fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

MŚ 2014 - Brazylia

Brazylijski futbol: raj ukradziony

AFP
Mundial buntu w Brazylii nie wyciszy, bo przy szefach tamtejszej piłki Grzegorz Lato to nieskazitelny odnowiciel.
Do największego w historii kraju turnieju coraz mniej czasu, problemów pod dostatkiem. Ale federacja piłkarska, która formalnie jest za organizację odpowiedzialna, przerzuciła wszystkie obowiązki na rząd i ma czas, żeby się zająć szukaniem nowej siedziby.

Prezes kradnie medal

Od początku opisywano to jako co najmniej podejrzaną rozrzutność. Ale rozrzutność to w tej federacji sposób na życie. Związkowa kasa pełna, również dzięki zbliżającemu się turniejowi, a teren ma swoje potrzeby. Wizerunek? Jest tak zły, że jedna afera w tę czy w tamtą różnicy nie robi.
Nie, nie jesteśmy w Polsce przed Euro 2012, nie chodzi o PZPN i działkę w Wilanowie, o koperty w sejfie Grzegorza Laty czy też niczym niezmącony humor prezesa. Tylko o Brazylię, o CBF, czyli miejscowy PZPN, i o jego szefa, 81-letniego Jose Marię Marina, wielbiciela dyktatur i wziątek.
Rok temu furorę robił w Brazylii filmik pokazujący jak Marin, wówczas jeszcze wiceprezes federacji, podczas dekoracji zwycięzców młodzieżowego turnieju kradnie jeden z medali, wsuwając go sobie do kieszeni. Gazety opisywały, że Marin kradnie nawet prąd w swojej willi, nielegalnie podłączając ją kosztem sąsiadów. Więc rewelacje na temat nowej siedziby CBF w Barra da Tijuca niespecjalnie kogokolwiek zdziwiły.
Siedziba ma kosztować 70 mln reali, choć zgodnie z rynkową wyceną jest warta 39 mln. Reszta to prowizje pośredników. Zakup siedziby jest najważniejszą na razie decyzją Marina, który prezesem został w marcu ubiegłego roku. Zastąpił Ricardo Teixeirę, który po 23 latach rządów zwiał z kraju razem z rodziną, póki jeszcze miał paszport. Wcześniej namaścił Marina na następcę. Teraz tuła się biedak na wygnaniu w Miami, w willi za 7,5 mln dol., która kiedyś należała do Anny Kurnikowej.
Od czasu rezygnacji z prezesowania, tłumaczonej względami zdrowotnymi, nie pojawił się w Brazylii, choć to on jej załatwił mundial. Wcześniej z powodów zdrowotnych z publicznej działalności wycofał się też Joao Havelange, były szef FIFA, człowiek, który od 1954 roku trząsł brazylijskim sportem, a potem namaścił na władcę tutejszego futbolu swojego zięcia Teixeirę.
Obaj mocno podupadli na zdrowiu akurat wtedy, gdy FIFA zdecydowała, że nie będzie dłużej ukrywać łapówek, które brali jej działacze od firmy marketingowej ISL.
Sam Teixeira wziął przez lata 12,5 mln franków tylko z łapówek w FIFA, a wiadomo, że CBF też doił bez umiaru. To za jego rządów do futbolu dobrała się parlamentarna komisja śledcza, która wywlekła na światło dzienne łapówki, transferowe oszustwa, pajęczynę rozciągniętą wokół brazylijskiej piłki m.in. przez firmę Nike. Np. prezes Barcelony Sandro Rosell, kiedyś wpływowy człowiek Nike w Ameryce Południowej, ma w Brazylii prokuratorskie zarzuty za przekręt przy organizacji meczu kadry z Portugalią.
Teixeira odszedł, a sztafeta szemranych postaci biegnie dalej. Dziś Marin ogląda z loży honorowej Puchar Konfederacji, za rok będzie otwierał mundial. Jako jedna z najbardziej znienawidzonych osób w kraju, uznawana do niedawna w pałacu prezydenckim za persona non grata. Prezydent Dilma Rousseff za czasów wojskowych dyktatur (1964–1985) była torturowana. A Marin był wówczas deputowanym z Sao Paulo, członkiem partii utworzonej przez juntę.

Gwizdy dla wszystkich

Gdy opozycyjny dziennikarz Vladimir Herzog zmarł w wojskowej celi po torturach, i nikt o zdrowych zmysłach nie wierzył w oficjalną wersję o samobójstwie, Marin jak Jerzy Urban występował publicznie, potępiając wywrotowców, którzy rozhuśtują nastroje.
Obecny bunt brazylijskich trybun i ulicy jest wymierzony we wszelką władzę. I polityczną, i piłkarską, zresztą tu takie podziały są bardzo nieostre. Na meczu otwarcia Pucharu Konfederacji Rousseff, wymieniająca w loży honorowej uściski z Marinem, została wygwizdana nawet głośniej niż Sepp Blatter. Ona za niedotrzymane obietnice, rosnące ceny (również ceny biletów na mecze), marnotrawstwo publicznych pieniędzy. Blatter choćby za to, że karierę zaczynał u boku Havelange’a, a potem chronił Teixeirę i spółkę.
Brazylia, wbrew temu jak się ją przedstawia, nie jest krajem ludzi po futbolowej lobotomii, którzy zapominają o wszystkim, gdy widzą kanarkową koszulkę, a kadrę oklaskują bezkrytycznie i na komendę. Przeciwnie, potrafią być dla własnej reprezentacji okrutni jak mało kto. Gdy wygrywa, jest ich drużyną, gdy przegrywa, jest drużyną znienawidzonej CBF. Ukradzionym skarbem, z którego pożytek ma głównie banda cwaniaków. A kibice dostają za to coraz wyższy rachunek.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA