za 60 dni fala antyrządowych demonstracji nie opadła. Wczoraj na ulicach Bangkoku było 140 tys. osób.
Nie pomogły apele o uszanowanie dnia urodzin chorego króla Bhumibola Adulyadeja, który wzywał naród do jedności. Trwające już ponad miesiąc protesty nabierają nowego rozmachu.
Nie pomogły też ustępstwa rządu, nie zrobiła na demonstrantach większego wrażenia jego hojność w postaci równowartości 1,6 mln euro dla rodzin czterech ofiar zamieszek. Opozycja na ulicach chce więcej. Były premier Abhisit Vejjajiva, szef Partii Demokratycznej, która organizuje protesty, głosi, że rozwiązanie parlamentu jest zaledwie pierwszym krokiem do uregulowania sytuacji.
Wie doskonale, że jego partia nie ma zbytnich szans na wygranie wyborów. W Bangkoku niezadowolenie z rządu Yingluck Shinawatry jest wielkie, ale w całym kraju panuje na ogół cisza i spokój.
Co więcej, to ugrupowanie pani premier Partia dla Tajów ma największe szanse na zwycięstwo. Jest to już kolejna reinkarnacja partii brata pani premier Thaksina Shinawatry, byłego premiera. Obalony przez wojskowych w 2006 roku wyjechał do Dubaju i stamtąd kieruje nie tylko swą partią, ale też rządem swej siostry.
Wszystko funkcjonowało przez kilka ostatnich lat doskonale. Pani premier nawiązała doskonałe kontakty z politycznym establishmentem spoza opozycji. Także z armią, która 18 razy od 1932 roku zdobywała władzę w drodze przewrotów lub też próbowała tego dokonać.
To wojskowi zadecydowali się na użycie siły przeciwko tzw. czerwonym koszulom, czyli zwolennikom Thaksima Shinawatry trzy lata temu. W serii dwumiesięcznych protestów i starć ulicznych zginęło prawie sto osób, a 2 tysiące odniosło rany. W końcu doszło do swego rodzaju okrągłego stołu i wyborów, które wygrała partia „czerwonych koszul".
Problemy pojawiały się w chwili, gdy powstał projekt amnestii przegłosowany przez niższą izbę parlamentu. Umożliwiłaby nie tylko powrót Thaksima Shinawatry do kraju, ale też z wokand sądowych spadłyby dziesiątki procesów przeciwko niemu. Były magnat telekomunikacyjny oskarżony został o dokonanie licznych malwersacji, łapówkarstwo i wiele przestępstw finansowych. Taki pomysł nie spodobał się nawet wielu posłom jego własnej partii. Ustawa miałaby małe szanse, aby uzyskać aprobatę Senatu, którego część członków jest mianowana. Senat jednak sympatyzuje z opozycją, więc rząd wpadł na pomysł wprowadzenia zmiany do konstytucji gwarantującej wybór wszystkich członków Senatu. Popularność partii dla Tajów gwarantowałaby uzyskanie rządowej większości w wyższej izbie parlamentu.
Opozycja uznała, że nadszedł moment do działania. – Naszym celem jest upadek rządu Thaksima Shinawatry – powtarza Suthep Thaugsuban, były wicepremier, przywołując imię brata szefowej rządu. To on jest głównym organizatorem fali protestów. Domaga się przekazania władzy nieokreślonej bliżej „radzie ludowej". Mieliby wejść w jej skład ponadpartyjni eksperci.
Pani premier o takim scenariuszu nie chce nic słyszeć.
Na razie protesty w Bangkoku nie szkodzą w dużym stopniu gospodarce. Turystów jest niewiele mniej i na ich plaże nie docierają bezpośrednie echa wydarzeń w Bangkoku. Tajlandia w ocenie Banku Światowego „odniosła jeden z największych sukcesów gospodarczych". Dochód narodowy liczony na mieszkańca jest wprawdzie stosunkowo niewielki (5210 dolarów), lecz w ostatnim ćwierćwieczu liczba ludności żyjącej poniżej granicy ubóstwa spadła z 65 proc. do 13,1 proc. Co więcej, w pierwszym kwartale tego roku stopa bezrobocia wynosiła zaledwie 0,7 proc. Niższy wskaźnik mają jedynie cztery kraje na świecie. W ocenie BNP Paribas wskutek protestów przyszłoroczny PKB przewidywany na 4–5 proc. będzie mniejszy o 0,5 proc.

Turystyka

Manifestacje w Bangkoku nie mają wpływu na ruch turystyczny z Polski do Tajlandii. Duże biura podróży, jak Itaka i Rainbow Tours, widząc potencjał w tym kierunku, wyczarterowały od LOT-u jego dreamlinera. Zwiększyły więc zarówno pulę miejsc, jak i wygodę pasażerów, którzy dolatują już do Bangkoku bezpośrednio (wcześniej używano mniejszych samolotów i trzeba było lądować po drodze na tankowanie). Wyjazdy do Tajlandii sprzedają się według relacji touroperatorów bardzo dobrze. Jak podaje Klaudyna Mortka z sieci agencyjnej Wakacje.pl, Tajlandia jest na trzecim miejscu (13,6 proc.) po Wyspach Zielonego Przylądka (16,5 proc.) i Kenii (14,5 proc.) wśród najchętniej wybieranych przez polskich turystów wyjeżdżających do krajów egzotycznych. – Turyści nie odwołują wyjazdów do Tajlandii ze względu na panującą w tym kraju sytuację polityczną – potwierdza Radosław Damasiewicz, dyrektor marketingu sieci sprzedaży Travelplanet.pl. Według jego informacji, o ile w zeszłym roku o tej porze do Tajlandii wybierało się 1 procent wszystkich klientów tego agenta, o tyle w tym roku już 1,7 procent.
—ff
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA