fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Moje spotkania z norweską ścianą

Soczi jest gdzieś na horyzoncie, ale to jeszcze nie czas na fantazje o igrzyskach – mówi „Rz" mistrzyni olimpijska w biegach narciarskic Justyna Kowalczyk
Rz: Kołdra w domu w Kasinie waży tyle, ile te w hotelach na zgrupowaniach?
Justyna Kowalczyk: Gdy wracam na krótko do domu, muszę zrobić tylko jeden trening dziennie. Nawet gdyby mi kołdra tak ciążyła jak na zgrupowaniach, gdy muszę spod niej wyskoczyć o piątej rano, to zawsze mogę sobie zrobić prezent i przełożyć ćwiczenia na popołudnie albo na wieczór. Ale i tak się zrywam wcześnie, bo przez te kilka dni w Polsce zawsze jest mnóstwo rzeczy do załatwienia, zaległości do odrobienia, gazet do przeczytania. Gazet od prawa do lewa, bo ja lubię wiedzieć wszystko i mieć zdanie na każdy temat.
Na którym zgrupowaniu w tym roku najtrudniej było zwlec się z łóżka?
Na pierwszym, w Sierra Nevada w maju. Tam kołdra była ołowiana. Potem z miesiąca na miesiąc robiła się lżejsza. Również dzięki temu, że wreszcie zrobiło się ciepło. Bo w Hiszpanii trafiliśmy na fatalną pogodę i naprawdę się cieszę, że się wtedy mimo wszystko z tego ołowiu wygrzebałam. Wróciłam z Sierra z wielkim niedosytem. Trener uspokajał mnie, że było OK. Ale nie było OK, wiele rzeczy zrobiłam nie tak, jak powinnam. Na szczęście to był maj i miałam wiele czasu, by nadrobić to, co się w Hiszpanii nie udało. W Zakopanem już było naprawdę dobrze, odrodziłam się, weszłam w odpowiedni rytm, byłam tam dłużej, niż planowałam. A ostatnio w Otepää pracowałam już po staremu: bez żadnych taryf ulgowych.
Uprawia pani sport zimowy, ale najciężej pracuje latem. Kto widział pani treningowe wspinaczki na górę Munamegi w Otepää, temu Alpe Cermis, symbol narciarskiej tortury z Tour de Ski, wcale nie wydaje się już takie straszne.
Żadna nowość, harówka pod górę i z dużymi obciążeniami – innej drogi w tym sporcie nie ma. Mam swoje Alpe Cermis i Mont Ventoux w różnych miejscach świata, na każdym zgrupowaniu. Wszędzie sobie z moim zespołem umiemy jakieś narzędzie tortur znaleźć.
Które zadaje najwięcej bólu?
Każde zachodzi za skórę: i Munamegi w Estonii, i ponad 30-kilometrowy podjazd na trasie z Granady do Sierra Nevada, którą często pokonują kolarze podczas Vuelta a Espana, góra na Białorusi, gdzie mam imitacje skakane, czyli jedno z najtrudniejszych ćwiczeń. W Ramsau też jest kilka ostrych podbiegów. Najbardziej męcząca jest zwykle Estonia. Wróciłam stamtąd niedawno, powłócząc nogami, ale zadowolona. Zrobiliśmy nawet więcej, niż było w planach. Pogoda dopisała, więc dobrze się pracowało i o wymówki było trudniej. A nie ma co się oszukiwać, latka lecą, wszystko kosztuje mnie więcej niż kiedyś. Lista wyrzeczeń się wydłuża. Choć mój trener mówi, że to nieprawda, kiedyś drożej za wysiłek płaciłam. Więc może to tylko moje subiektywne odczucie.
Można teraz powiedzieć, że najtrudniejszą część przygotowań ma pani już za sobą i aż do październikowego zgrupowania na lodowcu koniec z torturami?
Tak, teraz po kilku dniach przerwy w Polsce zaczynam obóz w Nowej Zelandii, cały sierpień na śniegu, w Snowfarm, gdzie jesteśmy już stałymi gośćmi i gdzie znów będzie z nami grupa rosyjskich sprinterów. Moje ciało już czeka na wyjście na narty, bo są zdecydowanie delikatniejsze dla mięśni i stawów, które swoje już przeszły na trzech zgrupowaniach. Szkoda tylko, że trzeba jechać na drugi koniec świata, żeby pobiegać. Zawsze nas ta podróż do Nowej Zelandii przeraża. Będziemy tam ćwiczyć szybkość, technikę, postartujemy trochę. Cieszy mnie to.
Wspominała pani nieraz, że rok temu bardzo trudno było się zmusić do powrotu do kolejnych letnich przygotowań, że podczas rehabilitacji po operacji kolana spróbowała pani normalnego życia i głowa się zbuntowała. Teraz jest bardziej posłuszna?
To nigdy nie był problem z motywacją ani zawahanie, czy warto dalej tak mocno pracować. Chodziło raczej o zwyczajne problemy dorosłego człowieka, o to, że z każdym rokiem przybywa kłopotów do rozwiązania, że jest zawsze kilka zmartwień na głowie. I bywa, że te zmartwienia przesłaniają nawet treningi. Taki wiek, prawda? Już nie jestem 15-latką. Mam prawo się czym innym przejmować w życiu niż sportem. Od tego się również tej wiosny i lata nie uwolniłam. Ale, jak widać, biegnę dalej. A i w poprzednim sezonie mnie te zawirowania nie zatrzymały. Nie mówię o mistrzostwach świata w Val di Fiemme, tylko o całym sezonie. Zresztą, nie – o mistrzostwach też. Ja mimo powrotu z jednym srebrnym medalem, nie uważałam ich za porażkę. A teraz i innym łatwiej na to spojrzeć z mojej strony, wszystko z czasem nabiera innej perspektywy.
Pani ma coraz więcej problemów do rozwiązania – a narty dalej są tak zazdrosne i mszczą się, gdy im się przestaje poświęcać całą uwagę?
Okaże się teraz w Nowej Zelandii. Nie stałam na nartach od finału Pucharu Świata w Falun 24 marca. Potem były jeszcze komercyjne zawody w Rosji, ale to ledwie trzy dni, więc nawet tego nie liczę. Mogę powiedzieć, że narty zostały po Falun odtrącone na dobre. Zrezygnowaliśmy z planów wyjazdu w maju na lodowiec w Ramsau i bardzo się z tego cieszę. Lepiej było wtedy skupić się na pracy w cieple. A teraz czekam na Nową Zelandię, gdy się ze śniegiem i sprzętem przeprosimy. Przekonam się, czego też te narty w najbliższym sezonie ode mnie oczekują.
Może tego, co wszyscy: wielkich igrzysk w Soczi? Zostało mniej niż 200 dni.
Jest to Soczi gdzieś na horyzoncie, od dawna sobie te igrzyska wybrałam na najważniejszy moment mojej kariery, ale na razie skupiam się na tym, żeby wszystko zrobić jak należy na zgrupowaniach. Olimpijskie fantazje i dalekosiężne plany odsuwam, bo w niczym nie pomagają.
A podtrzymuje pani to, co powiedziała po próbie przedolimpijskiej: że nie wystartuje we wszystkich konkurencjach indywidualnych, zrezygnuje ze startu w sprincie stylem dowolnym, bo to nie jest trasa dla pani?
Podziękowałam za wspólne treningi z Marit, bo i bez tego nie narzekam na brak widzów
Podtrzymuję. Trener ma trochę inne zdanie, ale myślę, że się ze mną zgodzi. Kalendarz olimpijskich startów tak podpowiada. Sprint jest w nim drugi, między biegiem łączonym a moim ulubionym na 10 km stylem klasycznym. Ale to nie jest tak, że nastawiam się tylko na styl klasyczny. Trasy łyżwowe – poza sprintem – są w Soczi tak wymagające, że grzechem byłoby nie powalczyć. A to oznacza, że ćwiczenia na krok łyżwowy, które rok temu po operacji kolana poszły w odstawkę, teraz wracają. Nie będę nikogo przekonywać, że za nimi tęskniłam. Nie jestem stworzona ani biologicznie, ani pod żadnym innym względem do stylu łyżwowego. Do niego trzeba mocnej budowy, silnych nóg. Wprowadzamy te ćwiczenia powoli, bo nie mogę się na nie rzucić tak jak kiedyś, gdy byłam młodsza. Idziemy krok po kroku, pierwsze efekty już widać. I na szczęście, nie widać, żebym za te efekty płaciła zmianą sylwetki. Nowa Zelandia to będzie właśnie czas ćwiczenia łyżwy. Potem będzie jeszcze jeden obóz w Zakopanem, po nim w październiku lodowiec w Ramsau. I tuż przed sezonem, w listopadzie, Włochy. To zmiana, bo dotychczas wybieraliśmy w listopadzie Finlandię, tam startowałam w próbnych zawodach przed sezonem. A teraz, jeśli w listopadzie będzie we włoskich górach tak jak zawsze, czyli pod dostatkiem śniegu, to po Wszystkich Świętych wyjedziemy do Santa Caterina.
Na zgrupowaniu w Zakopanem towarzyszyła pani norweska telewizja, przygotowywała przed sezonem olimpijskim reportaż o największej rywalce Marit Bjoergen. Ciekawe doświadczenie?
Tak naprawdę nie towarzyszyli mi na każdym kroku. Byli na dwóch treningach, a większość czasu poświęcili na wizyty u osób i w miejscach, które były dla mnie ważne. Byli u pierwszego trenera, w mojej szkole sportowej, byli u profesora Szymona Krasickiego, u którego piszę pracę doktorską. Zgodziłam się, bo uznałam, że ciekawie będzie z nimi porozmawiać, zobaczyć, jak to wszystko wygląda z ich perspektywy. Ja się w tych relacjach z norweskimi mediami dobrze bawię, przynajmniej czas mi szybko zleciał.
Coś Norwegów zdziwiło?
Zobaczyli to, co chciałam, żeby zobaczyli. Że nie mam gdzie w Polsce trenować. Że ciężko pracujemy. Że się uśmiecham i nawet mnie większość ludzi lubi.
Marit Bjoergen na poważnie proponowała, żebyście przy tej okazji potrenowały razem?
Nie wiem do końca, o co chodziło. Żeby powiedzieć, że się z kimś trenuje, cztery dni czy tydzień to za mało. W tym czasie trudno się czegoś nowego od kogoś nauczyć, a taka miała być motywacja Marit. Odebrałam to raczej jako wydarzenie medialne i podziękowałam. W Zakopanem na brak widzów i tak nie narzekam, dodatkowej szopki nie było mi trzeba.
A co panią będzie napędzało najbliższej zimy poza Soczi: bardziej zawody w Szklarskiej Porębie czy np. walka o kolejne zwycięstwo w Tour de Ski?
Jeśli będę dobrze przygotowana do igrzysk, to poradzę sobie wszędzie. W Szklarskiej na pewno będę chciała być w wysokiej formie, zwłaszcza że to już będzie blisko Soczi, trzy tygodnie przed igrzyskami. Tour de Ski ma mnie przygotować do dobrej dyspozycji w drugiej części sezonu, po Tourze będzie trochę odpoczynku i zawody w Szklarskiej. Miały być ostatnimi przed igrzyskami, są trochę wcześniej. Ale to nie ma znaczenia, tam jest zaplanowane 10 km klasykiem, moje oczko w głowie, i jeśli będę dobrze wytrenowana, to cały sezon przebiegnę w tej konkurencji na podobnym poziomie. Tak jak było przez ostatnie zimy (z sześciu rozegranych w ostatnich dwóch sezonach biegów na 10 km stylem klasycznym Polka wygrała pięć, w jednym była trzecia – piw). Planuję zresztą spędzić w najbliższym sezonie sporo czasu w Szklarskiej. Będę przygotowana.
Zrezygnowała pani ze startu w ostatnim wyścigu poprzedniego sezonu, w Falun, uznając, że ma prawo do odpoczynku. Poważnie się pani wtedy zastanawiała, czy nie zrezygnować też z zawodów otwarcia najbliższego sezonu. Ale sezon zaczynacie później niż zwykle, dopiero 29 listopada etapowym wyścigiem Ruka Triple, który pani lubi. Opuszczanie zawodów już pewnie nieaktualne?
Tak, jeśli wszystko będzie w porządku ze zdrowiem, to będę na Ruka Triple, bo to jest miejsce, które lubię, i dobry wyścig, głównie stylem klasycznym. Gdyby inauguracja znów była w jakimś ciepłym i deszczowym Gällivare jak rok temu, z gołoledzią na trasie, i to jeszcze stylem łyżwowym, to bardzo mocno bym się zastanawiała. Pewnie wolałabym zostać dłużej w Santa Caterina.
Można powiedzieć, że kalendarz nowego sezonu dostosował się do pani rytmu, bo zwykle właśnie pod koniec listopada w Kuusamo zaczynała pani biegać szybko.
Kalendarz mi się bardzo podoba. Oczywiście, gdyby to ode mnie zależało, pewnie nie byłoby już na początku zimy podwójnej dawki stylu dowolnego w Davos. Ale jest dobrze. Zaczynamy później, biegamy prawie do samego Bożego Narodzenia, nie będzie długich przerw, jak w ostatnim sezonie.
Planuje pani w ogóle odpuszczanie jakichś zawodów? Sprintów w Asiago tuż przed Bożym Narodzeniem? Sprintów w Nowym Meście niedługo po Tour de Ski?
Jeszcze tego dokładnie nie ustaliliśmy, wszystko zależy od tego, jak nam się uda obóz wysokogórski w Santa Caterina. Będziemy patrzeć, jak reaguje organizm. Jestem już w grupie 30 plus, z tym wiekiem nie ma żartów. Trzeba się zastanawiać: co bardziej ważne, a co mniej, co mi pomoże w drodze do Soczi, a co zaszkodzi.
W ostatnim sezonie kilka razy narzekała pani na przygotowanie nart. Teraz wraca do sztabu Ulf Olsson, szwedzki serwismen odpowiedzialny za styl dowolny, który ostatnio pracował dla Norwegów. Będą jeszcze jakieś zmiany?
Kręgosłup pozostaje bez zmian: logistycznie, treningowo, personalnie. Cieszę się, że Ulf wraca. Zna się z moimi estońskimi serwismenami, ale wcześniej razem nie pracowali. Przyda się wszystkim trochę świeżej krwi, świeżego spojrzenia.
To prawda, że przed sezonem chce pani jeszcze wystartować w biegu ulicznym na 10 km? Mało pani?
Nie przesadzajmy, akurat o to narty nie muszą być zazdrosne, bo na razie wystartowałam tylko raz, w kwietniu w Warszawie. I rzeczywiście planuję jeszcze jeden start w najbliższym czasie. W tym pierwszym biegu więcej było chęci mojego sponsora niż moich, ale miałam do wyboru: wystartować na 10 km albo mieć cały dzień zdjęć, więc nawet się nie wahałam. Tyle że to była wiosna w pełni, kwiecień, dla mnie najsłabszy czas w roku, jeśli chodzi o możliwości. I pomyślałam: jeśli ma być przy moim nazwisku czas na 10 km i ma coś ludziom mówić, to wolę żeby był zgodny z moimi możliwościami. Dlatego planuję poprawić te 36.08 z Warszawy. Może uda się pobiec w Nowej Zelandii, a jeżeli nie, to w Polsce pod koniec września, albo na początku października, tuż przed lodowcami.
Na razie głośniej było o pani rekordzie w tzw. biegu Smiguna, podczas zgrupowania w Estonii. O co chodzi?
Trasę 3 km biegu przełajowego wytyczył lata temu Anatolij Smigun, m.in. dla swojej córki Kristiny, mistrzyni olimpijskiej. Mierzyło się z tą trasą wiele dobrych biegaczek, ja już rok temu znacznie poprawiłam rekord, a teraz jeszcze urwałam 16 sekund. Ale to żadna sensacja, zawsze szybko biegałam, zwłaszcza gdy mam parę kilogramów mniej, a teraz jest, powiedzmy, okres szczuplejszy. Na narciarstwo biegowe składa się wiele rzeczy poza wydolnością, więc to jeszcze nic nie oznacza. A na pewno nie uzasadnia medialnej kariery, jaką ta wiadomość zrobiła. Chyba ludzie są już stęsknieni zimy.
Z kolejnym starciem polsko-norweskim czy może ktoś inny się do tej walki włączy?
Na pewno mocne będą Rosjanki, jeszcze mocniejsze niż w ostatnim sezonie, ale w tym sporcie nie ma cudów, nie zaczną nagle wygrywać z Norweżkami. Ani jako drużyna, ani indywidualnie. Kto jeszcze? Niemki zaczęły ostatnio lepiej biegać na długich dystansach. Finki wróciły. Będzie ciekawie.
Pisała pani niedawno o rywalizacji z Marit Bjoergen, że to tak jak tenisowe mecze z Sereną Williams. Przekraczasz siebie, a i tak odbijasz się od ściany, i czasem trzeba to po prostu przyjąć do wiadomości. Ale i na Serenę rywalki od czasu do czasu znajdują sposób. Pani tę swoją ścianę planuje wziąć siłą czy sprytem?
Na wszystkie możliwe sposoby. Jeśli zaatakuję z impetem i się odbiję, to spróbuję podłubać, a jeśli i tak nie da rady, to może sprytem. Mam nadzieję, że ta ściana najbliższej zimy nie będzie aż tak przytłaczająca, zresztą do tej pory różnymi sposobami udawało mi się z nią radzić – omijać, przeskakiwać albo nawet nie zauważać. Choć nie zauważać najtrudniej. Jeśli będzie tak samo jak dotychczas, to się nie pogniewam. A jeśli naprawdę dobrze przepracuję lato, to może przyjdzie i czas na snucie marzeń.
—rozmawiał Paweł Wilkowicz
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA