fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Zburzony mur zarabia miliony

Rioger Waters zaprojektował „The Wall” jako widowisko prezentowane na wielkich stadionach. Takich koncertów dał już ponad 200
Agencia Estado, Fabio Motta Fabio Motta
"The Wall" wraca w monumentalnej wersji. Show Rogera Watersa będzie można obejrzeć we wtorek w Warszawie - pisze Jacek Cieślak.
Już ponad 3,5 mln widzów na świecie obejrzało widowisko, które uczyniło z byłego lidera Pink Floyd jedną z największych i najlepiej zarabiających gwiazd na świecie.
– Przekonstruowałem widowisko, aby móc je prezentować na wielkich stadionach – powiedział Roger Waters. – Jest jeszcze bardziej wzruszające, wciągające, dramatyczne i ekscytujące niż koncerty w halach.
„The Wall" urósł do rangi symbolu: niegdyś podzielonej Europy, a obecnie skłóconych cywilizacji
Pierwszych 30 koncertów „The Wall" w 1980 roku przyniosło Floydom gigantyczne straty, obecna produkcja należy do najbardziej zyskownych. Kosztowała, według „Daily Mail", 37 mln funtów, tymczasem tylko dwa polskie halowe koncerty w Łodzi w 2010 r., które obejrzało 26 tysięcy fanów, to wpływy ponad 2,5 mln dolarów. A koncertów w nowej, stadionowej odsłonie było już 200!
– „The Wall" pozostaje aktualne, bo nie zmienia się świat, a jego centralnym problemem pozostaje utrata ojca – tłumaczy Waters. – W tej kwestii nic się nie zmieniło. Nawet dobrzy i uczciwi mężczyźni tracą życie w bezsensowny sposób. Dlatego dedykuję im i gram na bis „Bring The Boys Back Home".
Tytuł koncertu urósł do rangi symbolu: niegdyś podzielonej Europy, a obecnie skłóconych cywilizacji. „The Wall" ze skandowanym okrzykiem „Zburzyć mur, zburzyć mur! " uświetniło w Berlinie w 1990 r. połączenie podzielonych wcześniej części Niemiec. Obecnie służy do piętnowania wojen religijnych, w tym konfliktów na Bliskim Wschodzie.

Jak Franz Kafka

Nie byłoby „Ściany", gdyby nie sir Gerald Scarfe, ceniony autor karykatur politycznych „Sunday Timesa" i „The New Yorkera", który odpowiadał również za stronę plastyczną disneyowskiego „Herkulesa", wielu oper i spektakli.
W pomyśle „The Wall" zaintrygował go motyw wyobcowania i samotności. Współgrał z jego własnymi zainteresowaniami. Już w 1962 r. stworzył cykl rysunków zainspirowanych tragicznym w skutkach skokiem przez mur jednego z mieszkańców Berlina Wschodniego.
Główny bohater „The Wall" – Pink, którego pierwowzór stanowił sam Waters, został narysowany jako „ludzka krewetka" w opałach. Dorastał w cieniu nadopiekuńczej Matki i sadystycznego Nauczyciela. Żona Pinka od początku przypominała modliszkę, ale i skorpiona. Potem powstały postaci Doktora i Robaka – dopełniając galerię bohaterów przejmującej egzystencjalnej opowieści.
Dzieło Pink Floyd pozostaje uniwersalne, ponieważ Scarfe od początku czerpał z dorobku Franza Kafki, odwołując się do takich motywów jego twórczości jak proces i egzekucja. Inspirował go też krwawy okres restauracji Bourbonów we Francji, co przyniosło efekt zwłaszcza w przetworzonych na operę sekwencjach sądowych.
Rysownika nie zraziło nawet bankructwo zespołu oszukanego przez doradcę finansowego. Współpracę z grupą kontynuował na południu Francji, gdzie Pink Floyd wybrali los uciekinierów podatkowych.
Najtrudniejsze było przygotowanie słynnego dziś filmu. Reżyser Alan Parker miał trudny charakter, tak jak Waters. Dziś dziwi się, że pistolet będący rekwizytem na planie nie został użyty w porachunkach między wściekłymi na siebie twórcami. Za scenografię rock opery odpowiadał Marc Fisher. Nie miał pieniędzy na to, by wizja stworzona przez Watersa zmaterializowała się w widowisku zapierającym dech w piersiach. Były problemy ze sprzętem. Animacje nie robiły wrażenia. Mur złożony z kartonów, o wysokości 40 metrów, musiał w finale rozwalać sam Fisher. Panował chaos.
– Można było pomyśleć, że zaprosiliśmy ludzi do cyrku i zamiast słoni i tygrysów pokazaliśmy pchły – wspomina Waters w „Rolling Stone".
Scarfe kontynuuje z nim współpracę. Przygotował kreskówki towarzyszące najnowszej odsłonie „The Wall". Atrakcję stanowią też kwadrofonicznie dźwięki, efekty pirotechniczne i gigantyczne dmuchane lalki. Wizualną stronę widowiska współtworzy 49 projektorów.

Ostatnie słowo

Album „The Wall" sprzedał się w ponad 30 milionach egzemplarzy i obrósł legendą również dlatego, że stanowi ostatnie ważne przedsięwzięcie zespołu w najmocniejszym składzie: Waters-Gilmour-Wright-Mason. To wielki finał działalności kwartetu. Podczas sesji nagraniowej ujawnił się kryzys, którego nikt nie potrafił opanować. Między muzykami wyrósł mur.
Waters nie wytrzymywał presji sławy. Wizerunek lidera najlepszej progresywnej grupy zepsuł w 1977 r. podczas tournée promującego album „Animals". Na koncercie w Montrealu próbował bezskutecznie uciszać tłum, który go zagłuszał i nie pozwalał śpiewać. Gdy jeden z fanów chciał wdrapać się na scenę,  napluł mu w twarz.
Komponowanie „The Wall" stało się rodzajem terapii. Kanwę stanowiły koszmary rockowego idola, któremu śni się, że staje się rodzajem faszystowskiego dyktatora. W autobiograficznych piosenkach Waters rozliczył się też z bolesnymi doświadczeniami – sieroctwem po śmierci ojca, którego nigdy nie poznał, złymi relacjami z matką, kłopotami w szkole i nieudanymi związkami z kobietami.
– Zrozumiałem, że nigdy nie byłem taki, jaki chciałem być – wspominał. – Czując się niepewnie, byłem dla ludzi odpychający. Strach przed nimi wywoływał we mnie agresję. Potem zacząłem się izolować. Stąd wzięła się idea pokazania ściany między mną a widownią.
Główny temat „Another Brick in the Wall" pojawił się na albumie w trzech postaciach, a historia powstania utworu jest niesamowita: Waters wykorzystał riff ze skomponowanego w 1968 r. „Set The Controls For The Heart Of The Sun", którego linijka brzmiała „Kim jest ten mężczyzna, który pojawił się na murze?". Zanim jeszcze zaczął pracować z zespołem, chciał projektować wizualizację piosenek, dlatego wstępne wersje nagrań przedstawił Geraldowi Scarfe'owi. Kiedy ten zachwycił się piosenkami, basista, zawstydzony ekshibicjonizmem tekstów, wyznał: „Wiesz, czuję się tak, jakbym ściągnął przed tobą majtki i narobił na środku pokoju...".

600 tysięcy dolarów

Waters uświadamiał sobie swoje wady, ale nie miał sił, by naprawić relacje z kolegami z grupy. Z gitarzystą Davidem Gilmourem różniło go wszystko: pochodzenie, wychowanie, poglądy na sztukę i politykę. Podczas sesji dochodziło do kłótni. Po jednej z nich Waters wyrzucił z zespołu pianistę Ricka Wrighta. Ironią losu było to, że kiedy grupa straciła na „The Wall Tour" 600 tys. dolarów, jedynym muzykiem, który zarobił na koncertach, był... Wright. Nie był udziałowcem joint venture, więc pobierał gaże jako wynajęty muzyk.
Następny album „Final Cut" z 1982 r. Waters nagrał praktycznie solo. Kiedy opuścił zespół, nie spodziewał się, że Gilmour zechce kontynuować jego działalność wraz z perkusistą Nickiem Masonem.
– Pink Floyd to ja – mówił oburzony, ale przegrał proces o prawo do nazwy. Solowa kariera nie układała się tak dobrze jak kolegów. Na estradzie spotkali się dopiero po 20 latach przerwy, podczas koncertu „Live 8" w 2005 r. Było to muzyczne wydarzenie roku.
Dziś nie da się wykluczyć, że „The Wall Live" to ostatni rozdział historii Pink Floyd. Chociaż doszło do zawieszenia broni, finałowym rozdziałem koncertowej legendy może się okazać gościnny występ Davida Gilmoura i Nicka Masona w widowisku zagranym w maju 2011 r. w Londynie. Rick Wright nie żyje.
Roger Waters umiejętnie podgrzewa atmosferę, zapowiadając, że będzie to jego ostatnie tournée: – Nie mam już sił co kiedyś, a nie jestem muzykiem w rodzaju w B. B. Kinga czy Muddy'ego Watersa, by grać w nieskończoność. Nie uważam też, że mam wielki głos. Niech to będzie moja łabędzia pieśń.
Tymczasem wielki odzew, z jakim spotkało się „The Wall Live", sprawił, że Waters zaczął myśleć o pierwszej od 1992 r. solowej płycie. Skomponował nawet pierwszą piosenkę, która zaczyna się od słów „Jeśli byłbym Bogiem".
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA